Poniedziałek rano, ostatni dzień przerwy świątecznej, we wtorek trzeba wracać do pracy. I jaka by ta praca nie była, nawet najukochańsza, zwyczajnie się nie chce. Błogie lenistwo ma tę moc, że szybko można się do niego przyzwyczaić.
– I tak się zastanawiam – zagaja przy porannej kawie M. – Czy iść jutro do pracy, czy sobie popracować z domu.
– Nie denerwuj mnie – odpowiadam zazdrośnie, bo sama nie mam takiego wyboru.
– Musiałbym wstać o szóstej, najpóźniej o siódmej – kalkuluje głośno – A gdybym został, mógłbym pospać nawet do ósmej trzydzieści.
– Chcesz mnie zdenerwować? – pytam jako osoba wstająca w tygodniu o czwartej.
– I nawet pod prysznic nie musiałbym iść z samego rana – dodaje rozmarzonym głosem M.
– Jesteś jednak bardzo przemocowym człowiekiem.
A mogło być miło 😉
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz