sobota, 4 stycznia 2025

dojrzewanie

Miniony rok był dla mnie czasem transformacji. Mój blog pęka w szwach od rodzących się w umyśle wniosków, które nie zawsze były trafne. Gubiłam się w dążeniu do osiągnięcia wewnętrznego spokoju – to była trudna i bolesna droga. Musiałam przypomnieć sobie, kim jestem. W momencie głębokiej dezorientacji napisałam „Tango”, tekst, który był wynikiem buzujących we wnętrzu emocji. Wtedy jeszcze niczego nie rozumiałam, nie miałam pojęcia, co stało się przyczyną tak burzliwego zakończenia ważnej dla mnie relacji. Chyba zabrakło mi wówczas powściągliwości  i pozwoliłam ponieść się emocjom.

Obudziłam się wczoraj z uczuciem ulgi i oczyszczenia. W pierwszej chwili wyraziłam nawet obawę o to, czy wciąż żyję. Ale żyłam. Bolało mnie ucho, a to niezaprzeczalny dowód mojego istnienia. Ta ulga wynika z przejęcia na siebie odpowiedzialności. Wszystko najważniejsze, co się wydarzyło w tej relacji, zadziało się w przestrzeni między wierszami. Myślę, że i ja, i druga osoba zdajemy sobie z tego sprawę. Ja na pewno, ale nie zamierzam nikogo, również siebie, z niczego rozliczać. Nie na tym polega dochodzenie do prawdy. Jest nim dostrzeżenie jej i zaakceptowanie na poziomie duchowym.

Prawda na mój temat, do jakiej doszłam w procesie gojenia się duszy po zakończeniu relacji, czasami nie była łatwa do przyjęcia, ale musiałam ją przyjąć, by mogło nastąpić przeobrażenie. Człowiek jest bardzo skomplikowaną istotą, a sprowadzanie jego kształtu do uznanych komunałów byłoby błędem. Nie chcę i nie będę tego robić. Warto może tylko zaznaczyć, że oprócz tego wszystkiego, co w nas piękne, inspirujące i godne podziwu, są też cienie, które chcielibyśmy z siebie wyplenić i z których obecności w sobie teraz pełniej zdaję sobie sprawę. Dziś czuję wdzięczność za wszystko, czego mogłam się o sobie dowiedzieć. To wszystkie te treści, które nigdy nie zostały wypowiedziane – właśnie one opowiedziały mi moją historię. To te momenty zatrzymania, zadumy, głębokiego, choć często bardzo niewygodnego milczenia. 

W ciągu minionego roku przeczytałam bardzo dużo „mądrych” książek, których lektura miała mi pomóc w drodze do odzyskania wewnętrznego spokoju. I pomogła. Dotarłam do wielu istotnych treści, które stały się drogowskazami w codziennych zmaganiach. Nabrałam dystansu i zrozumienia, ale najowocniejsze okazało się spojrzenie w głąb siebie. Z punktu widzenia uczestnika i obserwatora.  W konsekwencji uporałam się z bólem, z którym można się uporać, i zyskałam ukojenie. Trudno jest mi zobrazować cały proces, i chyba nawet nie chcę tego robić, najważniejsze, że znajduję się obecnie w punkcie, który w odniesieniu do określonego aspektu jest punktem dojścia.

Świadome odejście było aktem odwagi, ogromnie trudnym i bolesnym zadaniem – długo nie mogłam pogodzić się z myślą, że to wszystko, co łączyło mnie z drugą osobą, musi się skończyć, że już mnie nie chce. Odrzucenie przecież wcale nie nastąpiło w styczniu, ale co najmniej pół roku wcześniej. I doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, chociaż cały czas wzbraniałam się przed przyjęciem tego faktu do świadomości. Zrozumiałam w końcu, że jeśli czegoś nie zrobię, wyrządzę nam obu ogromną krzywdę. I dziś myślę, że rozstanie było dobre dla każdej z nas. Chciałam być dla kogoś ważna, ponieważ ktoś był dla mnie bardzo, bardzo ważny, ale zapomniałam być ważna dla samej siebie, dlatego zafundowałam samej sobie upokorzenie, wciąż lgnąc do kogoś, kto chciał się ode mnie uwolnić. Widocznie na tamtym etapie swojego życia nie umiałam inaczej. 

To, co się stało, okazało się bardzo owocnym doświadczeniem duchowym. Dzięki niemu właśnie zwróciłam się ku sobie, czego wcześniej nie umiałam zrobić, i zrozumiałam, że to ja jestem tą osobą, dla której mam czuć się ważna i kochana. Nauczyłam się wreszcie nie porzucać samej siebie, nie zdradzać siebie i dbać o samą siebie. Zatem w bilansie ogólnym nic złego się nie wydarzyło. To by się zgadzało z teorią Tippinga, która zakłada, że każde doświadczenie ma nas uzdrowić, i widząc, co zadziało się we mnie, skłonna jestem się do niej przychylić.

Czasami mam wrażenie, że kierują nami siły, jakich nie jesteśmy nawet świadomi, i że wszystko zmierza do jakiegoś celu. Mój wniosek potwierdza zresztą literatura. Ach, ta literatura. Bez niej życie byłoby o wiele trudniejsze. Cieszę się, że żyję w czasach, w których zasób treści jest w zasadzie nieograniczony. Kto wie, może to wszystko, co mi się przydarzyło, miało się wydarzyć…

Czasami odchodzi się właśnie dlatego, że się kogoś bardzo kocha. Tak było w moim przypadku. Zniknęłam z czyjegoś życia, żeby oszczędzić nam obu bólu, żeby zatrzymać wpływ mechanizmów, które nami kierowały, żeby wewnętrznie dojrzeć, i to mi się naprawdę udało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz