czwartek, 2 stycznia 2025

wewnętrzne dziecko

Długo nie miałam odwagi zejść do tego miejsca, chociaż stanowiło ono centrum dowodzenia. Może dlatego, że łatwiej oddać odpowiedzialność za swoje życie komuś lub czemuś większemu niż my sami, wtedy dla wszystkiego, co się wydarza, łatwo znaleźć usprawiedliwienie. Pozostajemy bez skazy i bez winy. Kto w końcu skierowałby oskarżenia w stronę ofiary – tak bardzo pokrzywdzonej przez życie, przez ludzi wokół, którzy nie zaspokoili jej potrzeb, a nawet bardzo ją zranili? Zranienie nie było jej winą, dlaczego więc miałaby brać za cokolwiek odpowiedzialność? Wystarczy, że schowa się pod płaszczykiem krzywdy, niedoli, choroby, oczami kota ze Shreka spojrzy na otoczenie i wszystko zostanie jej wybaczone. Wchodzenie w rolę ofiary da się opanować do perfekcji – udaje się wtedy oszukać nie tylko wszystkich wokół, ale też samą siebie. To dopiero majstersztyk! Naprawdę wierzyć we własny brak sprawczości i nie mieć sobie nic do zarzucenia...

Tak więc długo nie miałam odwagi zejść do tego miejsca, aż pewnego razu, gdy za oknami mojej duszy zapanowała ciemność, przedarłam się przez zaułki własnego jestestwa i schodząc coraz niżej i niżej w głąb siebie, dotarłam do mrocznego zakamarka oddalonego znacznie od wszystkich innych, promieniejących jasnością miejsc. W jego zaułku pokrytym cieniem siedziało skulone, pogrążone w smutku i niemocy dziecko. Osaczone ze wszech stron urywkami najbardziej bolesnych i drastycznych wspomnień. Wokół niego latały porozrzucane osoby, zdarzenia, słowa, jakie kiedykolwiek stanowiły źródło bólu i zranienia.

– To ty jesteś tym wewnętrznym dzieckiem? – zapytałam.

W odpowiedzi spojrzało na mnie oszołomione, a w jego oczach od razu pojawił się lęk, który oznaczał pytanie: "Nie pociągniesz mnie chyba do odpowiedzialności? Zobacz, jakie jestem biedne i bezbronne".

Dookoła panował mrok. Aura tego miejsca była tak przytłaczająca, że miałam ochotę uciekać stamtąd, gdzie pieprz rośnie. Szybko zdałam sobie jednak sprawę z tego, że stanowi ono część mnie, a od samej siebie nie mogłam przecież uciec. Zresztą robiłam tak przez lata i nic dobrego z tego nie wyszło. Machinalnie przetarłam okna, żeby wpuścić do środka odrobinę światła. I wtedy dopiero ukazał się prawdziwy obraz nędzy. Ze ścian zwisały farfocle zdartej tapety, sufit, namokły od nieustannie wylewanych w tym miejscu łez, sprawiał wrażenie, jakby miał się za chwilę zawalić, a w kątach gnieździł się gromadzony latami brud i zapach stęchlizny. Obraz zabiedzonego dziecka z zaszklonymi i podkrążonymi oczami dopełnił tylko jego kształt.

– Teraz możesz już stąd wyjść – powiedziałam z czułością w głosie – Już cię nie potrzebuję. Jestem dorosła. Odnalazłam w sobie odwagę i siłę, by dorosnąć i zacząć radzić sobie w dojrzały sposób. Nie potrzebuję dłużej chować się w bezpieczne objęcia świadomości ofiary. Czas wziąć odpowiedzialność.

Już kiedy wypowiadałam te słowa, dziecko zmieniało się z niedorosłej istoty w dojrzałą postać, a smutek malujący się wcześniej na jego twarzy przemieniał się w spokój. Całe wnętrze zajaśniało promienistym blaskiem.

– Przepraszam, że tak długo kazałam ci na siebie czekać – dodałam jeszcze.

Później wzięłam je w ramiona, otuliłam białą wełnianą chustą i przedzierając się przez rozświetlone wnętrze, wyniosłam je poza własne ciało. Gdy tylko dziecko ujrzało słoneczny blask, zamieniło się w gołębia i odleciało.

– Nie będę za tobą tęsknić, ale dziękuję za wcześniejszą obecność i ochronę – rzuciłam jeszcze w jego kierunku.

Potem odeszłam spokojnie w stronę tajemniczego lasu, jak odchodzi się po dobrze wykonanym zadaniu, podwinęłam rękawy, wzięłam głęboki oddech i uśmiechnęłam się do życia, które jest we mnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz