sobota, 30 listopada 2024

perwersja

Pięć dni pracy przypieczętowuję zwykle pracowitym weekendem. Staram się ogarnąć wtedy pranie, sprzątanie, gotowanie i zakupy, bo wiadomo – nie mam na to czasu w tygodniu. Dziś jednak zaniemogłam. Południe, a ja wylegując się w łóżku, zwracam się do M.:

– Czy mógłbyś obrać ziemniaki? Zrobię później pierogi.

– Dobrze – odparł.

– Dziękuję. A mógłbyś je też ugotować?

– Dobrze.

– A wyskoczyłbyś jeszcze do sklepu po ser i mąkę?

– I co jeszcze? – dopytał z leciutkim poirytowaniem.

– Może zrobiłbyś mi jeszcze kawkę?

Ten spojrzał na mnie wymownie i dodał:

– Ale wiesz, że to już perwersja?

– Od razu perwersja! Może pobawimy się dzisiaj? Ja będę księżniczką, a ty sługą.

Dobrze, że byłam w miarę daleko, bo by mnie jeszcze opluł, gdy parsknął śmiechem. I tak będę dzisiaj księżniczką. Niech dom się zawali, pranie wypełznie z kosza, zwierzęta oblepią się brudem, my wszyscy w nim utoniemy, a dzieci pomrą z głodu.

Żartowałam. Wstaję.

odpowiedzialność

Przechadzał się brzegiem Bałtyku, jak zawsze to robił późnym listopadem, Starszy Pan Znad Morza. Plaża opustoszała, z oddali słychać było jednak świergot młodych, rozbawionych ludzi, którzy spędzali razem czas. Spotykali się regularnie przy niewielkiej skarpie i tocząc gwarne rozmowy, zacieśniali więzi – te miłosne i te przyjacielskie. Starszy Pan Znad Morza trzymał się z daleka od toczącego się w zgiełku młodego życia, a jego własne już dogorywało. Powoli, w zgarbionej posturze, chylił się ku ziemi, z której przed osiemdziesięcioma sześcioma laty się zrodził.

Co mu jeszcze pozostało? Codzienne wędrówki prowadzące donikąd. Nie miał już planów ani marzeń. Czasami tylko pomyślał, że byłby ucieszony, gdyby odszedł właśnie tutaj, w otoczeniu wzburzonych fal i głosu śpiewających, wznoszących się niewiele nad powierzchnię wody mew. To jego jedyne pragnienie. Skończyły się czasy, gdy ledwo przetarł oczy po przebudzeniu, a już musiał zbierać się do pracy, wziąć szybki prysznic, ogolić się w pośpiechu, popijając w międzyczasie małymi łyczkami jak zwykle wystudzoną kawę, i ruszyć w wir życia, które oferowało mu więcej, niż mógł sobie wymarzyć. Dziwnym trafem, a może nawet zrządzeniem losu, okazje rodziły okazje, dlatego parał się codziennie kilkoma rozpoczętymi albo trwającymi już projektami. Z pasją i z zaangażowaniem, ale też z ukrytym przed światem zmęczeniem, podejmował się codziennych zadań. Żył swoje życie.

Gdy wędrował wolnym krokiem brzegiem morza, ze spuszczonym wzrokiem podążając w stronę zabytkowej latarni, która już dawno przestała służyć marynarzom, natknął się na siedzącą prawie przy samej wodzie, skuloną młodą dziewczynę, ubraną w kurtkę w kolorze khaki i w toporne czarne glany śmiesznie wyglądające na jej chudziutkich nogach. Długi szal w tęczowych barwach układał się niechlujnie na mokrym piasku, dlatego Starszy Pan pochylił się odruchowo, by go podnieść. Gdy przy wręczaniu go właścicielce podniósł wreszcie wzrok, dostrzegł zmartwioną, zapłakaną twarz, na której rysował się bezbrzeżny smutek. Samym swoim istnieniem w pozie, jaka zrodziła się na skutek przeżywanego bólu, dziewczyna prosiła o uwagę.

Starszy Pan zmartwił się momentalnie i po chwili zaczął zmagać się wewnętrznie z własnym zakłopotaniem. Cóż mógł zrobić w tej sytuacji? Zapytać, co się stało? Wtrącić się bez zaproszenia do czyjegoś życia, i to w dodatku w momencie, w którym być może siedzący obok niego człowiek wcale by sobie tego nie życzył?

– Czy wszystko w porządku? – zapytał jednak najdelikatniej, jak tylko potrafił.

– Tak – odparła dziewczyna z miną wyrażającą zdecydowane przeciwieństwo wypowiedzianego słowa.

Mężczyzna postanowił nie pytać o nic więcej, chociaż wewnętrznie poczuł się bardzo przejęty. Uderzył go nie sam widok zalanych łzami oczu, ale głęboki smutek, który pokrył całą powierzchnię ciała siedzącej na piasku plażowiczki. Dziewczyna ze spuszczoną głową bezwiednie spoglądała na swoje buty i ze wszystkich sił, jakie udało jej się zgromadzić, próbowała powstrzymać się od płaczu. Kiedy okazało się, że cały wysiłek włożony w opanowanie żalu poszedł na marne, co w pierwszej kolejności ujawniły drżące ramiona, mężczyzna zdecydował się zapytać raz jeszcze:

– Czy wszystko w porządku? Czy mogę ci jakoś pomóc?

– Przepraszam – odparła dziewczyna – Nigdy się w ten sposób nie zachowywałam, ale dzisiaj...

Młoda plażowiczka usilnie próbowała połknąć napływający żal, dlatego przerwała wypowiedź, ale po chwili rozpłakała się na dobre. Starszy Pan nie wiedział, czy postąpił słusznie, zatrzymując się przy niej. Nie wiedział też, czy powinien w ogóle angażować się w sytuację, która ani trochę go nie dotyczyła, ale pozwolił ponieść się intuicji. Przykucnął więc przy rozżalonej dziewczynie i zapytał:  

– Chciałabyś mi powiedzieć? – wkładając jej do ręki wyjętą z kieszeni chusteczkę higieniczną.

– Dzisiaj – wydusiła z siebie pogrążona w rozpaczy rozmówczyni i znów musiała przerwać, żeby zatrzymać jakoś napływające łzy.

– Co dzisiaj? – Starszy Pan zapytał niemal szeptem.

– Powiedziałam dzisiaj mojemu chłopakowi, że go nienawidzę, że jest najgorszą rzeczą, jaka mnie w życiu spotkała, i że nie chcę go dłużej znać. I dodałam jeszcze, że tego kwiatu jest pół światu, żeby dotarło do niego, że nic dla mnie nie znaczy. Wszystko skończone.

– A tak jest? Nic dla ciebie nie znaczy?

– Nie.

– To dlaczego to powiedziałaś?

Nie odpowiedziała. Zamiast tego skuliła się w sobie, obejmując obiema rękami własne ramiona  jak obejmuje się najdroższy skarb  i posmutniała jeszcze bardziej.

– Czy możesz go za to przeprosić i wyjaśnić, dlaczego postąpiłaś w taki sposób?

– Nie. To zbyt trudne.

– A kochasz go jeszcze? 

– Tak. Wiele razy go o tym zapewniałam. 

– To weź odpowiedzialność za miłość – wyszeptał Starszy Pan Znad Morza, później podniósł się powoli i kierując wzrok w stronę obranego celu, dodał na pożegnanie – Jeśli odbierasz znaczenie temu słowu, odbierasz je też człowiekowi.

I ruszył przed siebie. Z nadzieją, że jeszcze nie dziś spełni się jego pragnienie. Kochał zapach nadmorskiego powietrza. Kochał życie...


***

Inspiracją do napisania tego opowiadania była rozmowa z Iskrą na temat "dużych" słów. Na pewno warto rozmawiać i warto dzielić się spostrzeżeniami. Dziękuję za natchnienie 😘

Przypomniał mi się wiersz, który kiedyś napisałam. A ponieważ pisałam go sercem, chcę go tu mieć.

chciałabym ogrzać cię odrobiną
skradzionego losowi ciepła
zaklętego w uścisku 
w uśmiechu wywołanym 
spotkaniem o zmroku

spoglądam ci prosto w oczy
pozwalam by otulił cię 
dobry dotyk wszechświata
tak tylko umiem okazać 
czułość

boję się 
dużych liter
dużych słów

piątek, 29 listopada 2024

włosy

Śniło mi się dziś, że siedziałam na krześle i znajoma obcinała mi włosy. W pierwszej chwili poczułam się bardzo zdezorientowana i niepewna, myślałam o tym, że przecież nie miałam w planach zmiany fryzury, ale później każdy spadający na podłogę pęk włosów przynosił mi ulgę, jakby spadał z mojej głowy jakiś ciężar. Kiedy wreszcie przejrzałam się w lustrze, odczułam głębokie zadowolenie. Ze snu wybudziło mnie pytanie: dlaczego? Wewnętrzny głos odparł natychmiast:

Ponieważ jesteś wystarczająco silna, aby przez to przejść.

Proces obcinania włosów, zgodnie z wiedzą sennikową, może oznaczać wewnętrzną potrzebę oczyszczenia duszy albo nadchodzące zmiany. Wybieram to pierwsze z uwagi na obecne w ostatnim czasie w moim życiu rozterki. Utwardzam fundamenty własnego bytu, starając się nie zapominać o tym, co się dla mnie naprawdę liczy. Jakbym zdawała właśnie egzamin z człowieczeństwa, dlatego z całych sił świadomie wzniecam w sobie miłość, zrozumienie, przebaczenie i pokorę. To mozolna podróż, którą – przyznaję się bez bicia – usilnie chciałam przyspieszyć i jak najszybciej zakończyć. Niepotrzebnie, ponieważ wszystko, co miało do mnie przyjść, pojawiło się w momencie, w którym miało się pojawić – nie mogło się to stać na moje zawołanie.

Wczoraj akurat zaaranżowałam rozmowę, po której stwierdziłam, że czuję dużą ulgę. Po niej pojawił się sen o obcinanych włosach. Przypadek?

Nie sądzę!


Poniżej załączam jeszcze otrzymany dziś o 4:11 cytat 💕 Czy Osoba, która mi go przesłała, mogłaby zdradzić autora poniższych słów? 

Chociaż mamy niepowtarzalne cechy, 
wszystkie nasze serca biją tak samo. 
Twoje serce dotyka mojego, 
gdy dzielisz się swoją historią i wiarą. 
Wiem, że część mnie, którą dzielę się z Tobą, 
pozostanie w Twoim sercu. 
Dzisiaj będę się cieszyć naszą wspólną siłą.

wtorek, 26 listopada 2024

konkurs recytatorski

Dwie moje Uczennice z klasy 3. wzięły dziś udział w Konkursie Recytatorskim "Włóczęga, niespokojny duch...". Nie miałyśmy wiele czasu na przygotowania (wiadomo, listopad), ale wykorzystałyśmy każdą wolną minutę. Jedna z dziewczyn zajęła I miejsce w konkursie, druga zdobyła wyróżnienie. 

Miejsce I przyznano za utwór Pytasz, co w moim życiu... Jana Lechonia. Słyszałam go wiele razy w czasie przygotowań do konkursu, ale ostatnie słowa wiersza wypowiedziane podczas oficjalnej recytacji i tak zdołały mnie wzruszyć.

I jedno wiemy tylko, i nic się nie zmienia.
Śmierć chroni od miłości, a miłość od śmierci.

Esencja prawdy, esencja życia.... 


Jednym z ważniejszych zdań wypowiedzianych podczas wydarzenia było zdanie: "To wspaniale, że chciało wam się chcieć". Wysiłek dziewczyn dał im nie tylko satysfakcję z wygranej, ale też mnóstwo radości i cenne doświadczenie.
Cudownie, że chciało im się chcieć! Brawo, Dziewczyny!

poniedziałek, 25 listopada 2024

życie trzeba żyć

Czasami brakuje mi złotych myśli i tematów, którymi mogłabym albo chciałabym się podzielić na blogu. Bywa, że pochłania mnie codzienność – zwykłe sprawy i obowiązki. Jak już wspominałam kiedyś, listopad to trudny miesiąc. Piętrzą się w nim sprawdziany i inne zobowiązania, dlatego właśnie w listopadzie potrafię zgubić krok. Nie umiem też zrezygnować z teatru i z ważnych dla mnie spotkań, ale to już inna bajka ;) 

Wdałam się dzisiaj z dwiema osobami w dyskusję na temat tego, co napisałam wczoraj. Uwielbiam rozmowy, które dotyczą istoty życia.

Ale życie – jak to życie – trzeba żyć! Oczywiście, że wiele razy zachowałam się nie tak, jak chciałam, ale zawsze przynajmniej wiedziałam, jak chcę żyć. I to się u mnie właściwie nie zmienia. Najważniejsze, żeby wyciągać wnioski, naprawiać to, co da się naprawić, i zmieniać się w zależności od potrzeby. Uwielbiam spotykać ludzi, którzy pozostawiają w moim umyśle jakąś cenną myśl. Tak było też z panem od fizyki z liceum, o którym już kiedyś pisałam, dlatego po raz kolejny wyrażam wdzięczność względem spotkanej w szpitalu Starszej Pani. Było w niej coś metafizycznego. Podobnych ludzi spotkałam wielu na swojej drodze – może kiedyś o nich wspomnę.

Żyjmy, Kochani! Najlepiej jak tylko umiemy. Nie ma lepszej terapii niż doświadczenie, nie ma lepszej lekcji niż ta odrobiona samodzielnie. 

niedziela, 24 listopada 2024

rozmowa sprzed lat

Bardzo dawno temu, minęło już ponad dwadzieścia lat, poznałam starszą panią, z którą współdzieliłam szpitalną salę. Kobieta cierpiała na niewydolność nerek, dlatego co drugi dzień musiała poddawać się dializie. Doskwierała jej również zbytnia łamliwość kości, którym przez zabiegi, jakim cyklicznie się poddawała, po prostu brakowało wapnia. Opowiadała o swoim aktualnym życiu, ale też o przeszłości, co wzbudzało we mnie wtedy ogromne współczucie. Jako mała dziewczynka straciła mamę i była wychowywana przez ojca oraz jego nową żonę. Gdy małżeństwu urodziły się wspólne dzieci, przestano zwracać na nią uwagę i jakkolwiek się o nią troszczyć. Jej codzienność polegała na usługiwaniu młodszemu rodzeństwu oraz zawsze zmęczonej i niezadowolonej macosze. Nigdy nie dostała ani nowych butów, ani nowego ubrania, ani prywatnej przestrzeni, co wywołało w niej poczucie gorszości i nieadekwatności. Zawsze czuła się jak niepasujący do niczego element przeszkadzający wszystkim wokół. Swojego czasu, jak sama stwierdziła, wylała hektolitry łez, próbując poradzić sobie z bardzo niewygodną przeszłością. 

I chyba sobie poradziła. Gdy ze mną rozmawiała, okazywała cały wachlarz emocji zrodzonych w jej wnętrzu, spod których wyłaniało się światło uzewnętrzniane poprzez ciepły, serdeczny uśmiech. Pamiętam, że nie mogłam wyjść z wrażenia za każdym razem, gdy dostrzegałam w jej spojrzeniu radość. Niezakłamaną, szczerą radość. Któregoś dnia odważyłam się zapytać:

– Jak to możliwe, że udaje się pani być szczęśliwą, skoro tak dużo złego wydarzyło się w pani życiu?

– Żyję tu i teraz, dlatego tu i teraz wybieram być szczęśliwa – odpowiedziała lekko.

– Co to znaczy?

– Przeszłości już nie ma, a przyszłości nie znamy, jedyne, co możemy, to dokonać wyboru w tym momencie, dlatego w tej właśnie chwili wybieram, że będę się cieszyć rozmową z tobą. Ciekawe, dokąd nas zaprowadzi.

– Wszystko jasne, ale nie zawsze znajdujemy się w okolicznościach, w których możemy być szczęśliwi. Na przykład gdy ktoś wyrządza nam krzywdę i nie możemy nic na to poradzić? Co wtedy?

– Wtedy też mamy wybór – odparła – Postąpić w zgodzie z naszym systemem wartości albo wbrew niemu. Najważniejsze dla mnie to żyć tak, żeby nie krzywdzić siebie i drugiego człowieka.

– Czyli?

– Czyli to, czy zachowasz człowieczeństwo, czy też nie, jest twoim wyborem, jakiego dokonujesz właśnie tu i teraz. Zanim cokolwiek zrobię, zawsze zadaję sobie pytanie, czy nie skrzywdzi to mnie albo kogoś innego, a ponieważ cenię sobie spokojny sen, wybieram rozwiązania zgodne z moim systemem wartości.

– Ach! Czyli chodzi o wybór?

– Tak – odparła z przekonaniem – Człowiek zawsze ma wybór. Nawet w najcięższych warunkach.

Po tych słowach zaczęłyśmy rozmawiać o literaturze obozowej, o ekstremalnych warunkach, w których przyszło żyć i decydować wielu ludziom. O postawach ludzkich, o słabościach i pułapkach, w które ciągle wpadamy... Nigdy nie podziękowałam starszej pani za wspólne rozmowy, które okazały się dla mnie bardzo wzbogacające. Czy moja wewnętrzna wdzięczność ma jakąś wartość?

wtorek, 19 listopada 2024

ratownik doskonały

Nie wiem, jak to robię, ale zawsze w momentach kulminacyjnych pojawiają się problemy, których z racji braku dostatecznych kompetencji nie umiem sama rozwiązać. Wtedy do akcji wkracza M. Zawsze po tym, gdy prawie na kolanach zwracam się do niego o pomoc i błagalnym głosem mówię: „ratunku”. 

Tak było i tym razem. Wczoraj, w końcówce pracy nad wypracowaniami olimpijskimi komputer pożarł mi kilka tekstów nadesłanych od wspólniczki, do których miałam napisać recenzje. I co? I klops. Zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, by je odzyskać, ale te – złośliwe bestie – ukryły się tak skutecznie, że w końcu rozłożyłam ręce. 

Rozpoczęły się jak zwykle lamenty i błagania. Przegrałam swój los! W moim mniemaniu oczywiście. Można było przecież napisać z prośbą o ponowne przesłanie pliku z pracami, ale czułam przed tym ogromny opór. Dlaczego? Sama nie wiem.

Co w tej sytuacji zrobił M.? Kliknął trzy razy i voilà! Ta interwencja kosztować mnie będzie całe honorarium za moją ciężką pracę. Trzeba było obiecywać, ja się pytam? Trzeba było? Za trzy kliki, kiedy moją pracę można by liczyć w długich godzinach? Brawo ja 😂

Poniżej dowód, że takie sytuacje zdarzają mi się regularnie 😅

👇👇👇

dzień dobroci dla mnie

poniedziałek, 18 listopada 2024

pełnia życia

Na tym właśnie polega pełnia życia i stąd bierze się moja siła – bycie w kontakcie z własnymi emocjami, bez prób tłamszenia ich, gdy się pojawiają. Ostatnio wyraziłam myśl, że czuję się winna, że jest mi w danym momencie bardzo źle. Przez chwilę zapragnęłam być skałą. Bez uczuć i bez problemów, jakie one powodują. Chciałam powstrzymać się od wyrażania siebie na blogu, żeby zakopać jakoś własną emocjonalność, z nadzieją, że wszystko by to zmieniło. A przecież nie zmieniłoby kompletnie nic. Uczucia pozostałyby ze mną, tyle że niewyrażone. Mój Dobry Duszek zareagował natychmiast:

Jesteś sobą, wyrażasz swoją piękną duszę. 
Blog, w szczególności obecna na nim twórczość, 
to jednak wentyle bezpieczeństwa. 
Nawet jeśli to tam potwierdzasz, że ciągle rani, 
boli, trwa i tkwi jak zadra.

Nikt nie potrafiłby ująć tego celniej niż Dobry Duszek, który dobrze mnie zna. A ja... wciąż piszę, ubieram w słowa emocje, żongluję uczuciami, wyrażam siebie i będę to robić tak długo, jak długo będę czuć taką potrzebę. Jestem przekonana, że pisanie ratuje mi życie, a już na pewno zrobiło to dawno, dawno temu – było kotwicą w najbardziej chwiejnych momentach życia. 

niedziela, 17 listopada 2024

mowa jest srebrem, milczenie złotem

są historie, których się nie opowiada,
ból, o którym trzeba milczeć, 
i samotność – zbyt zawstydzająca, 
by o niej wspominać.
wszystko to jest twoją własnością.
to twój skarb.
twoje złoto.
twoja kula u nogi.

 

Czy da się zdjąć ciężar z duszy? Oczyścić się jakoś z niemocy, która rozwarstwia, tłamsi, odbija się echem w snach i w przypadkowych zdarzeniach? Moje serce wciąż bije. Jest pełne bólu i troski, ale też bezgranicznej miłości do świata. To serce dużo w sobie pomieści. I to się nazywa ŻYCIE.

 Własne i kochane...

sobota, 16 listopada 2024

po spektaklu

Byliśmy wczoraj z M. na spektaklu Dzikie łabędzie, ale nie będę się dzisiaj na jego temat rozwodzić – potrzebuję zwykle kilku chwil, żeby przetrawić wszystko, co zobaczyłam na scenie. I robię to raczej małymi kroczkami. Zamiast tego mam potrzebę opowiedzieć o czymś zupełnie innym. 

Patrzę na Akrobatę, który występował w przedstawieniu, i widzę wszystko to, co ofiarowali mu w procesie wychowania jego rodzice. I nie mogę wyjść z podziwu i ze wzruszenia, dlatego karmię swoje oko tak długo, jak tylko się da. Młody, nieskrępowany, pewny siebie i zdający sobie sprawę z własnej wartości człowiek wychodzi na scenę i jest sobą. W każdym ruchu, w tańcu i, co najważniejsze, w życiu. Ziębuszka i Sekretarz mogą być z niego dumni i mogą być dumni z samych siebie. Odwaliliście, Kochani, kawał dobrej roboty!

Raz jeszcze dziękujemy za zaproszenie. Czujemy się zaszczyceni, że mogliśmy się znaleźć w gronie najbliższych osób Ziębuszki, że zamieniliśmy dwa słówka z bliskimi jej osobami. To dla nas ogromne wyróżnienie.

piątek, 15 listopada 2024

dylemat

Gorszy poranek? Tak właśnie było, ale po rozmowach z bliskimi szybko stanęłam na nogi. Miałam dylemat, i to wielki. I nawet mi nie doradzono, ani nie wskazano gotowych rozwiązań. Zamiast tego usłyszałam, że jedyne, co się liczy, to moje dobro, dlatego ich zdaniem mogę coś zrobić albo czegoś nie zrobić. Najważniejsze, żeby postąpić w zgodzie ze sobą. 

Podjęłam więc decyzję, a później się z niej wycofałam, bo zaczęłam czuć to, co mogłaby poczuć druga osoba – ból odrzucenia zwalił mnie na chwilę z nóg. Nie chciałabym tego ani dla siebie, ani dla kogoś innego.

Czy znów zapomniałam o sobie? O dbaniu o własny komfort i spokój ducha? Czy mam prawo wyrazić prośbę, która mogłaby kogoś zranić, ale jej realizacja bardzo by mi pomogła? A jakbym się czuła, gdyby po raz kolejny moja potrzeba została zlekceważona? Zaniechanie może mieć wielką moc. Rozmowy mają wielką moc. Dziękuję.

Praca nad sobą to jedyna pewna i niekończąca się praca.

środa, 13 listopada 2024

wtorek, 12 listopada 2024

słowo na wtorek

Uczymy się od siebie nawzajem – również w ten sposób dążymy do pełni.

Jest kilka osób w moim życiu, które bardzo mi imponują, i od nich właśnie, w zależności od potrzeby, uczę się życia. Nie wszystko, co chciałabym, wyssałam z mlekiem matki czy nabyłam w procesie wzrastania. Widzę swoje braki, ale zamiast skupiać się na rozpaczaniu z powodu ich istnienia, kieruję umysł w stronę poszukiwań.

Uwaga! Działa! 

poniedziałek, 11 listopada 2024

pamiętamy

Wspomnienia i rozmowy na temat Kaja powracają do nas. I wcale nie chodzi o rozpamiętywanie bólu i straty, ale o pamiętanie – bez wymuszania. Nastolata przesłała mi dziś link do piosenki. Dla miłości, jaką otrzymaliśmy i jaką mogliśmy dać, warto było... 


Mamy bardzo dużo filmików. 
Tutaj chcę mieć ten 👇



[...]

to nic

pozbierasz się jakoś

posklejasz w całość

skrawki upartej wiary


i tylko serce

tkliwsze niż kiedyś

i usta bardziej milczące

przypomną czasem o bólu

 

niedziela, 10 listopada 2024

jestem przy nadziei ;)

Po dzisiejszej wizycie u Ziębuszki doszłam do wniosku, że wspólne spotkania powinny być wielogatunkowe. Jak widać, nie tylko ludzie potrafią znaleźć wspólny język. Przyznaję, że suczkom, Gai i Koko, musiałyśmy trochę pomóc, ale najważniejszy jest efekt. 
Da się? Da się!


Teraz czekam na nowe "dziecko", które ma się pojawić w domu Koko – i trzymam kciuki, żeby panienki, Koko i Mania, się dogadały.

czwartek, 7 listopada 2024

frazeologizm w użyciu

Podczas zebrania jeden z ojców komentujący słabe postępy dziecka w nauce powiedział:

– Syn sam poprosił o dodatkowe lekcje z języka polskiego. Widzę jaskółkę w tunelu.

I teraz nie wiem. Cieszyć się, bo pojawiło się światełko w tunelu, czy martwić, bo przecież jedna jaskółka wiosny nie czyni?

środa, 6 listopada 2024

sowa

Dostałam wczoraj zastępstwo z jedną z klas 1. Nie uczę tych dzieci, więc nie mogły mnie jeszcze poznać. Przed lekcją, kiedy otwierałam drzwi do sali, podeszła do mnie przewodnicząca klasy, by poprosić o jedną drobnostkę:

– Przepraszam, pani Sowa? – zagadnęła.

– Nie – odparłam – Ale też z tych drapieżnych.

wtorek, 5 listopada 2024

wspomnienia

Każdy etap w moim życiu miał jakąś wartość. Przeglądałam dzisiaj zdjęcia z kilku ostatnich lat, które przywołały różne wspomnienia i do tamtych chwil ze wspomnień chciałabym czasami choć na chwilkę wrócić. Co to były za czasy! Z brakującą jedną parą rąk, a i tak daliśmy radę! Dzisiaj myślę o nich z rozrzewnieniem.  

Już listopad, a to oznacza, że mentalnie przygotowujemy się do świąt. Tak! Co roku wymyślamy nowe aranżacje i staram się, żeby ten czas był dla mojej rodziny jak najprzyjemniejszy. Nastolatę poniosło i założyła dzisiaj czerwoną pościel w gwiazdki. A niech!

Ciekawe, jak Gaja zareaguje na śnieg, który pewnie już niedługo się pojawi. Czekamy.


dystans

Ponieważ Bobasek rozpoczął w październiku nowy etap edukacyjny, pytam kontrolnie:

– I jak tam, synku, odnajdujesz się powolutku?

– Zdecydowanie – odpowiada – Czuję, że te pięć lat studiowania to będzie osiem najpiękniejszych lat w moim życiu.


Dystans, tylko dystans nas uratuje. Jak widać, młodemu go nie brakuje 😂😂😂

poniedziałek, 4 listopada 2024

wywiadówka

Listopad to dla mnie zwykle trudny miesiąc. Piętrzą się sprawdziany, a krótkość dnia sprawia wrażenie ciągłego niedoczasu. Do tego sprawy rodzinne i pozarodzinne, kolejny etap olimpiady z języka polskiego na UW, w którym uczestniczę jako członek komisji, wyskakujące co chwilę infekcje, nagłe wizyty w służbie zdrowia i wywiadówki pożerające ogrom energii. Jak mogę, wykręcam się z uczestniczenia w tych, których nie muszę organizować sama, i chętnie zrzucam ten obowiązek na M. I zwykle, o dziwo, mi się to udaje. Niestety nie zawsze.

– Pamiętasz, że jutro jest wywiadówka u Nieletniej? – przypomina M.

– Pamiętam, że moja, szkolna, jest w środę – z marszu kombinuję – I wrócę na pewno bardzo późno.

– Musisz iść jutro.

– Ty pójdź – mówię przymilnym głosem.

– Nie mogę, będę na konferencji.

– A konferencji nie da się przełożyć? – próbuję chwytać się brzytwy.

– Nie da się, musisz iść.

– Mam lekcje do 15, a później spotkanie na UW o 19.

– To świetnie się składa. Wywiadówka jest o 17. Musisz iść.

– Muszę? 

– Musisz. To twoje dziecko.

– A masz na to jakiś dowód?

– Żabka – odpowiada spokojnie, patrząc na mnie z politowaniem – Mam akt urodzenia.

I pozamiatane. Pod koniec rozmowy to mnie jednak poniosło 😅

sobota, 2 listopada 2024

kolejka

Kolejka do kasy była wyjątkowo długa – przed nami z pięć osób, a za nami z dwa razy więcej. Gdy cierpliwie czekaliśmy na swoją kolej, obok nas stanęła starsza pani opierająca ciężar swojego ciała na sklepowym wózku. Od razu dostrzegłam, że oprócz zakupów miała w nim również kule. 

– Przepuśćmy panią – powiedziałam cicho do M.

– Przepuśćmy?! – wrzasnęła nagle kobieta stojąca za naszymi plecami – Nie ma, przepuśćmy! Każdy musi odstać swoje!

Ten wrzask, nagły i niespodziewany, wpędził mnie w stan przerażenia, choć nie od razu wiedziałam, dlaczego. M. spokojnie odwrócił się w stronę rozjuszonej kobiety i wymownym spojrzeniem zasugerował jej, że starsza pani nie może stać długo w kolejce.

– Nie obchodzi mnie to! – wykrzyczała kobieta – Jak jest się kaleką, to się do sklepu nie chodzi!

– Czy pani piła? – zapytał M.

– Za swoje piję! – odparła rozmówczyni i na szczęście przestała krzyczeć.

Chwilę później, gdy starsza pani wyłożyła już swoje zakupy na taśmę, podszedł do nas kasjer i zaprosił do nowo otwartej kasy. Kobieta z butelką w ręce podążyła za nami i ostatecznie i my, i ona skończyliśmy zakupy szybciej niż przepuszczona przez nas klientka. 

– Co tak długo? – zapytał mężczyzna czekający na kobietę przed sklepem.

– Długo! – ryknęła głośno – Bardzo długo, bo prostakom zachciało się przepuszczać innych w kolejce! Jak zaraz podejdę i im wpierdolę, to im się odechce! Kurwa! Popierdoleńcy jedni! Prostaki!

Starliśmy się z nałogiem, nie z kobietą. Wiem to 😥

piątek, 1 listopada 2024

magiczny sen

Uwielbiam budzić się w takim nastroju jak dzisiaj. Śniła mi się spora gromadka dzieci, którymi jako mama zastępcza miałam się zaopiekować. Kiedy pojawiły się w moim domu, trochę się przeraziłam, ale ponieważ każde z dzieci było przeurocze i kryło w sobie coś wyjątkowego, szybko zrodziło się we mnie zaciekawienie. Natychmiast zapragnęłam je poznać, jak najpełniej, dlatego starałam się poświęcić czas każdemu z osobna. Podczas rozmów poznawałam pragnienia dzieci i ich talenty i nie mogłam wyjść z zachwytu. Epatowały potencjałem, pięknem, dobrem i pozytywną energią. Przy nich wszystko wydawało się możliwe, wiedziałam, że spełnią marzenia, o jakich mi opowiadały. 
Po rozmowach wyszłam na spacer. Idąc ścieżką otoczoną z dwóch stron soczyście zieloną trawą, na horyzoncie dostrzegłam kobiecą postać, która odwrócona była do mnie plecami. Wyprostowana, otulona wielką kolorową chustą w pastelowych barwach, sięgającą aż do ziemi, patrzyła przed siebie.

Magia snu trzymała mnie jeszcze długo po obudzeniu. Chyba nie chcę mieć już więcej dzieci, ale myślę o zakupie chusty 😃 Uwielbiam duże, ciepłe chusty! I koce! Są dla mnie symbolem otulenia, troski i bezpieczeństwa.

PS Tak! Znów przejrzałam internetowe senniki 😅😅😅