Najwięcej treści kryje się w milczeniu, w niewypowiedzianych – z różnych powodów – słowach, w wypełnionych po brzegi przestrzeniach między wierszami. W nich właśnie mieści się esencja życia i prawdy.
Tłumaczę jak zwykle, że imiesłowowy równoważnik zdania oddzielamy przecinkiem. Podaję też przykłady, żeby lepiej zobrazować zagadnienie: „Idąc do pracy, spotkałam znajomego”.
– Czy ktoś mógłby podać inny przykład imiesłowu przysłówkowego, zakończonego na -ąc, który oddzielimy przecinkiem? – pytam, żeby sprawdzić efekty swojego tłumaczenia.
Ach, miałam gest. Nastolacie spodobał się mały flakonik, który ma tylko jeden walor – dekoracyjny – i nie kosztował mało. Nie kupiłam go od razu, kiedy zobaczyłyśmy go w sklepie, ale po kilku dniach zdecydowałam się jednak zrobić młodej niespodziankę i jej go podarować.
– Cieszysz się? – zapytałam, nie widząc w jej postawie zbytniego zachwytu. To nic przecież, że wybudziłam ją z twardego snu, żeby go wręczyć.
– Bardzo – odparła niemrawo.
– Ale na pewno? – dopytałam, ponieważ nie była przekonująca.
– Nie widzisz, że w środku skaczę ze szczęścia?
– Ano, widzę – zaśmiałam się – Boże, jak ty wysoko skaczesz!
Spełniają się moje marzenia. Zawsze chciałam zasadzić w ogródku niezapominajki, ale nie wiem, dlaczego nigdy tego nie zrobiłam. Bałam się czegoś. Miałam nawet dla nich idealne miejsce, wilgotne i zacienione, jednak wewnętrzny opór nie pozwalał mi podjąć żadnych działań. Jakby spełnienie marzenia było poza moim zasięgiem.
W końcu wczoraj los zadecydował za mnie, a raczej Ziębuszka, która posłała do mnie Akrobatę z sadzonką pięknych niezapominajek. Przyjechał późno, po 21, dlatego postanowiłam zaczekać do kolejnego dnia, żeby wysadzić je w ogródku. I to był błąd. Pół nocy nie spałam, wyobrażając sobie, jak będą się prezentować w wybranym dla nich kąciku. O 2 zerwałam się na równe nogi i tylko zdrowy rozsądek powstrzymał mnie przed buszowaniem w ogródku w środku nocy. Wytrwałam do 5, po czym natychmiast przekopałam ziemię i zadomowiłam u nas niezapominajki.
Nie zrobiłam jeszcze zdjęcia, ponieważ zapatrzyłam się zbyt długo na kwiatki i szybko musiałam zbierać się do pracy, ale uczynię to po powrocie do domu. Sami zobaczycie, jakie są piękne.
I stało się. Zawsze mogło się stać, a już szczególnie wtedy, gdy człowiek wpada w konieczny z racji wykonywanego zawodu słowotok i mówi:
Pozytywiści porównywali społeczeństwo do żywego organizmu i sądzili, że na jego funkcjonowanie ma wpływ każdy znajdujący się w nim ORGAZM.
Organ. Organ! – próbowałam się ratować, ale było już zdecydowanie za późno. Młodzież speszona, ja jeszcze bardziej, a lekcja toczyła się dalej. Wszyscy prawie udusiliśmy się ze śmiechu, który dzielnie staraliśmy się hamować w sobie. Mnie się udało, choć z trudem 😅
Muszę, bo inaczej się uduszę. Na poniedziałkowy, świąteczny obiad zaprosiliśmy Nataszę z dziećmi. Tę, która zamieszkała u nas zaraz po wybuchu wojny w Ukrainie. Przyszła tylko z córką. Chociaż na jakiś czas wróciła do kraju, znów jest w Polsce z powodów, o jakich już kiedyś wspominałam. Przyjechała głównie po to, żeby uchronić swojego syna przed poborem do wojska.
Od poniedziałku właśnie nie mogę się otrząsnąć. Spotkanie było przemiłe, jak najbardziej, ale w czasie jego trwania rozmawiałyśmy nie tylko o przyjemnych sprawach. Jak już kiedyś wspominałam, syn Nataszy ma autyzm. Z naszego "polskiego" punktu widzenia nie ma w tym nic dziwnego, za to na pewno dziwne, i właściwie nawet przerażające, jest to, że nieoficjalna diagnoza padła dopiero jakiś rok temu, kiedy matka zorientowała się w czasie pracy w przedszkolu, że takie zaburzenie w ogóle istnieje. Powiedziały jej o nim inne współpracownice, gdy ta zwróciła uwagę na zachowanie niektórych dzieci, porównując je do zachowania swojego dziecka.
Przez całe lata nikt nie rozumiał syna Nataszy. Zmuszano go do działań, które go przerastały, na ulicach wytykano go palcami i dyscyplinowano. A on zapadał się w sobie coraz bardziej. Do tego stopnia, że dziś nie jest w stanie opuścić pokoju, w którym mieszka z matką i siostrą. W Ukrainie nikt nigdy nie nakierował ich na właściwą diagnozę, ponieważ większość ludzi, z jakimi chłopak miał kontakt, nie ma pojęcia o tym, że coś takiego w ogóle istnieje.
Dowiedziałam się jeszcze, że w małych miejscowościach korzysta się głównie z usług szeptuchy, która za wizytę bierze mniej niż lekarz medycyny konwencjonalnej. Nie mają narodowego funduszu zdrowia, nie mają terapii wspierających dzieci z autyzmem, nie mają świadomości na miarę świadomości cywilizowanego kraju. Ludzie są nieskalani wiedzą, a ich codzienne funkcjonowanie opiera się głównie na zabobonach i radach szarlatanów, którzy moim zdaniem potrafią czasami wyrządzić ogromną krzywdę.
Czuję bezradność. Nie mam pomysłu, jak można pomóc synowi Nataszy. Jest bardzo inteligentnym człowiekiem posiadającym wiedzę, którą zdobył we własnym zakresie w swoim małym wewnętrznym światku. I boję się, że tej wiedzy nie wykorzysta, ponieważ nie jest w stanie wyjść do ludzi, gubi się w rzeczywistości, a każda interakcja ze światem zewnętrznym po prostu go przerasta. Jestem pewna, że gdyby urodził się w Polsce, od wczesnych lat byłby objęty właściwą opieką i miałby dużo większe szanse na normalne życie. Za chwilę skończy 18 lat. I co wtedy? Co z ubezpieczeniem zdrowotnym, jeśli nie podejmie się edukacji?
Z okazji świąt życzę Wam wielu chwil radości, spokoju i odpoczynku w gronie najbliższych. Niech ten wyjątkowy czas przyniesie nowe siły, wiosenną energię i mnóstwo uśmiechu. Niech w Waszych sercach zagości nadzieja, a każdy dzień będzie pełen ciepła, słońca i dobrej atmosfery 🌼
Historię powstania w getcie warszawskim poznałam dzięki reportażowi Hanny Krall Zdążyć przed Panem Bogiem, która w czasie rozmowy z uczestnikiem tego wydarzenia, Markiem Edelmanem, zarejestrowała szczegóły życia ludności żydowskiej w okupowanej Polsce.
Zachęcam do obejrzenia krótkiego materiału sporządzonego przez Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN.
Czasami wystarczy, że spotka się jedną osobę na swojej drodze, która tchnie w serce człowieka ducha nadziei. I on już wie, jak chce żyć. Rozkwita w nim myśl o dobrym życiu i tę myśl realizuje w każdej chwili swojego istnienia.
Tak było ze mną. Czy wtedy, gdy byłam w liceum, pojawiła się przypadkiem w moim życiu? Przypadkiem uwierzyła we mnie i powiedziała mi, że jestem silna?
Nie wierzę w przypadki. Zjawiamy się w czyimś życiu albo ktoś zjawia się w naszym celowo. Każde spotkanie to ważna lekcja, która zawsze jest szansą.
Dzisiaj się dowiedziałam, że na wieczorną posiadówkę w ogródku to się muszę zapisać, jeśli w ogóle znajdzie się wolny termin. Rodzona młodzież zaprasza inną młodzież i umilają sobie czas. Jest głośno i wesoło i tak chyba właśnie powinno być. Niech będzie moja strata 😉
Śniła mi się wczoraj moja babcia. Siedziała w naszym ogródku na szarej kanapie, a ja krzątałam się wokół niej zupełnie naturalnie, jakby jej obecność była codziennością. Gdy do niej podeszłam, powiedziała, że musi iść, ponieważ ma coś ważnego do załatwienia, że nie może odłożyć tego na później, ale wróci, jak już wszystko uporządkuje. We śnie była prawdziwa i przede wszystkim żywa. Dopiero przed samym rozstaniem uświadomiłam sobie, że już jej nie ma i że jej podróż potrwa nieprzyzwoicie długo. Nie próbowałam jej zatrzymywać, choć czułam ogromny smutek. Zdążyłam na szczęście poczuć bliskość i ciepło, i przede wszystkim serdeczność babci.
Co oznacza ten sen? Prawdopodobnie osiągnięcie jakiegoś kolejnego etapu w moim życiu. Z całkowitym spokojem przyjęłam złożoną deklarację i nie próbowałam wymuszać zmiany decyzji, jakbym wreszcie zrozumiała jedną ważną rzecz:
Jeśli coś kochasz, puść to wolno. Kiedy do ciebie wróci, jest twoje.
Na taki wieczór jak dziś czekałam całą zimę i duży kawałek wiosny. Siłą mnie stąd nie wyciągnięcie. I wcale nie chodzi o miejsce w dosłownym rozumieniu, choć jest przytulne i urokliwe, ale o miejsce w życiu i w sercu, jakiego długo szukałam.
Jestem w domu.
Większość ludzi myśli o przynależności jako o mitycznym miejscu i spędza
całe życie, bezskutecznie go poszukując. A jeśli przynależność wcale
nie jest miejscem? Co jeśli jest to umiejętność, która została utracona
lub zapomniana?
W jedzeniu nie chodzi o jedzenie, tylko o to, z kim się je. Dzisiaj po radzie odwiedziłyśmy z Sonią My Food China. Było pysznie, a jakże, ale przede wszystkim sympatycznie. Polecamy lokal, który same dopiero odkryłyśmy.
Od dzisiaj oficjalnie mamy wolne. Przynajmniej przez kilka dni.
Pierwszy raz w życiu piłam herbatę z chryzantemami. Podobno bardzo zdrowa, tylko ma jedną wadę, zauważyłyśmy z Sonią, nie gasi pragnienia. Ale czego się nie robi (czyt. pije 😉) dla zdrowia!
Jeśli masz wybór, dokonaj właściwego. Coś, czym możesz tłumaczyć swoje decyzje, nie musi być ich usprawiedliwieniem. I tego właśnie nauczyło mnie życie. Brania odpowiedzialności.
Może nie wspominałam jeszcze, ale od czasu do czasu odwiedzają mnie moi byli uczniowie. Są to zawsze bardzo miłe odwiedziny i to wcale nie z powodu tego, że zawsze przynoszą mi coś słodkiego. W piątek zawitał u mnie wychowanek, z którym rozstałam się rok temu. Przyszedł, gdy kończyłam jeszcze prowadzić lekcję, i obejrzał sobie ją przez okienko w drzwiach klasy, a później wszedł równo z dzwonkiem.
– Mam nadzieję, że ich pani też tak męczy – powiedział, uśmiechając się.
– Ja? – udaję zdziwioną i całkiem nieźle mi to wychodzi – W życiu.
– Taki nam pani dała wycisk w ostatniej klasie, że nie zapomnę tego do końca życia.
– Ja? – odpowiadam znów w podobnym tonie – Nie mogłabym.
– I to była jedna z najlepszych rzeczy, jakie nam się w życiu przydarzyły. Wszyscy są zadowoleni.
– Z wycisku?
– Z wycisku! I z wyników.
– O – znów udaję zdziwienie, choć już mniej wiarygodnie, bo znam przecież dobrze wyniki mojej byłej klasy. Przebiła nawet Królówkę (potoczna nazwa jednej ze szkół, z którą rywalizuje Goethe), a to jest jak wygrana Warszawy z Krakowem.
– To niech ich pani też nie oszczędza – powiedział głośno, wskazując rękę na osoby wychodzące z klasy.
I to mi się podoba – taka pogoda! Ogródek jest mój!
Gdy Wilku napisała wczoraj „Świat jest piękny”, całkowicie się z nią zgodziłam. Montowałam akurat światełka na swojej bluszczykowej osłonce i ta czynność, jak każda w ogródku, sprawiała mi dużo frajdy. A w sercu spokój i cisza. Wam życzę tego samego ❤️❤️❤️
Wczorajszy dzień minął pod znakiem niepewności i wrażeń. Najpierw zawiodło metro, przez co spóźniłam się do pracy, a później sama narobiłam bałaganu w planie dnia, ponieważ całkowicie straciłam rachubę czasu. Byłam umówiona z Sonią pod Kinem Muranów o 20:15, wyobraźcie sobie mój popłoch, kiedy o 19:56 zorientowałam się, że godzina, na którą patrzę, to nie 18:56.
Jak do tego doszło? Nie wiem.
A może jednak wiem. Pochłonął mnie mój mały o wielkiej mocy kojenia ogródeczek, w którym plewiłam maliny i instalowałam budkę dla Gai i Mila. Na szczęście z pomocą przyszedł M. i podwiózł mnie pod kino. W rezultacie byłam na miejscu o 20:14. Cała minuta rezerwy!
A być było warto. Dostałam od Soni zaproszenie na premierę Sanatorium pod klepsydrą braci Quay. To nowa ekranizacja utworu Brunona Schulza, która stanowi nie polemikę, ale dialog z wersją Hasa z 1973 roku. Poniżej załączam zwiastun 👇
To tekst dla koneserów sztuki, więc nawet nie dla mnie, ale obejrzeć warto. Sam utwór czytałam jeszcze na studiach i powrót do niego w zupełnie innej odsłonie był bardzo owocnym doświadczeniem.
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego, gdy czegoś nie rozumiemy, szukamy przyczyny albo winy w sobie lub w kimś albo w czymś na zewnątrz? Ja się zastanawiałam i dawno temu znalazłam odpowiedź. Daje nam to poczucie kontroli i bezpieczeństwa. Rzeczywistość staje się wówczas bardziej przewidywalna i pewniej w niej funkcjonujemy. Każdy skutek ma przecież swoją przyczynę, a znalezienie jej przywraca naszemu życiu spokój i harmonię.
Umysł potrafi doprowadzić nas do absurdalnych wniosków, a my, działając często nieświadomie, dajemy mu się zwieść. Otrzeźwienie przychodzi czasami z bardzo dużym opóźnieniem albo, co też często się zdarza, nigdy. Można być niewolnikiem własnego umysłu przez całe życie, wierząc w jego projekcje i ślepo się do nich przywiązując, ale możemy też próbować dążyć do prawdy, kwestionując własne przemyślenia i konfrontując je chociażby z wiedzą, do której mamy dzisiaj bardzo łatwy dostęp.
Co do wiedzy, jakiś czas temu doszłam do wniosku, że ratuje życie. Porządkuje doświadczenia i pozwala zrozumieć zjawiska, z jakimi się spotykamy. I chociaż czasami pewne sprawy nie mieszczą nam się w głowie, bo ze zwykłego, ludzkiego punktu widzenia nie miały prawa się zdarzyć, łatwiej je przyjąć, uznając ich istnienie za normę, co wynika chociażby z rachunku prawdopodobieństwa czy też z samej natury świata. Warto zaznaczyć, że to, co uznać możemy za normę, wcale nie musi być normalne.
Czy wspominałam już, że uwielbiam twórczość Agnieszki Osieckiej? Inspiruje mnie i zmusza do refleksji nad życiem. Koi bardziej niż cokolwiek na świecie. Pamiętam, jak wchodziłam w dorosłość. Miałam wtedy 19 czy 20 lat i całymi godzinami wsłuchiwałam się w słowa, jakie przekazała w swoich tekstach, albo jakie przekazywane były w piosenkach – śpiewanych głównie przez Magdę Umer. Ale nie tylko. Mam dziś potrzebę zamieszczenia na blogu kilku ważnych myśli, żeby nie utonęły w mojej własnej niepamięci.
Muzyka: Waldemar Kazanecki
Słowa: Agnieszka Osiecka
💫💫💫
Nie wierzę w brak czasu. Zawsze jest czas na ten krótki błysk, na ten znak:
jesteś dla mnie ważna.
💫💫💫
U mnie jest blisko z serca do papieru.
💫💫💫
Jestem strasznie szczęśliwa, bo mi powiedziałeś, że Ci źle beze mnie.
💫💫💫
Piętnaście minut temu wyszedłeś do pracy. Jak to dawno...
💫💫💫
Myślałam, że zawsze będziemy młodzi, że świat poczeka.
Nic nie poczekało. Nie odkładajcie na później piosenek, egzaminów,
dentysty, a przede wszystkim nie odkładajcie na później miłości.
💫💫💫
Są uderzenia, które pozostają ciosami,
jeśli nawet przygotowuje się do nich całymi latami.
💫💫💫
I oczywiście znowu mi się śniłeś. Dzisiaj znowu okropnie ciebie nie było.
💫💫💫
Bujne życie towarzyskie zupełnie mi nie wychodzi.
Wystarczy na początek. Jeśli chcesz, zakochaj się w Osieckiej.
Przeszłam dziś po sali, żeby zajrzeć do zeszytów uczniów, chcąc upewnić się, że wszystko, co najważniejsze, mają w nich zapisane. U jednej z dziewczynek na każdej stronie dostrzegłam rysunki, które ewidentnie przypominały moją podobiznę.
– A to co to? – zapytałam.
– Fajne ma pani stylówy, to sobie rysuję.
– Aha.
😂😂😂
I zrobiło się zabawnie. Tak dla równowagi po środowym zebraniu.
Jedna z piosenek, którą po prostu uwielbiam. Wchodzę rano do ogródka, siadam na huśtawce, biorę kawę w rękę i odpalam. Każdemu polecam!!!
Oczywiście, że sztacham się tym utworem. Z pełną premedytacją. Codzienność nie jest łatwa, ciągle pojawiają się jakieś problemy, którym trzeba stawić czoła, dlatego każdy sposób mogący stać się ratunkiem jest na wagę złota.
Z pomocą przybywa też wszechświat. Dziś akurat w postaci Wilku, która podesłała mi najlepszą pod słońcem pozycję na ten czas, chociaż nie miała pojęcia, że przeżywam jakikolwiek kryzys. Po wczorajszym zebraniu ciężko było mi dojść do siebie. Nic złego się nie stało, ale rozwarstwił mnie komunikat jednej z mam: „Jak syn nie zda z polskiego, popełni samobójstwo”. Wszystko jest dla mnie jasne, rozumiem specyfikę jego schorzenia, dlatego odnoszę się do dziecka ze szczególną delikatnością i staram się stwarzać warunki, w których w bezpieczny sposób może zaliczyć materiał, ale nie wszystko niestety zależy ode mnie. Są ludzie, którzy czasami chowają się za chorobą i nie próbują podejmować żadnej inicjatywy. Nie chcą brać odpowiedzialności za swoje życie ani za wybory, jakie tego życia dotyczą. Tak jakby diagnozą chcieli załatwić wszystkie sprawy. W myśl powiedzenia, które wszystkim jest chyba znane: „mam horom curke" (należy mi się). Ponieważ w szkole pracuję nie od dziś, dostrzegam pewne mechanizmy i widzę kierunek, w jakim ktoś próbuje zmierzać. I nie zgadzam się na taki kierunek. Diagnoza nie pomoże w zdaniu matury, za to wiedza już tak. Przecież wpisanie do arkusza maturalnego słowa depresja, zamiast właściwych odpowiedzi, nie da przepustki do przyszłości, o jakiej się marzy.
To wszystko jest bardzo trudne i nie mam chyba siły, żeby tłumaczyć szczegółowo, w czym leży problem. Uważam po prostu, że czasami, przy odrobinie chęci, można chociaż troszeczkę posunąć się do przodu, a jeśli tych chęci nie ma w ogóle, trzeba zadbać w pierwszej kolejności o zdrowie. Stworzyć przestrzeń do tego, żeby stanąć na nogi, nawet jeśli miałoby to oznaczać zaniedbanie innych spraw, do których później można przecież wrócić.
Słowa wypowiedziane przez mamę zabrzmiały dla mnie jak szantaż. Nie zapytała, co moim zdaniem można zrobić, żeby pomóc dziecku zaliczyć materiał, za to bardzo wyraźnie powiedziała, co się stanie, jeśli chłopiec nie zda. Jako matka wyobrażam sobie, co ta mama przeżywa, i z całego serca staram się rozumieć i wspierać, ale uważam jednocześnie, że postąpiła wobec mnie nie w porządku, próbując zrzucić na mnie odpowiedzialność za życie swojego dziecka. To nie fair! To cios poniżej pasa.
Nie pierwszy raz spotykam się z czymś takim i jak zwykle bardzo to przeżywam. Dwa albo trzy lata temu znalazłam się w równie trudnej sytuacji. Dziewczynka „schowała się” za diagnozą i dążyła do wymuszenia zaliczeń z różnych przedmiotów, wykorzystując manipulację. Bardzo chciałam wtedy pomóc, a ponieważ tak jak teraz byłam przekonana, że pozytywna ocena na koniec roku to nie jest środek do osiągnięcia celu, zaproponowałam lekcje online. Darmowe. Chciałam chociaż cokolwiek naprawić, wyposażyć ją w potrzebną do zdania matury wiedzę. Dziewczynka skorzystała z tych lekcji, a później podczas zajęć z klasą, w czasie których wylosowałam jej nazwisko i miała zaliczyć odpowiedź ustną, oskarżyła mnie o sfałszowanie losowania, którego dokonałam na oczach 30 osób. Wiązało się to z dużymi nieprzyjemnościami dla mnie, byłam zmuszona tłumaczyć się z czegoś, czego nie zrobiłam, ale najbardziej zabolało mnie chyba to, w jaki sposób, chcąc uniknąć odpowiedzialności, postąpiła wobec mnie dziewczynka.
Ech, dużo już za mną i zapewne bardzo dużo przede mną. Życzę sobie wytrwałości, dystansu i niegasnącego zapału do pracy z młodzieżą.
Miałam wybór: zapaść się w sobie albo zmierzyć się z tym, co niewygodne. Wybrałam to drugie. Zdecydowanie! Jedną z myśli, jaka mi wówczas przyświecała, była myśl dotycząca moich własnych dzieci i tego, kim chcę być w ich oczach. A chciałam być mamą, która walczy, która się nie poddaje i bez względu na wszystko rusza do przodu. Chciałam, żeby wiedziały, że można odnaleźć światło nawet w najbardziej mrocznych momentach życia. Nie chciałam, żeby widziały mnie złamaną, pokonaną przez doświadczenia pojawiające się na drodze istnienia.
Czy mi się to udało? W dużym stopniu na pewno. W wielu momentach wolałabym okazać się silniejsza, bardziej zorganizowana i wytrwalsza. Myślę jednak, że małe porażki też były ważne. Skąd miałyby wiedzieć, że się podnoszę, jeśli nie widziałyby żadnego mojego upadku?
Są moją siłą i motywacją. Sensem życia, dzięki któremu staram się wybierać właściwie. I chociaż nie jestem idealną mamą, jednego jestem pewna: w ich otoczeniu spełniam największe życiowe marzenie o posiadaniu rodziny.
Ziębuszka napisała dzisiaj: "Kiedyś tak często tirlałyśmy".
Pomyślałam, jakby powiedział M., obraża mnie. I pomyślałam tak tylko dlatego, żeby było śmiesznie. Wrzuciłam od razu wyraz 'tirlać" do przeglądarki, a tam... NIC! Nie ma takiego wyrazu!
Czyli jednak mnie obraziła? 😉 W zaciętości szukałam dalej i natknęłam się na słowo 'tirli'. I okazało się, że to wyraz mający naśladować dźwięk instrumentów smyczkowych. Właśnie od niego utworzyła czasownik? I czy to oznacza, że jesteśmy TIRLICZKAMI?
Życie nauczyło mnie jednej ważnej rzeczy (no dobra, może trochę więcej). Cokolwiek by się działo, zawsze przyświeca mi myśl: rób swoje! Zatem robię swoje w sposób zgodny z moimi wartościami. Czy dobrze na tym wychodzę? Z reguły tak, ale czasami potrafię się jednak zagalopować, co oznacza, że nie dopracowałam jeszcze strategii odpuszczania w sytuacjach, w których odpuścić należy.
Rób swoje! To właśnie dziś powiedziałam. I dodałam jeszcze: nie we wszystko musisz się angażować, a już na pewno nie w to, co mogłoby komuś zaszkodzić. Odparła skinieniem głowy. Chyba dobrze jej powiedziałam. Prawda?