Trafiła do mnie przedwczoraj piękna opowieść. Pisana nie palcami wstukującymi literki na klawiaturze telefonu, a sercem. I nim też widziana. Przytaczam w oryginale, ponieważ tylko w takiej formie pozostanie prawdziwa.
Taaak, metro to magiczne miejsce. A dzisiaj-jutro dodatkowo niezatłoczone, można spokojnie poprzyglądać się ludziom w drodze. Przechodziłam koło windy, kiedy wysiadł z niej dosyć młody człowiek z wózkiem dziecięcym, który popychał jedną ręką. Szybko zauważyłam, że to wózeczek inwalidzki, a w nim drobniutki, na oko trzy-, najwyżej czteroletni chłopczyk. W niebieskich okularkach, wesolutki i świergoczący jak SZCZYGIEŁEK, zajęty rozmową z ojcem (na pewno, bo potem zwracał się do niego "tato"). Spotkanie kogoś takiego nie zdarza się zbyt często, ale najczęściej stanowi impuls. Do przemyśleń. Szłam obok nich w kierunku metra i potem jechałam w jednym przedziale. Starałam się nie przyglądać zbyt nachalnie, ale nie mogłam się powstrzymać od obserwowania cały czas Małego i Dużego kątem oka. Niewiele słyszałam z rozmowy, musiała być zajmująca. Chłopczyk cały czas radosny, roześmiany, rozświergolony. Tata z uwagą słuchał i odpowiadał na pytania. Wreszcie wyjaśnił małemu, że wysiądą na Rondzie ONZ i wrócą do Świętokrzyskiej. Bo tak sobie obmyślił. Młody uszczęśliwiony. Wreszcie tata poprawił synkowi czapkę i wysiedli.
O ptaszku SZCZYGIEŁKU w taki sposób napisać mógł tylko ptaszek ZIĘBA-Ziębuszka.
Ach, te ptaszki w metrze.
Dostrzec człowieka w człowieku i to, z czym się zmaga. Uśmiechnąć się w duchu, zadziwić, spojrzeć sercem i zachwycić siłą, jaką ma w sobie. Z miłością i ze zrozumieniem – właśnie ONA mogła to zrobić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz