Może nie wspominałam jeszcze, ale od czasu do czasu odwiedzają mnie moi byli uczniowie. Są to zawsze bardzo miłe odwiedziny i to wcale nie z powodu tego, że zawsze przynoszą mi coś słodkiego. W piątek zawitał u mnie wychowanek, z którym rozstałam się rok temu. Przyszedł, gdy kończyłam jeszcze prowadzić lekcję, i obejrzał sobie ją przez okienko w drzwiach klasy, a później wszedł równo z dzwonkiem.
– Mam nadzieję, że ich pani też tak męczy – powiedział, uśmiechając się.
– Ja? – udaję zdziwioną i całkiem nieźle mi to wychodzi – W życiu.
– Taki nam pani dała wycisk w ostatniej klasie, że nie zapomnę tego do końca życia.
– Ja? – odpowiadam znów w podobnym tonie – Nie mogłabym.
– I to była jedna z najlepszych rzeczy, jakie nam się w życiu przydarzyły. Wszyscy są zadowoleni.
– Z wycisku?
– Z wycisku! I z wyników.
– O – znów udaję zdziwienie, choć już mniej wiarygodnie, bo znam przecież dobrze wyniki mojej byłej klasy. Przebiła nawet Królówkę (potoczna nazwa jednej ze szkół, z którą rywalizuje Goethe), a to jest jak wygrana Warszawy z Krakowem.
– To niech ich pani też nie oszczędza – powiedział głośno, wskazując rękę na osoby wychodzące z klasy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz