Moja babcia robiła na drutach i pachniała lawendą. Urodziła się 22 kwietnia 1913 roku – świat już wtedy szykował się do wojny. Tej pierwszej nie pamiętała, była na to za mała, za to wydarzenia z dwudziestolecia utrwaliła w swoim umyśle na zawsze. Wielokrotnie wspominała śmierć mamy, która zmarła niedługo po porodzie. Wtedy być może zrodziło się w umyśle małej Anielki przekonanie, że nie należy przywiązywać się ani do miejsc, ani do ludzi, dlatego zawsze była gotowa do drogi. Późniejsze doświadczenia, głównie II wojna światowa, tylko ją w tym przekonaniu utwierdzały.
"Któregoś wieczoru, kilka dni po odejściu mamy – opowiadała babcia – gdy siedzieliśmy wszyscy razem w izbie, dwuipółletnia siostrzyczka rozpłakała się i cichutko, z ogromną tęsknotą w głosie, zapytała:
– Mamo, mamo, gdzieś ty poszła, tak długo cię nie ma?
Nikt z nas nie powstrzymał się wtedy od łez. Nawet tata, który był zwykle bardzo opanowanym człowiekiem, ujął głowę w obie ręce i zapłakał jak dziecko".
Ta opowieść wywarła na mnie tak bolesne wrażenie, że nawet teraz, kilkadziesiąt lat po tym, gdy pierwszy raz ją usłyszałam, odczuwam głęboki smutek. Równie wstrząsająca była dla mnie historia najmłodszego dziecka – Agnieszki – które oddane zostało pod opiekę mamki. W wieku czterech miesięcy mimowolnie, jak opowiadała babcia, malutka wypowiedziała słowo "mama", zamknęła oczka i już nigdy się nie obudziła. Powodem odejścia było prawdopodobnie niedożywienie, ponieważ mamce brakowało pokarmu dla wszystkich dzieci, które miała wówczas pod opieką, ale społeczność wolała wierzyć, że przyszła po nią MAMA.
II wojna światowa przyniosła poniewierkę. Kilka miesięcy po jej wybuchu Rosjanie splądrowali dom babci i domy innych mieszkańców, a ludność przepędzili do okolicznego miasteczka, gdzie mieli dokonać na leżących z twarzami zwróconymi w stronę ziemi ludziach egzekucji. Większość niedoszłych straceńców ocalili Niemcy, odbijając ich z rąk przeciwnika i transportując do Oświęcimia. Mogę się jedynie domyślać, z jakimi trudami wiązał się pobyt w obozie, babcia nigdy o nim nie wspominała. Na pewno doświadczyła niewyobrażalnego głodu, dlatego do końca życia chowała w kieszeni fartucha jedzenie ze stołu. Z Auschwitz babcię, jej męża i ich pięcioletnią córkę przetransportowano do Niemiec, gdzie zmuszeni zostali do pracy na rzecz III Rzeszy. Rodzina, do której trafili, to mądrzy, gospodarni i życzliwi ludzie, którzy zaproponowali pozostanie w Niemczech na zawsze, ale tuż po wojnie dziadek uparł się, że chce wracać do kraju, do domu, który stał się rumowiskiem. Powrót do Polski to długotrwała, nużąca tułaczka obfitująca w wiele zagrożeń.
Trzymałam babcię za rękę, gdy odchodziła. Wzięła wtedy głęboki wdech i chociaż z oczu popłynęły łzy, na jej twarzy malował się spokój. Była gotowa do drogi...
Boję się nowego roku i tego, co ze sobą przyniesie. Ten, który właśnie mija, mocno mnie poturbował. Zbyt mocno. Nie mam w sobie przestrzeni na noworoczne postanowienia. Chciałabym być gotowa do drogi.
















