czwartek, 30 stycznia 2025

;)

Dzieciaki z mojej klasy wychowawczej pisały dziś wypracowanie. Niestety musiałam wyjść na chwilę z sali do pokoju nauczycielskiego. Poprosiłam, żeby w czasie mojej nieobecności nie rozmawiały ze sobą, nie konsultowały rozwiązań, bo hałas spowoduje, że osoby, które potrzebują skupienia, pogubią się w swoich pisemnych rozważaniach.

Po powrocie zadałam pytanie:

– Czy ktoś rozmawiał, jak mnie nie było?

– Nie! – młodzież odparła chórem.

– Nie wierzę, ale cieszę się, że stoicie za sobą murem. 

Spojrzeli najpierw na mnie ze zdziwieniem w oczach, potem po sobie nawzajem z porozumiewawczym uśmieszkiem i krzyknęli:

– Sigma!

środa, 29 stycznia 2025

rocznica

Moja babcia zmarła 29 stycznia, lata temu. Jak już kiedyś wspominałam, trzymałam ją za rękę, kiedy odchodziła. To było spokojne odchodzenie. Bardzo żałuję, że nie było jej dłużej w moim życiu, ponieważ była dla mnie kimś naprawdę ważnym.

Pamiętam ją jako ciepłą, delikatną i dobrą osobę. Czasami spędzałam u niej wakacje. Opowiadała mi wtedy o swoim życiu, o życiu bliskich, o bardziej lub mniej przyjemnych sprawach. Wszystkich opowieści słuchałam z ogromną uwagą. Nic dziwnego, babcia miała spokojny, ciepły, kojący głos, dlatego jej opowieści, choć same w sobie ciekawe, stawały się magiczne.

Babcia mieszkała w domu  umieściłam kiedyś jego zdjęcie na blogu  w którym był tylko jeden pokój. Pomimo tego, że znajdowały się w nim dwa duże łóżka, spałam razem z nią. Bałam się ciemności i często miewałam koszmary, a przy niej po prostu czułam się bezpiecznie.

Czasami, gdy otwierałam oczy, widziałam twarz babci, która intensywnie się we mnie wpatrywała.

– Babciu, dlaczego tak robisz? – pytałam wtedy.

– Spałaś tak głęboko, że musiałam sprawdzić, czy oddychasz.

I sprawdzała. Za każdym razem, gdy miałam spokojny, relaksujący sen. 

Życzę sobie dzisiaj dobrego, spokojnego snu. Chciałabym otworzyć oczy w środku nocy i zobaczyć pochylającą się nade mną babcię, która z troską upewnia się, że oddycham. Uśmiechnę się do niej wtedy z namiastką niedowierzania w spojrzeniu, że znowu to robi, i powiem jak kiedyś:

 – Babciu, żyję. Nie musisz się martwić.

słowo na środę

Czy to, co robisz, jest dla Ciebie dobre?

Zawsze zadawaj sobie to pytanie.

wtorek, 28 stycznia 2025

odliczanie

Odliczam dni do ferii. I nie dlatego, że zmęczyła mnie praca, chociaż zmęczyła, ani dlatego, że planuję wyjazd w egzotyczne strony, bo nie planuję, ale dlatego, że czekam na czas, kiedy będę mogła spokojnie przeczytać czekające na mnie książki. Już nawet rozgrzewam sprzęt 😀 Naładowałam na full swojego kundelka (kindle'a)! 

Życzcie mi miłej lektury! 

Jeszcze tylko trzy dni pracy!

poniedziałek, 27 stycznia 2025

kłoda

Nie mogę uwierzyć w to, co się dzisiaj stało, dlatego postanowiłam opisać tę historię na blogu.

Biorę czynny udział w sprawdzaniu prac olimpijskich. Na dwóch etapach pisemnych tworzone są tandemy – każda praca sprawdzana jest przez dwie osoby. Mniej więcej w połowie czasu przed wpisaniem wyników osoby z zespołu wymieniają się pracami. Próby skontaktowania się ze wspólniczką nie powiodły się, nie odpisała nawet na żadną moją wiadomość – zawiodła  dlatego w piątek przydzielono mi nową osobę, która musiała mieć czas na sprawdzenie prac, wyniki miały się pojawić w systemie w niedzielę przed północą. W konsekwencji mogłyśmy się wymienić pracami dopiero w niedzielę rano i jeszcze tego samego dnia je sprawdzić, ocenić i wpisać wyniki do systemu. Z samego rana podjechałam do niej, by usprawnić wymianę i wykonanie zadania. Na szczęście ze wszystkim się wyrobiłam.

Dziś, czyli w poniedziałek rano otrzymałam wiadomość.


Moje zdziwienie było ogromne. Wywiązałam się przecież ze zobowiązania w terminie, dlaczego więc miałabym brać odpowiedzialność za coś, czego nie zrobiłam? Zareagowałam. Nie zgodziłam się przyjąć ponaglenia, chociaż z pewnością rozwiązałoby ono problem. Przewinienie, w którym wskazanoby winowajcę, zostałoby udokumentowane.

Olimpiada jest ogólnopolska, wyniki ze wszystkich okręgów miały się pojawić w tym samym czasie. Wzięcie na siebie odpowiedzialności wiązałoby się z przyjęciem dalszych konsekwencji – z brakiem zapłaty i naganą.

Czy to doświadczenie było mi potrzebne? Myślę, że tak. Chociaż ukłuło w sercu, zabolało, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, co się właściwie stało, zatrzymało, to pokazało mi również, że potrafiłam w tej sytuacji stanąć po swojej stronie. Jeszcze kilka lat temu – jestem tego pewna – nie zareagowałabym właściwie po otrzymaniu podobnego SMS-a, nie zareagowałabym po otrzymaniu ponaglenia, bo przecież mnie uprzedzono, że się pojawi, wzięłabym winę na siebie i za tę winę musiałabym zapłacić.

niedziela, 26 stycznia 2025

"świat jest lustrem, które wiecznie odbija to, co robisz w swoim wnętrzu"

Zapiski z kalendarza:

Blake pisał, że to w swoim własnym wnętrzu nosisz swe niebo i ziemię, i to, co widzisz, choć wydaje się być na zewnątrz, jest wewnątrz, w Twojej Cudownej Ludzkiej Wyobraźni, wobec której ten śmiertelny świat jest jedynie cieniem. Okoliczności Twojego życia są TYLKO cieniem Twojego wyobrażania? Co robisz w swoim wnętrzu? O czym codziennie rozmyślasz? Czy to, czemu poświęcasz uwagę, jest tym, czego chciałbyś w życiu więcej? Jeśli nie, zmień to. Niech każda Twoja myśl będzie rozsądną inwestycją.

(Neville Goddard)

O tym właśnie w jakimś sensie pisałam w zatrzymaniach. Są sytuacje w życiu, które wywierają na nas ogromny wpływ, ale to od nas zależy, co z nimi zrobimy. Możemy pogrążyć się w żalu i bezsilności, wypielęgnować w sobie poczucie krzywdy i sprawić, by nasze wnętrze stało się mroczną przestrzenią blokującą przepływ światła do naszej duszy. Możemy też każdej z trudnych sytuacji przyjrzeć się z innej strony, ocenić przy jej okazji, na jakim etapie rozwoju jesteśmy, poszukać odpowiedzi i rozwiązań, które pomogłyby następnym razem lepiej poradzić sobie z zaskakującym zdarzeniem.  Takie podejście, czy też, jak to nazywa autor powyższych słów, takie myślenie jest rozsądną inwestycją. Dzięki niemu nie zatrzymujemy się w miejscu, skupiamy się na rozwiązaniach, a nie na problemach, które, i owszem, wymagają przetworzenia chociażby w sposób, jaki sama stosuję, albo przynajmniej staram się stosować, ale służy to przede wszystkim wzmocnieniu nas samych. 

Nie masz wpływu na to, co się wydarzy, 

ale masz wpływ na to, jak sobie z tym poradzisz.

sobota, 25 stycznia 2025

nowy rok, nowa ja?

Żeby tylko się nie okazało jak w ubiegłym roku, gdy nowa ja wylądowała w koszu po dziesięciu dniach 😅

Nowy rok, nowa ja, nowe buty!

Dlaczego nie czerwone? – pytają.

Dziś taki kolor odzwierciedla stan mojej duszy! Dlatego!

zatrzymanie 1

Życie nigdy nie będzie wolne od przykrości i chyba nie muszę nikogo o tym przekonywać. Mam na myśli takie zdarzenia, które coś w nas uruchamiają, jakąś strunę, której drganie sprawia wewnętrzny dyskomfort.

Akurat wczoraj miałam taką sytuację. W pierwszej chwili zrobiło mi się bardzo niewygodnie, w ciele poczułam spięcie i zachciało mi się wymiotować. Tak już mam – zawsze, kiedy emocjonalnie coś mocno mnie dotknie, chce mi się po prostu rzygać. Nie z obrzydzenia, ale chyba z chęci wyrzucenia tego, co jest zbyt trudne do udźwignięcia. 

Do tej pory skupiałam się zwykle na myśli o powstrzymaniu wymiotów, ale to nic innego jak podświadome blokowanie emocji. Teraz zatrzymuję się na chwilę i najpierw potwierdzam swoje uczucia. Odruch wymiotny wzmaga na sile. Mówię sobie w duchu: tak, boli mnie to, zrobiło mi się przykro, czuję się źle. Pozwalam tym emocjom przepłynąć przez moje ciało. Dostrzegam, w którym jego miejscu lokują się najsilniej. Później zaczynam zadawać sobie pytania: dlaczego tak mocno to doświadczenie na mnie wpłynęło, jakiej rany z przeszłości dotyka, czego mogę się o sobie dowiedzieć, co mogę zrobić z tym, co się przed chwilą stało?

Odpowiedzi, jakie znajduję, bywają cząstkowe. Ale przynajmniej nie rzygam!

zatrzymanie 2

Jakiś czas temu znalazłam się w trudnej emocjonalnie sytuacji. Odwiedzałam akurat znajomą, która podczas spotkania zaczęła opowiadać o przykrym zdarzeniu z przeszłości. Ponieważ jego szczegóły uruchomiły we mnie traumatyczne wspomnienia, znalazłam się w sytuacji, którą po prostu próbowałam jakoś przetrwać. A nie było łatwo.

Z pierwszych słów, jakie usłyszałam, wynikało, że historia była naprawdę przykra. Nie widziałam tego jednak w wyrazie twarzy mówiącej do mnie osoby. Zamiast przejęcia i bólu, dostrzegłam chłód. Lodowaty chłód i tępy wzrok. Treść w ogóle nie współgrała z mimiką twarzy i postawą ciała. 

Spojrzenie znajomej było magnetyzujące, walczyłam z jego siłą, dlatego w zakłopotaniu i w głębokim oszołomieniu próbowałam znaleźć jakiś inny punkt zaczepienia. Nie bardzo mi się to udawało. Jej wzrok nie zmieniał się, a usta wciąż poruszały się w tempie wypowiadanych słów. Zdałam sobie wtedy sprawę z tego, że ich nie słyszę. 

Siedziałam naprzeciw niej w zamroczeniu, czułam, jak trzęsę się w środku i po plecach spływa mi zimny pot. Miałam wrażenie, że za chwilę się porzygam, dlatego z całych sił zaczęłam skupiać się na powstrzymaniu odruchu. Obolała i zdezorientowana zabrałam w końcu swoje ołowiane ciało i wróciłam do domu. Długo do siebie dochodziłam.

Nie wiem, czy gdybym dziś znalazła się w podobnej sytuacji, umiałabym się zatrzymać. Przepuścić przez siebie trudne emocje, pozwolić ciału świadomie je poczuć, a później zadać sobie pytania: dlaczego tak mocno to doświadczenie na mnie wpłynęło, czego mogę się o sobie dowiedzieć, co mogę zrobić z tym, co się przed chwilą stało?

Uczę się życia...

wątpliwość

Ziębuszka raczy mnie mądrymi cytatami, które zawsze choć na chwilę mnie zatrzymują.

Czasami bywam szalona, zrozpaczona, skrajnie nieszczęśliwa... lecz dzięki temu wszystkiemu mam nadal całkowitą pewność, że doświadczanie życia 
to wspaniała rzecz.

(Agatha Christie)

Na pewno trwanie życia jest rzeczą piękną. Ciągłe posiadanie szans na poprawianie jego jakości, dążenie do pełni, oddychanie... I wszystko się zgadza, ale zapytałabym przy tej okazji, z jakiego miejsca autorka wypowiada te słowa? W jakim momencie życia się znajduje, jaka jest kondycja jej duszy i ciała?

Widziałam w życiu bardzo dużo bólu, ludzką bezsilność spowodowaną postępującą chorobą, brak sprawczości w sytuacjach, gdy człowiek przegrywa walkę z silniejszym przeciwnikiem, niemoc spowodowaną doznanymi ranami, niepełnosprawność tak dokuczliwą, że serce kraje się na sam widok. Przypomniała mi się przy tej okazji twórczość Kochanowskiego, który w swoich Pieśniach promował stoicyzm i epikureizm, na podstawie których przedstawił receptę na życie, stawiając się w roli mentora, ale kiedy doświadczył głębokiej straty, fundament bytu nagle się zawalił, a jego światopogląd runął. Z tego załamania zrodziły się Treny. Wbrew powszechnemu poglądowi ostatni utwór cyklu wcale nie jest dowodem uporania się twórcy z traumą, badacze literatury znajdują na to dowody. Czy życie nadal pozostaje wspaniałą rzeczą? Czy może nią być, jeśli człowiek nie zdoła uporać się z własnymi traumami? Czy ma szansę cieszyć się nim i doceniać jego wartość?

Nie odpowiem na te pytania. Wiem tyle tylko, że podziwiam tych, którzy pomimo trudności, z jakimi nieusatnnie się mierzą, potrafią odnaleźć sens życia i posiadać pogodę ducha, a tych, których życie jednak złamało, bo przecież i tak bywa, otaczam zrozumieniem. 

piątek, 24 stycznia 2025

nietypowy początek lekcji

Czasami na początku lekcji młodzież bywa bardzo rozgadana. Tak bardzo, że mam kłopot ze sprawdzeniem listy obecności. W takich momentach zaczynam ściszać głos i zwykle, właściwie zawsze, ta metoda działa. Dzisiaj jednak, i nie mam pojęcia, skąd przyszedł mi do głowy taki pomysł, spróbowałam czegoś nowego. Usiadłam przy biurku, zalogowałam się do Librusa i zatopiłam w hałaśliwym zgiełku, żeby za chwilę powiedzieć:

– Cisza na morzu, cisza w komnacie, kto się odezwie, ten... 

– Ściąga gacie! – uczniowie ryknęli jednym głosem.

– Ja tego nie powiedziałam.

Spojrzeli na mnie w oczekiwaniu na odpowiedź.

– Ten śpiewa piosenkę!

Ucichli. Zabrałam się więc za sprawdzanie obecności. Przy piątym imieniu zaczęłam słyszeć szum. Podniosłam głowę, żeby zlokalizować jego źródło.

– Sasza śpiewa piosenkę – oznajmiłam.

Dziewczynka wstała, nabrała powietrza do płuc i zaczęła:

– Je-szcze Pol-ska nie zginę-ę-ęła, kie-dy my ży-je-my...

Cóż mogliśmy zrobić w tej sytuacji? Wszyscy stanęliśmy na baczność i pociągnęliśmy hymn Polski! Co to była za lekcja! Szczególnie ważna – omawiamy akurat Wesele, którego przesłanie wybrzmiało dziś naprawdę mocno.

PS Warto może jeszcze dodać, że uczennica pochodzi z Ukrainy. Przyjechała do Polski w momencie wybuchu wojny. 

zacznij od siebie

W kalendarzu, który otrzymałam od Wilku, znajdują się złote myśli, którymi chętnie podzielę się na blogu. To zdecydowanie mądre myśli, zdążyłam już je wszystkie przeczytać.

Żadna zmiana nie przychodzi z zewnątrz. To, kim pragniesz być, znajduje się już w Tobie, a Twoim zadaniem jest wydobyć to na światło dzienne. Zastanów się, kim chcesz być, precyzyjnie określ swój cel. [...] 
Pamiętaj, to Ty wybierasz.
(Neville Goddard)

Ależ oczywiście! Pierwszą rzeczą, jaką zajęłam się po rozpadzie ważnej dla mnie relacji, było zajęcie się sobą. Ponieważ pogubiłam się odrobinę (to zdecydowanie eufemizm!) w swoim życiu, musiałam przypomnieć sobie, kim jestem. Gdy wkraczałam w dorosłość, dobrze wiedziałam, kim chcę być. Określiłam wtedy swoje priorytety i starałam się być im wierna. Tylko później... ból na jakiś czas zwalił mnie z nóg. W sumie dwa razy. Po raz pierwszy, gdy opuszczałam rodzinny dom, po raz drugi rok temu. W jednym i w drugim przypadku moja droga zaczynała się od pytania: "Co mi się właściwie przydarzyło?". 
Skupienie się na sobie było naprawdę ważne. Chyba właśnie to uchroniło mnie przed ugrzęźnięciem w żalu, bólu i bezsilności. Pomogło mi też odnaleźć wewnętrzną siłę, dzięki której mogłam posuwać się do przodu. Czasami bardzo mozolnie i wręcz niezauważalnie, ale jednak do przodu. 

środa, 22 stycznia 2025

miej wyje**ne

Spotkałyśmy się z Wilkiem rano. Jeszcze przed moją pracą. Na króciutko, co prawda, ale co to było za spotkanie! Mogłam pokazać jej swoją pracę, budynek z zewnątrz i wewnątrz. Nic wielkiego niby, ale cieszę się, że mogłam to zrobić.

Przyjechała, żeby wręczyć mi upominek. Kalendarz, w którym będę mogła robić swoje zapiski w drodze, i książkę Miej wyje**ne, będzie ci dane. O trudnej sztuce odpuszczania. Teraz muszę szybko czytać, bo ludziska z pracy ustawili się w kolejce – chcą pożyczyć!

Chętnie wrzucę zdjęcia. Jak tylko wrócę z pracy.



wtorek, 21 stycznia 2025

wyczyny

Rejestruję od wczoraj sytuacje, jakie przydarzają się Ziębuszce. Eufemistycznie nazywamy je wyczynami, chociaż trzeba by je raczej nazwać zdarzeniami komediowymi, bo są zabawne i śmieję się z niej, choć może nie powinnam. Na swoją obronę mam to, że sama mnie właściwe prowokuje. I sprzeciwiam się stanowczo, kiedy próbuje usprawiedliwiać się PESELEM. PESEL to i PESEL tamto. A to przecież nieprawda. Taka już jest – artystycznie zaplątana.

– Mój największy wyczyn z ostatniego czasu to to, że spałam dziś osiem godzin! – informuję z samego rana.

– Ciurkiem? – pyta.

– Ciurkiem! Z premedytacją odłożyłam sprawdzanie olimpiad na dzisiaj – zwierzam się – Pewnie jeszcze dziś tego pożałuję.

– Weź niepierdol! – odpowiada.

Wezmę, wezmę. Tylko że ja się niedługo od tego niepierdolu uzależnię!

poniedziałek, 20 stycznia 2025

biała elegia

Białą elegię dostałam od Soni. Trochę bałam się do niej zajrzeć. Z grubsza wiedziałam, o czym jest, i chciałam ją przeczytać, ale obawiałam się, że zbyt mocno dotknie mojej wrażliwości. Tych skrawków osobowości, które zdecydowanie potrzebują ochrony. Gdy czytam wyznania innych kobiet – miękkich, dobrych, uważnych, dostrzegających rzeczywistość we wszystkich jej barwach – czuję uścisk w sercu. Piszą zazwyczaj o bólu, który się w nich zakorzenił, a sam akt tworzenia staje się dla nich czymś w rodzaju katharsis

Jednym z tematów opisanych w książce jest temat śmierci dziecka, noworodka. Małej dziewczynki urodzonej przedwcześnie, której autorka, i jednocześnie siostra, ofiarowała życie, jakiego dziecko nigdy nie miało szans przeżyć. Dzięki wyobraźni zaangażowała wszystkie zmysły małej, by ta w tym nierzeczywistym świecie mogła w pełni doświadczyć swojego istnienia.

Tę książkę zdecydowanie trzeba bardziej poczuć niż przeczytać. Mnóstwo w niej smutku, bólu, żałoby, ale też ludzkich odruchów serca, które złożyły się na całą opowieść. 

A od Iskry otrzymałam kartkę z pięknymi życzeniami


Dziękuję 💖

niedziela, 19 stycznia 2025

huragan spokojny

Kolejna studniówka za mną i uświadomiłam sobie dzisiaj, że właściwie będę musiała uczestniczyć w każdej następnej, ponieważ zajmuję się fanpagem szkoły. Nie, że nie lubię popatrzeć na uczniów i pozachwycać się, zwykle ze wzruszeniem, ich niecodziennym wizerunkiem i tańcem. O, nie! Chodzi raczej o lenistwo. O to, że do takiej imprezki też muszę się jakoś przygotować, a często nie mam ani ochoty, ani czasu chodzić po sklepach. Na szczęście coraz częściej korzystam ze wsparcia dwóch młodych istot żyjących pod moim dachem, u których chętnie się zapożyczam. W tym roku na przykład nie musiałam kupować szala 😜

Nagrałam dwa filmiki poloneza – taniec w wykonaniu obu utworzonych grup – które chętnie tu zamieszczę. A co? Wy też się pozachwycajcie polską młodzieżą.

Jedna z uczennic, gdy podeszła do mnie podczas studniówki, powiedziała: 

Uczennica: Bije od pani nieziemski spokój. 

Ja: Hm… Myślałam, że zawsze jestem spokojna. No chyba że – dodałam gromkim głosem, teatralnie – Się nie łuczycie!

Uczennica: Tak, ale podczas lekcji to inny spokój. Wtedy jest pani jak huragan. Spokojny, ale nastawiony na działanie.

Ja: A! Rozumiem.



Nagrania poloneza. Można się zachwycać. Nie nagraniami oczywiście, bo warunki były ciężkie, więc i jakość nie taka, jakiej by się chciało, tylko uczniami!

GRUPA I


GRUPA II

piątek, 17 stycznia 2025

nieważne

Przeczytałam ostatnio, że każdy ma w domu szufladę, która jest szufladą wstydu. Tak, to ta, w której znajdziecie wszystkie potrzebne i niepotrzebne rzeczy, zawalona po kokardę, że aż Wam samym głupio, gdy ją otwieracie.

Zaciekawił mnie ten fakt. Weszłam do kuchni i po kolei otwierałam wszystkie szuflady – a trochę ich jest. I co? Sodomia (!) i Gomoria (!)!!! U mnie wszystkie szuflady są szufladami wstydu!

Przejąć się? Uwierzcie, próbowałam nie raz i jakoś zawsze, nawet gdy przy okazji świąt ogarnę szufladowy rozgardiasz, wracam do punktu wyjścia.

Czy naprawdę muszę się tym przejmować. Tyle innych spraw na głowie…

Umówmy się: są rzeczy ważne i ważniejsze.

czwartek, 16 stycznia 2025

życie to pęd

Macie czasami tak, że jesteście zawaleni pracą, gonią Was terminy i co sił w rękach, w nogach i w umyśle próbujecie się ze wszystkim wyrobić? Ja tak mam. Bardzo często. Są okresy, kiedy zupełnie gubię się w biegu – nie starcza mi dnia, żeby wszystko ogarnąć, więc urywam niezły kawałek nocki. I jakoś to wszystko się kręci.

Tak jak teraz. Zakończenie semestru, próbuję wyrobić się ze sprawdzaniem prac i z różnymi zobowiązaniami, jakie na mnie spoczywają. W końcu przychodzi czas, że zaczynam widzieć światełko w tunelu i zaczynam się nawet na to światełko cieszyć. Rozmarzam się wtedy i wyobrażam sobie wieczór z pyszną herbatką u boku M. przed jakimś serialem/filmem z Netflixa. A tu nagle bach! Bo za daleko posunęłam się w swoich marzeniach. 

Obowiązki wzywają! 2. etap olimpiady na UW! Chociaż miło było pomarzyć 😅

PS Powrócę niebawem do komentowania prezentów urodzinowych. 

środa, 15 stycznia 2025

żabki, żabeczki

Czy to ma sens? Wrzucać na blog zdjęcia prezentów i zamrażać je w tej przestrzeni na zawsze? Ależ oczywiście! To moja przestrzeń, lubię ją i lubię też zaglądać do wcześniej opublikowanych postów, śledzić zdarzenia, jakie miały miejsce w moim życiu.

Nie wiem, czy wiecie, ale ten blog założyłam w marcu 2019 roku, ale dopiero w 2023 odważyłam się na nim pisać. Wtedy też nadałam mu nazwę, jaka najbardziej mi odpowiadała, a pomysłów było wiele.

W każdym razie zdjęcia prezentów będą mi przypominać o miłych chwilach i pozwolą ponownie się nimi cieszyć. 

Żabki podarowała mi Wilku, którą poznałam lata temu. Różnie nam się układało, ale najważniejsze, że zawsze udawało nam się znaleźć porozumienie. Jak to mówią: prawdziwa miłość pokona wszelkie trudności. Dajemy radę 💪

Dlaczego żabki? Ano dlatego, że w ten właśnie sposób nazywa mnie M. Od bardzo, bardzo dawna – prawie od początku naszej znajomości. Wilku dobrze o tym wie, dlatego ten prezent ani trochę nie był przypadkowy. Zastanawiać mogłaby co najwyżej ich liczba, przecież ja jestem jedna, ale i na to można znaleźć odpowiedź. Liczba 3 to moja numerologiczna liczba. Jest w tym jakiś sens.

Żabki zajęły zaszczytne miejsce w mojej sypialni. Zawsze, gdy tylko otworzę oczy, przypomnę sobie o Wilku.  


Dziękuję 💖

wtorek, 14 stycznia 2025

Klimt stosowany

Trzy lata temu dostałam pierwszy komplet kubków z motywem Klimta. Byłam nimi wówczas – zresztą to się właściwie nie zmieniło – zachwycona. Tak bardzo, że postanowiłam korzystać z nich tylko w wyjątkowych sytuacjach. Do tej pory, a minęło już przecież mnóstwo czasu, użyłam ich tylko dwa razy! I niech ręka Boska strzeże każdego, kto chciałby bez mojego pozwolenia po nie sięgnąć.

Podczas spotkania z Ziębuszką powiedziałam jej, że nawet M. nie miał okazji z nich pić. Jest moją, choć cudowną, codziennością, a one są przeznaczone przecież na specjalne okazje. Wzięła sobie do serca moje wyznanie i... 

I ofiarowała mi nowe kubki z motywem Klimta, z których razem z M. pijemy od niedzieli poranną kawę. Tylko my, nikt inny i nigdy się z nich nie napije. 

Podczas imprezki chwaliłam się nimi, a jakże, i robię to również teraz. 

Można mi zazdrościć 😉

wcześniejszy model 


model tegoroczny




Dziękuję 💖

życzenie noworoczne

Już 14 stycznia, a ja wciąż nie wymyśliłam życzeń, jakie chciałabym do Was skierować z okazji nowego roku. Wreszcie dziś przyszły do mnie słowa (niestety nie wiem, czyje one są, bo się nie podpisały), które zamieniam w życzenie noworoczne:

Bądźcie tak bardzo zajęci kochaniem swojego życia, 
by nie starczyło Wam czasu na żal, smutek, rozczarowanie, nienawiść i strach!

Życie trzeba żyć. Życie trzeba kochać.

poniedziałek, 13 stycznia 2025

jestem zboczona!

Zastanawiałam się, w jaki sposób napisać o prezentach urodzinowych, żeby oddać ich wartość i przy okazji ponownie się nimi nacieszyć. Doszłam do wniosku, że każdy z nich wymaga uwagi, dlatego dzisiaj skomentuję pierwszy.

Wydało się. Jestem zboczona! I wiem o tym już nie tylko ja, ale również ludzie z mojego otoczenia. Pałam miłością wielką do butów i nic na to nie mogę poradzić. Jakby to się nazywało? Butofilia? Kręcą mnie modele, które mają w sobie coś wyjątkowego i które w jakiś sposób wyrażają moje wnętrze. Tak mam i już.

Z Bezą i z Bibi znamy się nie od dziś. Przeżyłyśmy wspólnie kilka cudownych wyjazdów, w czasie których zdarzało mi się zadręczać je opowieściami na temat butów. Zakup każdej pary dogłębnie omówiłam. Przeżyły to, przysięgam 😅

Uśmiałam się, gdy otrzymałam od nich prezent. Zresztą nie tylko ja. Jak myślicie? Trafiony?


Dziękuję 💖

niedziela, 12 stycznia 2025

miłość uderza do głowy!

Jakiś czas temu urządzałam urodziny córki. Po wydarzeniu wdałyśmy się w krótką pogawędkę, którą zrelacjonowałam na blogu. Sformułowałam wtedy myśl: gdy otaczasz się ludźmi, przy których czujesz się ważna, miłość uderza do głowy. I tę samą myśl bez wahania wypowiedziałabym również dzisiaj, po mojej urodzinowej imprezce.


Rok 2024 był dla mnie trudny, dlatego potrzebowałam otoczyć się ludźmi, którzy są mi bardzo życzliwi i na wsparcie których zawsze mogłam i mogę liczyć. Są dla mnie ważni i mam nadzieję, że o tym wiedzą.

Co tu dużo gadać, miłość uderzyła mi do głowy. I wino! Ale do tego może lepiej się nie przyznawać? 😉

Taki poranek jak dziś, gdy budzę się z uśmiechem na twarzy, to dopiero coś!

Dziękuję, że jesteście 💖💖💖


Jutro pochwalę się prezentami. A co!

piątek, 10 stycznia 2025

serce szeroko otwarte

Ziębuszka ma oczy szeroko otwarte. Ale czy rzeczywiście oczy? Na pewno też, ale przede wszystkim ma otwarte serce. Znów dostrzegła i przekazała mi coś, co głęboko mnie poruszyło. A że uwielbiam jej styl i jej percepcję rzeczywistości (wiem, powtarzam się, ale co zrobić), poprosiłam o zgodę na opublikowanie kolejnej METROWEJ opowiastki. Dlaczego ma poruszać tylko mnie czy ją, niech poruszy i Was.

A jednak dzisiaj metro nie zawiodło! Stoję sobie w przegubie, po przekątnej siedzi pani i bawi się miękką szmacianą lalką. Trzymając za plecki, pochyla i potrząsa nią w kierunku niemałej już dziewczynki. Bardzo umiejętnie, jak zawodowa lalkarka. Gapię się. Dziewczynka, ciemna blondyneczka, równo przycięta grzywka, ubrana ze smakiem w błyszczącą kurtkę i bardzo fajne czarne zamszowe kozaczki z dyskretnymi odblaskowymi paseczkami. Okularki, wysunięta dolna warga. Niepełnosprawna intelektualnie, poprawnie mówiąc. Trzyma jeszcze dwie miękkie laleczki, jedna sporo mniejsza, ani chybi rodzina. Gapię się. Ze zgrozą dostrzegam, że nie jestem w tym sama. Pani siedzi twarzą do mnie, dziewczynka - plecami. Lalki ruszają się energicznie i rozmawiają. Wiesz, co mi pierwsze przyszło do głowy? Zrobię zdjęcie!!! Szkoda, że nie film! I dobrze, że nie urzeczywistniłam w ferworze!

No więc bawią się tymi lalkami (choć "zabawa" to nie najwłaściwsze słowo, "misterium"? - górnolotnie, ale już lepiej). W pewnym momencie dziewczynka mówi w przestrzeń, ze wzniesionymi oczami, bardzo wyraźnie i ze spokojnym zachwytem: "To moja maaama"...

Siadam na zwolnionym miejscu po tej samej stronie co one. Żeby opisać wszystko, zanim umkną mi szczegóły, muszę przestać się gapić. Na Rondzie ONZ nie mogę się powstrzymać od ciekawskiego spojrzenia w tamtym kierunku. Miejsca są puste. Ja to mam szczęście - myślę.

Moi Drodzy, cytując mistrza:

DOBRZE WIDZI SIĘ TYLKO SERCEM

NAJWAŻNIEJSZE JEST NIEWIDOCZNE DLA OCZU

Antoine de Saint-Exupéry


czwartek, 9 stycznia 2025

życzenia urodzinowe

Życzono mi w tym roku wiele wspaniałości i wiecie, co jest najpiękniejsze? Wszystkie mają szansę się spełnić, bo są życzeniami prosto z serca. Dziękuję za każde! To, które przeczytałam, i to, które przekazano mi ustnie.







Zdmuchnęłam też wszystkie świeczki na torcie. Uff, to wspaniale, że stanowiły one taką liczbę, jaką ma w sobie wyrażenie HAPPY BIRTHDAY, to zawsze trochę mniej (dobra, dużo mniej 😉) niż liczba moich lat 😅


Teraz mam motywację, żeby zacząć grać w totka 💪

urodziny

Kochani, wszystkie życzenia, jakie skierowaliście do mnie w ubiegłym roku,

 spełniły się! 

Załączam prewencyjnie post z tamtego okresu, żebyście wiedzieli, 

czego życzyć mi w tym roku. Wciąż ciąży mi duży kredyt 😅 

Z góry dziękuję!!!

wybór

W metrze nudy. Jadę rozczarowana brakiem wrażeń. Ludzie siedzą albo stoją, odchodzą i przychodzą, a ja siedzę i czekam. Na chociaż jedno słowo, które mogłoby mnie poruszyć, jeden mały gest mieszczący w sobie esencję czegoś ważnego, a tu nic. 

Wysiadam na docelowej stacji. Przed wspinaczką po schodach rzucam jeszcze kątem oka na zegar zawieszony przy torze i uświadamiam sobie, że zostało mi nieprzeciętnie dużo czasu do rozpoczęcia pracy. W reakcji wzywa mnie głód w postaci lekkiego poburkiwania i ssania w żołądku. Postanawiam wejść do sklepiku znajdującego się tuż za bramkami metra.

– Dzień dobry – mówię – Z czym mogłabym dostać hot-doga?

Sprzedawca spogląda na dostępne o dość wczesnej porze i gotowe do spożycia zasoby i odpowiada uprzejmie:

– Z kabanosem – w tym momencie robi długą pauzę w wypowiedzi, jakby zamierzał zaoferować mi wybór spośród wielu opcji – Albo. Z kabanosem.

Zatrzymuję się na chwilę, zanim dokonam ostatecznego wyboru. Jeszcze moment na zastanowienie. Jeszcze chwilka. Mówię w końcu:

– Hm… – pauza, w czasie której drapię się ostentacyjnie po brodzie – To ja poproszę może z kabanosem.

– Dobry wybór! – mówi sprzedawca – Jak chce pani z kabanosem, to niech będzie z kabanosem. A sos jaki?

– A jaki jest wybór?

Nie wytrzymaliśmy ciężaru konwersacji i ryknęliśmy śmiechem. Ketchup nie jest zły. Na pewno lepszy od ketchupu 😅

środa, 8 stycznia 2025

pogawędka nocą

Gawędzimy sobie whatsappowo przed spankiem, chociaż moje spanko trochę odroczone, bo ślęczę nad maturami próbnymi, które muszę do jutra sprawdzić.

ONA: Idziemy spać?

JA: Jeszcze sprawdzam. Chyba przed 2 skończę.

ONA: Jezu! I o 4 wstajesz?!

JA: No. Ale to moja wina. Mogłam się tym zająć w przerwie świątecznej.

ONA: Weź niepierdol.

JA: Wzięłam. Dlatego nie marudzę.

 

wtorek, 7 stycznia 2025

koniec był bliski

Prawie umarłam. Przysięgam. Wracałam akurat skrótem z zakupów – przez kanałek. Bezpiecznie pokonałam prowizoryczny mostek i kiedy znalazłam się po drugiej stronie, musiałam wdrapać się pod lekką górkę. Na dworze śnieg i mróz. Zupełnie odruchowo wykonałam pierwszy krok i od razu straciłam grunt pod nogami. Padłam na kolana, jak pada się podczas aktu najgłębszej pokory. Ta pozycja miała mnie uchronić przed nieszczęściem, ale nie uchroniła. Miałam na sobie akurat skórzane, śliskie spodnie, dlatego od razu zaczęłam zsuwać się w dół. Na tych kolanach! Do kanałku! I tylko refleks mnie uratował. Padłam na podłoże całym ciałem, żeby zwiększyć tarcie i przyhamować, by za chwilę nie pochłonęła mnie woda. 

Prawie umarłam. Wy się, ludzie, może o mnie módlcie 🙏

poniedziałek, 6 stycznia 2025

poranna pogawędka

Poniedziałek rano, ostatni dzień przerwy świątecznej, we wtorek trzeba wracać do pracy. I jaka by ta praca nie była, nawet najukochańsza, zwyczajnie się nie chce. Błogie lenistwo ma tę moc, że szybko można się do niego przyzwyczaić.

– I tak się zastanawiam – zagaja przy porannej kawie M. – Czy iść jutro do pracy, czy sobie popracować z domu.

– Nie denerwuj mnie – odpowiadam zazdrośnie, bo sama nie mam takiego wyboru.

– Musiałbym wstać o szóstej, najpóźniej o siódmej – kalkuluje głośno – A gdybym został, mógłbym pospać nawet do ósmej trzydzieści.

– Chcesz mnie zdenerwować? – pytam jako osoba wstająca w tygodniu o czwartej.

– I nawet pod prysznic nie musiałbym iść z samego rana – dodaje rozmarzonym głosem M.

– Jesteś jednak bardzo przemocowym człowiekiem.

A mogło być miło 😉

metrowy serial

Kiedy poprosiłam o zgodę na opublikowanie jej opowiastki, zapytała, czy robię serial. Metrowy (historie związane z metrem). Kto wie, może wyjdzie z tego całkiem niezły tasiemiec.
W każdym razie jestem zachwycona jej percepcją i stylem pisania i dlatego właśnie z przyjemnością, jej słowami, przedstawiam poniższą historię.

Magia metra po raz... czwarty?
Nasz urząd miasta wymyślił nowe karty do kodowania biletów metropolitalnych. "Wołomin Blisko"! Wczoraj nastałam się w kolejce, żeby kartę wymienić. Dziś, w drodze do pracy, lecę do POK-u na Dw. Wileńskim, żeby przenieść środki ze starych kart. Spodziewałam się tłumu godnego UM Wołomin, a tu prawie pusto. Miły chłopak świetnie wiedział, o co chodzi, podał numerek, skierował, gdzie trzeba. Pani w okienku przemiła i uśmiechnięta, jakby jej sprawiała przyjemność rozmowa ze mną.
Uszczęśliwiona, z nową doładowaną kartą w garści, pobiegłam do metra. Bramka działa, jak najbardziej, gdy się bilet przyłoży😘 Wsiadłam do pociągu, chcę doczytać do końca "Rdzę" Jakuba Małeckiego (b. dobre, za smutne), a tu... bulba! Zostawiłam w POK-u na ladzie przy okienku. Na szczęście wjeżdżałam dopiero na Stadion. Wróciłam się, zabrałam Małeckiego, obdarowałam jeszcze raz uśmiechem młodego człowieka i "moją" panią w okienku. Do roboty spóźniłam się w związku z tym 12 minut. I co się okazało? Darowany był mi mało przyjemny alarm i próbna ewakuacja po schodach z 4. piętra na zimno i błoto! No nie czary?

JA: Czary!

ONA: A do PTAKÓW dodaję jeszcze Łabędzia, którego co prawda w metrze nie spotkałam, ale na pewno wzbogaci nasze doborowe towarzystwo

JA: To trzeba go jakoś zgrabnie usadowić

ONA: W metrze?

JA: No tak!

niedziela, 5 stycznia 2025

sesja terapeutyczna

Jakiś czas temu nie czułam się najlepiej. Pewne objawy bardzo się nasiliły, dlatego doszłam do wniosku, że koniecznie muszę znaleźć sposób na rozładowanie napięcia. Miało to prawdopodobnie związek ze sprawami uczelnianymi – zbliżająca się ocena śródokresowa, od której miał zależeć mój studencki los – i z tym, że wciąż byłam jednak chorągieweczką, chociaż bardzo mocno się starającą, to jednak zbyt wrażliwą, by z pewnymi emocjonalnymi sprawami zwyczajnie sobie poradzić. Na pewno pomagało mi pisanie, sukcesywne rejestrowanie codzienności i przeżyć, ale niestety czasami okazywało się ono niewystarczające, a ponieważ panicznie bałam się depresji, postanowiłam poszukać pomocy.

Pomyślałam, że zuch-kobitka ze mnie, dorosła jestem przecież nie od dziś, poradzę sobie, znajdę, kogo trzeba. Przeszperałam więc internety i inne zakamarki, w których kryją się nazwiska speców od psychy, i znalazłam! (niech mnie następnym razem ręka boska strzeże!). Mejlowo umówiłam się na wizytę, poprosiłam M., żeby pojechał ze mną, bo zżerał mnie stres i wolałam nie porozjeżdżać ludzi na ulicy.

Podeszłam do domofonu, dzwonię, wchodzę na klatkę, wita mnie labrador płci żeńskiej i myślę: jest pies, jest dobrze. Zza labradorki wynurza się kobieta, lat około 60, twarz miła, głos spokojny. No jest dobrze!

Siadam na fotelu w pseudogabinecie stworzonym z salonu. Nie rozglądam się po otoczeniu, bo jakoś mi głupio, ale ochotę mam wielką. Na szczęście wnikliwie mogłam przyjrzeć się podłodze. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo ta wnikliwość doprowadziła terapeutkę do diagnozy, że coś ze mną nie tak i skoro ona to widzi, to na pewno widzą to wszyscy ludzie, którzy mnie otaczają.

– Mam dobry kontakt z ludźmi, którzy mnie otaczają – mówię w reakcji i zaczynam odczuwać dyskomfort.

– Tak się może tylko pani wydawać – licytuje się terapeutka.

– Nie, nie wydaje mi się – zaprzeczam wyraźnie – Jestem zadowolona ze swojego życia. Spełniam się w roli nauczycielki szkolnej i uczelnianej, w roli żony, matki, studentki.

– No ale z jakiegoś powodu tu pani jest – zauważa.

– No tak – potwierdzam – Myślę, że w codziennym życiu radzę sobie bardzo dobrze. Mam tylko problem z tym, że czasami nie radzę sobie z emocjami i samej sobie stwarzam małe wewnętrzne piekiełko.

– Może nie tylko samej sobie?

– No jednak staram się trzymać to swoje małe piekiełko w ryzach i nie szkodzić otoczeniu – próbuję zażartować, ale chyba mi nie wychodzi, bo pani wysnuwa wniosek, że prawdopodobnie mam ograniczony ogląd sytuacji.

Już chcę uciekać, ale pani powstrzymuje mnie licznymi pytaniami, na które staram się odpowiadać wyłącznie z grzeczności. Czuję się jak na szubienicy, na której na czas strzela się do obiektu. Oj, strzela się. I to bezpardonowo.

– Czy przeżyła pani w przeszłości traumę? – pyta bez ogródek terapeutka.

– Nie – odpowiadam najwyraźniej, jak tylko się da, chcę natychmiast wyjść i czuję, że znalazłam się w matni, z której nie ma żadnej ucieczki!

– Są różne rodzaje traum. Na przykład molestowanie seksualne.

– Wiem, jakie mogą być rodzaje traum – przerywam, bo boję się, że pani popłynie za daleko i ja popłynę, i w ogóle wszystko runie – Nie chcę rozmawiać o traumach.

– Czyli przeżyła pani traumę.

– Nie przeżyłam – zaprzeczam i czuję, jak powoli opadam z sił. Jestem tak spięta, że wszystko zaczyna mnie boleć.

– Są dwa wyjścia – mówi pani – Przepracowanie problemu albo choroba psychiczna, bo to zawsze musi gdzieś wyjść.

– Nie przeżyłam żadnej traumy – powtarzam bezsilnie i zaczynam myśleć, że jedna z nas na pewno ma coś nie tak z głową.

– Przeżyła pani. Czytam panią jak książkę. A skoro ja to widzę, to widzi to też pani otoczenie.

– Chciałabym już iść do domu – komunikuję jasno.

– Tak, tylko proszę określić, czy jest pani gotowa spotykać się ze mną regularnie i zająć się problemem, bo przecież problem zawsze dotyka całej rodziny. Cierpi na tym mąż i cierpią dzieci, a przecież mówiła pani, że ma dzieci. Proszę o nich pomyśleć. Czy nie jest pani ich szkoda.

– Jestem dobrą mamą – mówię szeptem.

– Proszę powiedzieć, czy panią zapisać. Bo problem jest. I to wyraźny.

– Czy mogłabym teraz nie odpowiadać i ewentualnie skontaktować się z panią mejlowo?

– To chyba nie jest trudność powiedzieć tak lub nie.

I chuj! Chociaż labrador był miły.

Ze spotkania wyszłam mocno poturbowana, w drodze do samochodu zarzygałam chodnik, później poryczałam się przy M., ale samo spotkanie uważam za w CHUJ WARTOŚCIOWE. Cieszę się, że poczułam ogromny wkurw już na samym początku rozmowy z panią – mam nareszcie zdrowe odruchy. Brakowało jeszcze spektakularnego trzaśnięcia drzwiami, ale to może przy innej okazji i w innych okolicznościach. To spotkanie pokazało mi, jak dużo udało mi się osiągnąć. Stawiania granic muszę się jeszcze uczyć, ale teraz przynajmniej wiem, że są przekraczane. I ćwiczę, i próbuję je stawiać, a los sprzyja, ciągle podrzuca mi pod nogi jakieś kłody. 

Ostatnia prawie mnie zabiła 😅

sobota, 4 stycznia 2025

adoptowane dziecko

Śniło mi się, że trzymałam w objęciach dwuletniego adoptowanego synka. Miał piękne, lekko pofalowane, krucze włoski i wielkie brązowe oczka. Z jego twarzyczki biła słodycz. Do pomieszczenia, w którym się znajdowałam, weszła pani dyrektor z mojej szkoły. Ponieważ przytulony do mnie chłopczyk trzymał główkę na moim ramieniu, musiałam odwrócić się w taki sposób, żeby mogła spojrzeć na jego twarz. Kiedy ustawiłam się w odpowiedniej pozycji, zapytałam:

– Ładny?

– Nie – odparła bez ogródek.

W pewnym momencie dziecko źle się poczuło. Zaniosłam je do łazienki i przytrzymywałam jego główkę nad toaletą, żeby mogło do niej zwymiotować. Robiło to dość długo. Obudziłam się, zanim skończyło.

INTERPRETACJA

Adoptowane dziecko to moje dojrzewające wnętrze, które trzymam w objęciach, co oznacza, że samą siebie otaczam opieką i wsparciem, ale też akceptacją, dlatego podoba się ono właśnie mnie, a nie osobie z mojego otoczenia. Wymiotowanie symbolizuje proces samooczyszczania, wyzbywania się z wnętrza toksyn, które są dla mnie szkodliwe. Jest powolnym i trudnym procesem, co wyczytać można z czasu trwania torsji i konieczności podtrzymywania wymiotującego dziecka. Myślę, że toksyny to te wszystkie niewygodne uczucia, które miałam w sobie: żal, rozczarowanie, ból. Dojrzewanie wciąż trwa.

Czy to przypadek, że ten sen przyszedł do mnie akurat w tym momencie? Kiedy odczułam wewnętrzną ulgę, a sam ten akt nazwałam oczyszczeniem? Przypadek?

Nie sądzę!

odnaleźć siebie w gąszczu przykrych zdarzeń i trudności

da się!



dojrzewanie

Miniony rok był dla mnie czasem transformacji. Mój blog pęka w szwach od rodzących się w umyśle wniosków, które nie zawsze były trafne. Gubiłam się w dążeniu do osiągnięcia wewnętrznego spokoju – to była trudna i bolesna droga. Musiałam przypomnieć sobie, kim jestem. W momencie głębokiej dezorientacji napisałam „Tango”, tekst, który był wynikiem buzujących we wnętrzu emocji. Wtedy jeszcze niczego nie rozumiałam, nie miałam pojęcia, co stało się przyczyną tak burzliwego zakończenia ważnej dla mnie relacji. Chyba zabrakło mi wówczas powściągliwości  i pozwoliłam ponieść się emocjom.

Obudziłam się wczoraj z uczuciem ulgi i oczyszczenia. W pierwszej chwili wyraziłam nawet obawę o to, czy wciąż żyję. Ale żyłam. Bolało mnie ucho, a to niezaprzeczalny dowód mojego istnienia. Ta ulga wynika z przejęcia na siebie odpowiedzialności. Wszystko najważniejsze, co się wydarzyło w tej relacji, zadziało się w przestrzeni między wierszami. Myślę, że i ja, i druga osoba zdajemy sobie z tego sprawę. Ja na pewno, ale nie zamierzam nikogo, również siebie, z niczego rozliczać. Nie na tym polega dochodzenie do prawdy. Jest nim dostrzeżenie jej i zaakceptowanie na poziomie duchowym.

Prawda na mój temat, do jakiej doszłam w procesie gojenia się duszy po zakończeniu relacji, czasami nie była łatwa do przyjęcia, ale musiałam ją przyjąć, by mogło nastąpić przeobrażenie. Człowiek jest bardzo skomplikowaną istotą, a sprowadzanie jego kształtu do uznanych komunałów byłoby błędem. Nie chcę i nie będę tego robić. Warto może tylko zaznaczyć, że oprócz tego wszystkiego, co w nas piękne, inspirujące i godne podziwu, są też cienie, które chcielibyśmy z siebie wyplenić i z których obecności w sobie teraz pełniej zdaję sobie sprawę. Dziś czuję wdzięczność za wszystko, czego mogłam się o sobie dowiedzieć. To wszystkie te treści, które nigdy nie zostały wypowiedziane – właśnie one opowiedziały mi moją historię. To te momenty zatrzymania, zadumy, głębokiego, choć często bardzo niewygodnego milczenia. 

W ciągu minionego roku przeczytałam bardzo dużo „mądrych” książek, których lektura miała mi pomóc w drodze do odzyskania wewnętrznego spokoju. I pomogła. Dotarłam do wielu istotnych treści, które stały się drogowskazami w codziennych zmaganiach. Nabrałam dystansu i zrozumienia, ale najowocniejsze okazało się spojrzenie w głąb siebie. Z punktu widzenia uczestnika i obserwatora.  W konsekwencji uporałam się z bólem, z którym można się uporać, i zyskałam ukojenie. Trudno jest mi zobrazować cały proces, i chyba nawet nie chcę tego robić, najważniejsze, że znajduję się obecnie w punkcie, który w odniesieniu do określonego aspektu jest punktem dojścia.

Świadome odejście było aktem odwagi, ogromnie trudnym i bolesnym zadaniem – długo nie mogłam pogodzić się z myślą, że to wszystko, co łączyło mnie z drugą osobą, musi się skończyć, że już mnie nie chce. Odrzucenie przecież wcale nie nastąpiło w styczniu, ale co najmniej pół roku wcześniej. I doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, chociaż cały czas wzbraniałam się przed przyjęciem tego faktu do świadomości. Zrozumiałam w końcu, że jeśli czegoś nie zrobię, wyrządzę nam obu ogromną krzywdę. I dziś myślę, że rozstanie było dobre dla każdej z nas. Chciałam być dla kogoś ważna, ponieważ ktoś był dla mnie bardzo, bardzo ważny, ale zapomniałam być ważna dla samej siebie, dlatego zafundowałam samej sobie upokorzenie, wciąż lgnąc do kogoś, kto chciał się ode mnie uwolnić. Widocznie na tamtym etapie swojego życia nie umiałam inaczej. 

To, co się stało, okazało się bardzo owocnym doświadczeniem duchowym. Dzięki niemu właśnie zwróciłam się ku sobie, czego wcześniej nie umiałam zrobić, i zrozumiałam, że to ja jestem tą osobą, dla której mam czuć się ważna i kochana. Nauczyłam się wreszcie nie porzucać samej siebie, nie zdradzać siebie i dbać o samą siebie. Zatem w bilansie ogólnym nic złego się nie wydarzyło. To by się zgadzało z teorią Tippinga, która zakłada, że każde doświadczenie ma nas uzdrowić, i widząc, co zadziało się we mnie, skłonna jestem się do niej przychylić.

Czasami mam wrażenie, że kierują nami siły, jakich nie jesteśmy nawet świadomi, i że wszystko zmierza do jakiegoś celu. Mój wniosek potwierdza zresztą literatura. Ach, ta literatura. Bez niej życie byłoby o wiele trudniejsze. Cieszę się, że żyję w czasach, w których zasób treści jest w zasadzie nieograniczony. Kto wie, może to wszystko, co mi się przydarzyło, miało się wydarzyć…

Czasami odchodzi się właśnie dlatego, że się kogoś bardzo kocha. Tak było w moim przypadku. Zniknęłam z czyjegoś życia, żeby oszczędzić nam obu bólu, żeby zatrzymać wpływ mechanizmów, które nami kierowały, żeby wewnętrznie dojrzeć, i to mi się naprawdę udało.

piątek, 3 stycznia 2025

oczyszczenie

Obudziłam się dzisiaj z uczuciem ulgi i oczyszczenia. I z taką wewnętrzną, czystą miłością. Bez żalu, bez uprzedzeń. I z uczuciem wdzięczności. Aż zaczęłam się zastanawiać, czy wciąż żyję.

Później napisałam bardzo długi list. Może nigdy go nie wyślę. Głównie z powodu obawy, że mogłabym nim zburzyć czyjś spokój. A przecież nie chciałabym tego zrobić. I nie mam też chyba odwagi. Skorzystałam z internetowego narzędzia do losowania biblijnych cytatów. Pojawiło się to:

wielokrotny błąd = wybór

– A co, jeśli uzmysłowimy komuś, że zachowanie, jakie względem nas prezentuje, sprawia nam ból i nie następuje żadna zmiana? – zapytało Serce.

– Trwając w takim układzie, dajesz do zrozumienia, że można cię źle traktować – szorstko odparł Rozum.

– Może to tylko błąd, z jakiego ktoś nie zdaje sobie sprawy? 

– Ten sam błąd popełniany wielokrotnie nie jest już błędem, jest wyborem – wytłumaczył Rozum.

– Dlaczego ktoś miałby kogoś ranić? – dalej dopytywało Serce.

– Niezależnie od motywacji to wciąż wybór, który często bywa łatwiejszym, prostszym, a nawet przyjemniejszym rozwiązaniem.

– To co zrobić w takiej sytuacji?

– Możesz pozostać w roli ofiary albo wziąć odpowiedzialność.

– Ja mam wziąć odpowiedzialność? – odparło zaskoczone Serce.

– Do zranienia potrzeba zawsze dwóch osób. Świadome życie to branie odpowiedzialności za wybory, jakich dokonujemy. Bezczynność polegająca na niestawianiu granic też jest wyborem. 

czwartek, 2 stycznia 2025

wewnętrzne dziecko

Długo nie miałam odwagi zejść do tego miejsca, chociaż stanowiło ono centrum dowodzenia. Może dlatego, że łatwiej oddać odpowiedzialność za swoje życie komuś lub czemuś większemu niż my sami, wtedy dla wszystkiego, co się wydarza, łatwo znaleźć usprawiedliwienie. Pozostajemy bez skazy i bez winy. Kto w końcu skierowałby oskarżenia w stronę ofiary – tak bardzo pokrzywdzonej przez życie, przez ludzi wokół, którzy nie zaspokoili jej potrzeb, a nawet bardzo ją zranili? Zranienie nie było jej winą, dlaczego więc miałaby brać za cokolwiek odpowiedzialność? Wystarczy, że schowa się pod płaszczykiem krzywdy, niedoli, choroby, oczami kota ze Shreka spojrzy na otoczenie i wszystko zostanie jej wybaczone. Wchodzenie w rolę ofiary da się opanować do perfekcji – udaje się wtedy oszukać nie tylko wszystkich wokół, ale też samą siebie. To dopiero majstersztyk! Naprawdę wierzyć we własny brak sprawczości i nie mieć sobie nic do zarzucenia...

Tak więc długo nie miałam odwagi zejść do tego miejsca, aż pewnego razu, gdy za oknami mojej duszy zapanowała ciemność, przedarłam się przez zaułki własnego jestestwa i schodząc coraz niżej i niżej w głąb siebie, dotarłam do mrocznego zakamarka oddalonego znacznie od wszystkich innych, promieniejących jasnością miejsc. W jego zaułku pokrytym cieniem siedziało skulone, pogrążone w smutku i niemocy dziecko. Osaczone ze wszech stron urywkami najbardziej bolesnych i drastycznych wspomnień. Wokół niego latały porozrzucane osoby, zdarzenia, słowa, jakie kiedykolwiek stanowiły źródło bólu i zranienia.

– To ty jesteś tym wewnętrznym dzieckiem? – zapytałam.

W odpowiedzi spojrzało na mnie oszołomione, a w jego oczach od razu pojawił się lęk, który oznaczał pytanie: "Nie pociągniesz mnie chyba do odpowiedzialności? Zobacz, jakie jestem biedne i bezbronne".

Dookoła panował mrok. Aura tego miejsca była tak przytłaczająca, że miałam ochotę uciekać stamtąd, gdzie pieprz rośnie. Szybko zdałam sobie jednak sprawę z tego, że stanowi ono część mnie, a od samej siebie nie mogłam przecież uciec. Zresztą robiłam tak przez lata i nic dobrego z tego nie wyszło. Machinalnie przetarłam okna, żeby wpuścić do środka odrobinę światła. I wtedy dopiero ukazał się prawdziwy obraz nędzy. Ze ścian zwisały farfocle zdartej tapety, sufit, namokły od nieustannie wylewanych w tym miejscu łez, sprawiał wrażenie, jakby miał się za chwilę zawalić, a w kątach gnieździł się gromadzony latami brud i zapach stęchlizny. Obraz zabiedzonego dziecka z zaszklonymi i podkrążonymi oczami dopełnił tylko jego kształt.

– Teraz możesz już stąd wyjść – powiedziałam z czułością w głosie – Już cię nie potrzebuję. Jestem dorosła. Odnalazłam w sobie odwagę i siłę, by dorosnąć i zacząć radzić sobie w dojrzały sposób. Nie potrzebuję dłużej chować się w bezpieczne objęcia świadomości ofiary. Czas wziąć odpowiedzialność.

Już kiedy wypowiadałam te słowa, dziecko zmieniało się z niedorosłej istoty w dojrzałą postać, a smutek malujący się wcześniej na jego twarzy przemieniał się w spokój. Całe wnętrze zajaśniało promienistym blaskiem.

– Przepraszam, że tak długo kazałam ci na siebie czekać – dodałam jeszcze.

Później wzięłam je w ramiona, otuliłam białą wełnianą chustą i przedzierając się przez rozświetlone wnętrze, wyniosłam je poza własne ciało. Gdy tylko dziecko ujrzało słoneczny blask, zamieniło się w gołębia i odleciało.

– Nie będę za tobą tęsknić, ale dziękuję za wcześniejszą obecność i ochronę – rzuciłam jeszcze w jego kierunku.

Potem odeszłam spokojnie w stronę tajemniczego lasu, jak odchodzi się po dobrze wykonanym zadaniu, podwinęłam rękawy, wzięłam głęboki oddech i uśmiechnęłam się do życia, które jest we mnie.

środa, 1 stycznia 2025

ptasie metro

Trafiła do mnie przedwczoraj piękna opowieść. Pisana nie palcami wstukującymi literki na klawiaturze telefonu, a sercem. I nim też widziana. Przytaczam w oryginale, ponieważ tylko w takiej formie pozostanie prawdziwa.

Taaak, metro to magiczne miejsce. A dzisiaj-jutro dodatkowo niezatłoczone, można spokojnie poprzyglądać się ludziom w drodze. Przechodziłam koło windy, kiedy wysiadł z niej dosyć młody człowiek z wózkiem dziecięcym, który popychał jedną ręką. Szybko zauważyłam, że to wózeczek inwalidzki, a w nim drobniutki, na oko trzy-, najwyżej czteroletni chłopczyk. W niebieskich okularkach, wesolutki i świergoczący jak SZCZYGIEŁEK, zajęty rozmową z ojcem (na pewno, bo potem zwracał się do niego "tato"). Spotkanie kogoś takiego nie zdarza się zbyt często, ale najczęściej stanowi impuls. Do przemyśleń. Szłam obok nich w kierunku metra i potem jechałam w jednym przedziale. Starałam się nie przyglądać zbyt nachalnie, ale nie mogłam się powstrzymać od obserwowania cały czas Małego i Dużego kątem oka. Niewiele słyszałam z rozmowy, musiała być zajmująca. Chłopczyk cały czas radosny, roześmiany, rozświergolony. Tata z uwagą słuchał i odpowiadał na pytania. Wreszcie wyjaśnił małemu, że wysiądą na Rondzie ONZ i wrócą do Świętokrzyskiej. Bo tak sobie obmyślił. Młody uszczęśliwiony. Wreszcie tata poprawił synkowi czapkę i wysiedli.  

O ptaszku SZCZYGIEŁKU w taki sposób napisać mógł tylko ptaszek ZIĘBA-Ziębuszka. 

Ach, te ptaszki w metrze.

Dostrzec człowieka w człowieku i to, z czym się zmaga. Uśmiechnąć się w duchu, zadziwić, spojrzeć sercem i zachwycić siłą, jaką ma w sobie. Z miłością i ze zrozumieniem – właśnie ONA mogła to zrobić.