I pies zgłupiał.
Namieszałam 😅
Najwięcej treści kryje się w milczeniu, w niewypowiedzianych – z różnych powodów – słowach, w wypełnionych po brzegi przestrzeniach między wierszami. W nich właśnie mieści się esencja życia i prawdy.
I pies zgłupiał.
Namieszałam 😅
ja nie odchodzę kiedy trzeba
a gdy odchodzę to w niełasce
przychodzisz do mnie opowiadasz
co złego na mój temat padło
nie potrzebuję twojej troski
choć czy to troska sama nie wiem
nie chciałam słyszeć słów co ranią
nie przychodź więcej – proszę bardzo
Ta wojna w Ukrainie już nam, Polakom, spowszedniała. Nie zastanawiamy się nad jej okrucieństwem. Przynajmniej ja tak mam. Dodatkowo nie posiadam telewizji, co powoduje, że nie jestem na bieżąco z aktualnymi wiadomościami.
Trzy lata temu zamieszkała z nami Natasza z córką. Po trzech miesiącach znalazła pracę i się wyprowadziła, ale pół roku temu wróciła do kraju, do Ukrainy. Tydzień temu zadzwoniła do mnie i powiedziała, że w środku nocy, z łapanki, zabrano na wojnę jej dwudziestoletniego syna. Nie umiem wyobrazić sobie, co czuje Natasza, ale jako matka wiem, że jest to dla niej bardzo bolesne.
Postanowiła wrócić do Polski, uciec od zagrożenia i niepewności, dlatego dzisiaj w nocy odbierałam ją, jej córkę i drugiego syna, który w czerwcu skończy 18 lat, z dworca.
– Przecież by go nie zabrali – mówię – Słyszałam, że zabierają starszych. 25-letnich.
– Zabraliby – odparła z pewnością w głosie.
– Ale on ma autyzm, więc może by go nie zabrali.
– Zabraliby tym bardziej – powiedziała – Wszystkich chorych i z dysfunkcjami traktują jak mięso armatnie.
Nic więcej nie musiała mówić… Wojna to okrutny czas 😞
Kiedy zrozumiesz wreszcie, na czym polega życie, możesz przeżyć ogromne rozczarowanie. I tylko od ciebie zależy, co zrobisz z tym, o czym już wiesz.
– Zrób to, kiedy będziesz gotowe – powiedział Rozum.
– A jeśli nigdy nie będę? – zapytało niezdecydowane Serce.
– To nie będziesz. Co się wtedy stanie? – odparł pytaniem Rozum.
– Nic.
– Zupełnie nic?
– Zupełnie.
– To dobrze. Do niczego się nie zmuszaj.
– Dobrze.
– Dobrze? – upewnił się Rozum.
– Tak. Dobrze.
Chłopki Joanny Kuciel-Frydryszak przeczytałam już dawno, niedługo po pojawieniu się lektury na rynku. To jedna z tych książek, które mnie po prostu oburzają. Nie podoba mi się sposób narracji autorki, nie wydobyła ani grama człowieczeństwa z ludzi żyjących w pierwszej połowie XX wieku. Opowieści autorki sprowadziły ludność wiejską do przedmiotów, nic nieznaczących i pozbawionych głębszych uczuć istot skupionych na zaspokajaniu fizjologicznych potrzeb. Opisy w tekście są oburzające, autorka wydobyła na światło dzienne najbardziej drastyczne historie z życia ludzi tamtego okresu, jakby obok cieni w ich egzystencji nie istniały żadne blaski. I ludzie, którzy przeczytali tę lekturę, karmią się miażdżącymi faktami z życia swoich przodków. Wyrażają nawet przekonanie, że wreszcie rozumieją trudy ich egzystencji.
Guzik rozumieją. I chociaż faktom zawartym w lekturze nie można zaprzeczyć, nie jest to jedyna odsłona tamtej rzeczywistości. Jednostronne (i tendencyjne) przedstawienie realiów dawnego życia na wsi uważam za duży błąd, przez który autorka zezwierzęciła ówcześnie żyjących. Zrobiła to więc również ona, nie tylko wyżej sytuowane i odczłowieczone jednostki z tamtych czasów.
Może o to właśnie chodziło, o naturalistyczne przedstawienie rzeczywistości, którą później niektórzy traktują jako jedyną. To książka, w której nie ma ani grama ciepła i nadziei. Ani grama optymizmu i światła. I co niby miałabym z taką wiedzą o przeszłości zrobić? Udawać, że mnie olśniło, jak rzekomo olśniło niektórych ludzi recenzujących książkę?
Absolutnie nie chodzi mi o wygładzanie rzeczywistości – była, jaka była, i nic tego nie zmieni. Znam natomiast wiele pozycji literaturowych, w których również pojawiają się drastyczne sceny i historie z życia ludzi, ale autorzy opisują je w taki sposób, żeby nie odbierać godności opisywanym osobom, i nie robią tego poprzez umniejszanie cudzych krzywd, przedstawiają prawdę taką, jaka była. Potrafią widzieć ich podmiotowość i pisać o nich jak o LUDZIACH złożonych z krwi i kości, z ciała i ducha. Czyli wszystko jest kwestią ujęcia.
Chłopki? Dziękuję, nie dla mnie.
Macie czasami tak, że budzicie się rano i chce Wam się płakać? Jakby bez powodu? Smutek pojawia się nagle, uwiera w środku i trudno znaleźć jego przyczynę.
U mnie to zwykle efekt przeciążenia, gdy dużo dzieje się w życiu, gonią terminy, pojawiają się nowe zadania, którym trzeba sprostać, i jeszcze w domu wybucha coś, czym natychmiast trzeba się zająć, a znowu trawi infekcja i nie bardzo można sobie pozwolić na wzięcie wolnego, bo więcej szkody przyniosłoby niewypełnienie jakiegoś zobowiązania niż sama choroba.
Może powinnam nauczyć się luzowania…
Ludzkość zmierza do samozagłady? 😉
💫💫💫
A teraz na poważnie. Chwilowo zawieszam poszukiwania dotyczące przodków. Babcia ożyła w moim sercu 🖤, stała się znów zbyt bliska i zbyt odległa jednocześnie…
(Lars Saabye Christensen, Odpływ)
Badanie historii przodków dostarcza mi bardzo dużo wrażeń i myślę, że nie byłoby to tak ekscytujące, gdyby nie informacje od babci, które przekazała mi w czasie naszych wspólnych rozmów. Jej opowieści żyły i mocno angażowały moją wyobraźnię, a teraz, gdy udaje mi się potwierdzić pewne fakty – o wielu jeszcze wspomnę na blogu – ożywają jeszcze bardziej.
Miałam młodszą siostrę, która zmarła dwa dni po swoich narodzinach. Była ode mnie półtora roku młodsza i tak jak ja urodziła się 9. Co prawda nie stycznia, tylko lipca, ale wspominam o tym, ponieważ 9 jest dla mnie bardzo ważną liczbą – od zawsze.
Wszystkiego, co wiem na temat młodszej siostry, dowiedziałam się właśnie od babci, która mówiła o niej tak ciepło, że do dzisiaj odczuwam to ciepło w swoim sercu. To właśnie babcia uszyła dla niej ubranko, w którym malutka została pochowana. Było piękne, bialutkie, ze słodkimi falbaneczkami. Sukieneczka zakrywająca stópki i kaftanik pod spód, żeby trochę twardszy materiał sukienki nie uwierał jej ciałka.
Elunia – tak właśnie miała na imię moja siostra i tak nazywała ją babcia – była śliczną dziewczynką. Miała piękne długie nóżki, maluteńkie zgrabne paluszki, długie paznokietki i… długie, jak na noworodka, ciemne włoski. Taka laleczka do przytulania. Babci pękało serce, kiedy wkładała ją do białej trumienki.
Czasami ludziom się wydaje, że w dawnych czasach, gdy ludzkie zgony były powszechne, podchodzono do zmarłych przedmiotowo, a ich śmierć nie robiła na nikim wrażenia. Mogło tak być, i owszem, ale jestem pewna, że nie stanowiło to reguły. Przykład babci udowadnia – mam teraz na myśli historię jej rodzeństwa – że każda zmarła osoba była ważna, a jej strata ogromnie bolesna.
To odkrycie chwyciło mnie za serce, rozwarstwiło, wzruszyło, ale też ukoiło. Długo nie mogłam znaleźć ani aktu śmierci prababci Apolonii, ani żadnych informacji potwierdzających istnienie dwóch dziewczynek, o których opowiadała mi babcia. To jedno krótkie zdarzenie opisałam na blogu 30 grudnia 2023 roku, poniżej zamieszczam jego fragment.
💫💫💫
Dwuipółletnia siostrzyczka babci, której imię wyleciało mi z pamięci, nazywała się tak samo jak jej mama – Apolonia. Urodziła się 23 lutego 1918 r. Fakt ten potwierdza akt urodzenia.
Mała Agnieszka przyszła na świat 10 września 1920 roku, jej siostra Apolonia, która wypowiedziała później słowa: "Mamo, mamo, gdzieś ty poszła, tak długo cię nie ma?", była wówczas dwuipółletnią dziewczynką.
Margines: 119. Korchów Agnieszka Kożuszek
Prababcia Apolonia zmarła dzień po porodzie, 11 września 1920 roku. Moja babcia miała wtedy tylko siedem lat, była wciąż bardzo małą dziewczynką i musiała zmierzyć się z szarą rzeczywistością. Strata mamy musiała ją niewyobrażalnie mocno boleć, wiem, że bardzo ją kochała.
Margines: No 98. Korchów Apolonia Kożuszek
Malutka, prawie trzyipółmiesięczna, Agnieszka odeszła 30 grudnia 1920 roku.
Margines: No 140 Korchów Agnieszka Kożuszek
Ta historia dotycząca dwóch dziewczyneczek, małej Apolonii i Agnieszki, oraz śmierci prababci nabrała mocy. Wzruszyłam się, gdy odnalazłam te cztery – chyba najważniejsze dla mnie – dokumenty, metryki narodzin i akty zgonów, i dużo czasu minęło, zanim przestałam płakać. Wszystkie ożyły w moim sercu: prababcia Apolonia, babcia Aniela, malutka Polcia (już pamiętam, właśnie tak nazywała ją babcia) i kruszynka Agnieszka.
I taka ulga, że nie umarły na zawsze...
Drzewo genealogiczne od strony babci powoli się rozrasta. Dotychczas miałam dostęp do archiwaliów od 1923 roku, i to nie wszystkich, brakuje aktów urodzenia. Te wcześniejsze, z Tarnogrodu i z Biszczy znajdują się prawdopodobnie w Archiwum Państwowym w Lublinie. Właśnie z nich mogę się dowiedzieć, kiedy dokładnie urodzili się i brali śluby moi przodkowie.
Wiem już na pewno, że mama babci, czyli Apolonia Kożuszek, zmarła w przedziale czasowym 1917-1922, ponieważ w zasobach archiwalnych od 1923 roku nie ma wzmianki o jej śmierci. Skoro babcia jest z 1913, to straciła mamę jako kilkulatka. Zresztą to by się zgadzało z opowieścią, jaką już kiedyś na blogu przytaczałam. Wspominałam wtedy o dwóch młodszych siostrach babci, jednej 2,5-letniej, drugiej kilkumiesięcznej, i o śmierci mojej prababci.
Na razie bardzo skromne (ale na szczęście już jakieś!) i ubogie w informacje drzewko genealogiczne
👇👇👇
Nie wiem, czy babcia poznała swojego teścia Wawrzyńca Bulicza, który zmarł trzy miesiące przed ślubem swojego syna Michała, męża babci, ale na pewno znała swoją teściową Rozalię Bulicz (z d. Larwa), która odeszła w czasie wojny w 1943 r.
link 👉 skan aktu zgonu Wawrzyńca Bulicza
👇
transkrypcja 👇
Margines: 6 Wawrzyniec Bulicz Bukowina
link 👉 skan aktu zgonu Rozalii Bulicz (z d. Larwa)
👇
transkrypcja 👇
Margines: 32 [...] Rozalia Bulicz [...] Bukowina
Udało mi się dotrzeć do aktu ślubu mojej babci. Zaciekawiający jest fakt, że tym razem jej nazwisko rodowe zapisane zostało przez "ż", czyli Kożuszek, a nie Korzuszek jak w akcie zgonu jej brata z 1917 r. Jak widać, zapis nazwiska zależał od świadomości językowej, w tym przypadku ortograficznej, osoby odnotowującej dany fakt.
Skan aktu znajduje się tutaj
👇
link 👉 akt ślubu
transkrypcja 👇
Margines: A. 19. Korchów Michał Bulicz z Anielą Kożuszek
Komentarz: Celowo nie zmieniam oryginalnej interpunkcji oraz zapisu poszczególnych wyrazów, choć mam świadomość, że dzisiejsza norma edytorska nakazuje inaczej.
💫💫💫
Małżeństwo Buliczów, czyli mojego dziadka Michała i babci Anieli, doczekało się czterech córek. Apolonii (ur. 1933 r. – zm. 2011 r.), Heleny (ur. 1944 – zm. 2024 r.), Lucyny (ur. 1946 r.) i Janiny (ur. 1949 r.). Ich ostatnie dziecko to moja mama.
Babcia opowiadała mi kiedyś, że jej mąż dotarł pieszo do Francji, w której odwiedzał brata Wojciecha i siostrę Katarzynę. Z zagranicy wrócił rowerem otrzymanym w prezencie od rodzeństwa.
Dzięki zasobom Archiwum Państwowego w Zamościu dotarłam do informacji o jednym z braci babci, który urodził się martwy. Nie wiem, czy był on jednym z dziewięciorga dzieci w rodzinie, o których wspominała babcia, czy może jednym z dziesięciorga. Może kiedyś uda mi się dotrzeć do rzetelnych informacji na ten temat.
Dzisiaj wiem już na pewno, że moja babcia Aniela Bulicz (z d. Kożuszek) była żoną Michała Bulicza oraz córką Michała i Apolonii (z d. Rorata) Kożuszków. Spośród całej gromady dzieci (babcia i jej rodzeństwo) tylko troje dożyło pełnoletności (babcia, brat Józef i siostra Marianna) a starości tylko dwoje – babcia i jej brat Józef.
Załączam archiwalny skan (linki 👉 źródło1, źródło2) oraz jego transkrypcję.
skan 👇
transkrypcja 👇
Margines: Nr 35 Korchów niez.-urodz. Korzuszek
Niewiele wiem na temat rodziców mojej babci Anieli. Dzięki wyprawie na południe kraju zgromadziłam trochę starych zdjęć, dokumentów, listów i zapisków, nad którymi ślęczę od kilku dni i zastanawiam się, co mogę z nimi zrobić. Znam już datę śmierci mojego pradziadka, ojca babci, ale nie wiem jeszcze, kiedy się urodził.
Niewątpliwie jest to dopiero początek mojej drogi. Dotarcie do źródeł nie będzie łatwe, ale mam znajomego, który od lat specjalizuje się w wyszukiwaniu informacji o przodkach. Przede mną wyprawa do Tarnogrodu, gdzie mam nadzieję odnaleźć archiwalia kościelne rejestrujące istnienie pradziadka.
W zasobach, jakie do tej pory zgromadziłam, znajduje się notatka spisana ręką babci.
Babcia źle zapamiętała datę śmierci swojego taty. Z aktu zgonu wynika, że zmarł nie 3, ale 6 marca.
link 👉 aktu zgonu 👇
Skąd wiem, że to babcia jest autorką notatki? Pod koniec życia złożyła mi pisemne życzenia, które wkleiłam do swojego pamiętnika, charakter pisma wskazuje właśnie na nią. Swoją drogą, te wszystkie "pozostałości", jakie mam, głęboko mnie poruszają.
W ostatnich dniach wakacji poniosło nas na północ. Teraz też – końcówka ferii – a my wyruszyłyśmy w drogę. Tym razem na południe. Może taka strategia, korzystania z ostatnich chwil wolnego, stanie się naszą rodzinną tradycją.
Pozdrawiamy z południa kraju!
Ziębuszka przejrzała wpisy na blogu i zrewanżowała się cytatami.
Mądrymi, bo jakby inaczej!
(cytaty pochodzą z podstawowych lektur AlAnon, tzw. książeczek)
Jak już sobie trochę z tymi treściami pobędę, na pewno je skomentuję.
Bo jakby inaczej!
Zawiozłam dzisiaj Gaję na zabieg. Na zewnątrz byłam bardzo spokojna, ale w środku buzowały emocje. Starałam się ich nie potęgować, dlatego odwracałam, jak tylko mogłam, swoją uwagę. Chyba nie do końca skutecznie, bo w samochodzie Gaja zaczęła cichutko popiskiwać – nigdy się w ten sposób nie zachowuje podczas jazdy – a w samej klinice skomlała, jakbym oddawała ją na śmierć. Trzymała się kurczowo mojej kurtki.
Po powrocie do domu w drzwiach przywitał mnie kot. I jak nigdy (no dobra, raz tak miał, dwa dni przed śmiercią Kaja) był mną bardzo zaabsorbowany. Osaczył moje nogi i łapami zaczął się wokół tych nóg okręcać. Wydawał przy tym żałosne miauki.
– Kocie! Przestań się w ten sposób zachowywać – powiedziałam stanowczo, ponieważ to zachowanie obudziło we mnie wspomnienie utraty Kaja.
– Miau! – odparł w odpowiedzi.
– Milo. Proszę cię – ponowiłam prośbę.
A ten co?
Jak to kot zwyczajnie mnie olał i dalej wisiał na moich nogach.
Czekamy na telefon z kliniki.
Czytam teraz Człowieka w poszukiwaniu sensu Victora E. Frankla. Co chwilę jakieś słowa mnie zatrzymują, dlatego niektórymi zapragnęłam się z Wami podzielić.
Znam wiele tekstów o tematyce obozowej i każdy, jaki kiedykolwiek przeczytałam, w jakiś sposób mnie zatrzymał. Czasami obraz męki w tej nieludzkiej przestrzeni był tylko kontekstem, do jakiego odwołał się twórca, chcąc na przykład zobrazować wpływ traumy na dalsze życie człowieka, ale zawsze był to znaczący akcent w całej opowieści.
Nie mnie oceniać, wiem o tym, dlatego nigdy nie skieruję oskarżycielskich słów w stronę ludzi, którzy w ekstremalnych warunkach zatracili swoje człowieczeństwo. Za to z wielką przyjemnością przywołam zawsze przykłady postaw, które są godne uznania. Prezentują je ludzie wyjątkowo odważni i dobrzy – ludzie z krwi i z ducha.
💫💫💫
Spośród tysięcy więźniów tylko nielicznym udało się zachować swoją wewnętrzną wolność i traktować cierpienie jako okazję do duchowego rozwoju, lecz nawet pojedynczy przykład stanowi wystarczający dowód na to, że dzięki wewnętrznej sile można wznieść się ponad wszystko, co przyniesie los. Zjawisko to nie ogranicza się zresztą do obozów koncentracyjnych; każdego dnia na całym świecie ludzie muszą stawiać czoła przeznaczeniu; mają wówczas szansę, aby poprzez swoje cierpienie osiągnąć coś dobrego.
💫💫💫
W świecie, w którym przestawały liczyć się ludzkie życie i godność, w którym człowiekowi odbierano jego wolną wolę i czyniono z niego obiekt eksterminacji (po uprzednim wykorzystaniu do cna jego fizycznych możliwości) – w tym świecie ludzkie ego wyrzekało się ostatecznie wszystkich wartości.
💫💫💫
Człowiek nie podlega całkowicie zewnętrznemu warunkowaniu i zewnętrznym wpływom, lecz sam świadomie decyduje, czy ulec danym okolicznościom, czy im się przeciwstawić. Innymi słowy, ma nieograniczoną wolność samookreślania się. Nie tylko istnieje, ale nieustannie kształtuje swoją egzystencję, determinując to, kim w danej chwili jest i kim będzie w następnym momencie.
💫💫💫
Żaden człowiek i żaden ludzki los nie może być porównywany z innym człowiekiem i innym losem. Każda sytuacja jest niepowtarzalna i każda wymaga innych reakcji.
💫💫💫
Pewnego wieczoru, gdy śmiertelnie zmęczeni odpoczywaliśmy na podłodze naszego baraku, posilając się miską zupy, jeden z więźniów wpadł do środka i zawołał, żebyśmy zaraz biegli na plac apelowy zobaczyć wspaniały zachód słońca [...] Po kilku minutach pełnego wzruszenia milczenia jeden z więźniów powiedział do drugiego: "Jaki piękny może być świat!".
💫💫💫
Doświadczenia życia obozowego wyraźnie pokazują, że człowiek ma wolność wyboru tego, jak postępuje. Istnieje wystarczająco wiele przykładów, często niezwykle heroicznych, będących dowodem na to, iż apatię można było przezwyciężyć, a rozdrażnienie opanować. Człowiek może zachować resztki wewnętrznej wolności, niezależności myśli, nawet w warunkach tak koszmarnego psychicznego i fizycznego stresu.
💫💫💫
Podsumowując, można by pokusić się o stwierdzenie, że na świecie istnieją dwie rasy ludzi, lecz tylko w tym jednym sensie: "rasa" ludzi przyzwoitych oraz "rasa" tych, którzy nie wiedzą, czym jest przyzwoitość. Wszędzie można spotkać przedstawicieli obu tych "ras", przeniknęli bowiem do każdej grupy społecznej. Żadna z nich nie składa się wyłącznie z ludzi przyzwoitych albo nieprzyzwoitych. Pod tym też względem żadna grupa nie jest "czysta rasowo", dlatego też nawet wśród obozowych strażników można było od czasu do czasu spotkać przyzwoitego człowieka.
💫💫💫
Im bardziej zapominamy o sobie – oddając się sprawie, której pragniemy służyć, bądź też osobie, którą pragniemy kochać – tym głębsze jest nasze człowieczeństwo i tym bardziej urzeczywistniamy swój potencjał.
💫💫💫
My, którzy żyliśmy w obozach koncentracyjnych, pamiętamy ludzi, którzy chodzili po barakach, pocieszając innych, oddając ostatni kawałek chleba. Być może było ich niewielu, ale są oni wystarczającym dowodem na to, że człowiekowi można zabrać wszystko za wyjątkiem jednej rzeczy: ostatniej z ludzkich wolności – wyboru swojej postawy w każdych okolicznościach.
Sonia powiadamia uprzejmie z samego rana, że dotarła bezpiecznie do odległej zagranicy i przesyła zdjęcie filiżanki 👇
JA: Ale wiesz, co ta filiżanka przypomina?
ONA: Zdecydowanie 😂😂😂
JA: I pijesz z niej?
ONA: Jak Rosjanie pod Warszawą w dwudziestoleciu 😀
Śniło mi się, że weszłam do jej sypialni, jak zdarzało mi się wchodzić, gdy bywałam jej gościem. Zanim dostrzegłam łóżko stojące na środku pokoju, moją uwagę przykuły okalające je regały z książkami. Poczułam w sobie głód zawartych w nich treści, wysilałam wzrok, żeby przeczytać z oddali tytuły, ale niestety mój trud był daremny. Zanim zrobiłam krok, by zbliżyć się do kolorowych okładek, uprzytomniłam sobie, że żadna z książek nie jest dla mnie i że nie będę mogła ich przeczytać. Na chwilę ogarnął mnie żal, a moje wnętrze zalało rozczarowanie, na szczęście szybko udało mi się otrząsnąć. Przeniosłam wzrok na leżącą na łóżku osobę, której uśmiech rozpromienił mnie tak samo jak w momencie, gdy ją poznałam. Był ciepły, promienisty, odżywczy. Na chwilę zapomniałam o chłodzie i dystansie.
– Mogę się obok ciebie położyć? – zapytałam.
– Tak – odparła serdecznie i rozłożyła ramiona na znak aprobaty.
Wdrapałam się na łóżko, zupełnie naturalnie, i wygodnie się na nim ułożyłam.
– Nie chcę cię – wyszeptała mi do ucha szorstkim tonem – Nie rozumiesz?
– Rozumiem.
– To dlaczego tu przychodzisz? – zapytała z pretensją w głosie.
Zanim znalazłam odpowiedź na pytanie, a samo poszukiwanie wpędziło mnie w stan zmieszania, uzmysłowiłam sobie, że śnię.
– To ty przyszłaś do mojego snu – zaprotestowałam.
– Twój sen, ale mój dom. Wiesz przecież, że nie mogę wyjść.
– To co mam zrobić?
– Obudź się wreszcie. Ta opowieść nie jest o tobie.
💫💫💫
Byłam dziś z Gają w klinice na pobraniu krwi. Przygotowujemy się do sterylizacji i trzeba było się upewnić, że wszystko jest w porządku. Kiedy czekałam z nią w poczekalni, obok mnie usiadła około pięćdziesięcioletnia kobieta. Sympatyczna, ciepła, otwarta. Przy swoich nogach trzymała w transporterze kota. Tak, kota! Powiedziała ponadto, że w domu czeka na nią drugi. Nic nadzwyczajnego. Za to jej reakcja na Gaję była zdecydowanie nadzwyczajna. Wyściskała ją i wycałowała – przeszczęśliwa piesełka nie pozostawała jej dłużna.
– Kto by pomyślał, że poznam dziś taką słodziutką Gaję – powiedziała w zachwycie kobieta – Jaka radosna z ciebie psinka, jak pięknie się tulisz i merdasz ogonkiem.
Gaja w skowronkach, ja zaskoczona, pani uskrzydlona.
– Nie chciałaby pani mieć pieska? – zapytałam, mając pewność, że kochałaby go całym sercem.
– Chciałabym, bardzo. Z natury jestem psiarą, ale mieszkam z niepełnosprawną osobą i nie dałabym rady zaopiekować się pieskiem.
– Ach, rozumiem – odparłam.
Kto wymyślił poczekalnie, ten mistrz. Gaja uszczęśliwiona, ja uszczęśliwiona i pani też. To było piękne spotkanie.
Bardzo cenię twórczość Agnieszki Osieckiej, w zasadzie od kiedy ją poznałam. Imponuje mi przede wszystkim jako poetka, która pisze (właściwie pisała) sercem.
Natknęłam się ostatnio na jedną z jej wypowiedzi, która jeszcze bardziej skłoniła mnie ku niej samej. Ta wypowiedź ponadto stanowi kontrargument do słów Olgi Tokarczuk wypowiadającej, zbyt odważne moim zdaniem, stwierdzenie:
Powiedzmy sobie szczerze – literatura nie jest dla idiotów. Ja nigdy nie oczekiwałam, że wszyscy mają czytać i że moje książki mają iść pod strzechy. Wcale nie chcę, żeby szły pod strzechy. Literatura nie jest dla idiotów, żeby czytać książki, trzeba mieć jakieś kompetencje, wrażliwość pewną, rozeznanie w kulturze. [...] Nie wierzę, że przyjdzie czytelnik, który kompletnie nic nie wie i nagle się zatopi w jakąś literaturę i przeżyje tam katharsis. Więc piszę swoje książki dla ludzi inteligentnych, którzy myślą, którzy czują, którzy mają jakąś wrażliwość. Uważam, że moi czytelnicy są gdzieś do mnie podobni.
W sieci zawrzało. Wiadomo. Ale nie mam ochoty roztrząsać teraz tego tematu. Zamiast tego, chcę skupić się na słowach, jakie wypowiedziała Osiecka – są mądre i niewprowadzające podziałów między ludźmi, bije z nich pokora i skromność samej twórczyni:
Pierwsze, co robię, zabierając się do pisania, nie myślę o żadnym odbiorcy, ponieważ czuję, że nieoczekiwane rzeczy trafiają do nieoczekiwanych ludzi i jeżeli bym uważała, mówiąc do koła gospodyń wiejskich, że te panie nie zrozumieją jakichś tam wydumanych filozofii, bym się bardzo myliła, bo w tym kole gospodyń wiejskich mogą być bardzo mądre, głęboko myślące osoby i odwrotnie, myśląc, że ja teraz mówię [...] do studentów z piątego roku psychologii, mogłabym się zacząć straszliwie mądrzyć, a tam by siedziało pełno chłopców i dziewcząt, którzy by mieli ochotę sobie wspólnie pośpiewać. Pierwsze, co robię i zawsze będę robiła, to zapominam o tym, że ludzie są podzieleni na jakieś kasty duchowe. I że ten nie rozumie tego, a ci rozumieją to...
Nie zawsze jesteśmy gotowi odkryć wszystkie sensy ukryte w jakimś tekście, czytając go po raz pierwszy, ale jeśli jakieś znajdujemy, nawet gdy brakuje nam kompetencji, świadczy to o wielkości twórcy. Są książki, które zdarza nam się przeczytać nawet kilka razy w życiu, i za każdym razem, gdy po nie sięgamy, przeżywamy zaskoczenie, ponieważ udaje nam się odkryć coś nowego. Przy kolejnej lekturze dostrzegamy szczegóły, jakich nie dostrzegliśmy wcześniej. Wynika to przede wszystkim z tego, że w każdym wieku jesteśmy na innym etapie dojrzałości, inne problemy nas absorbują, zmienia się nasza percepcja, nabieramy doświadczenia, a z wiekiem i z oczytaniem nasze kompetencje literackie stają się większe.
Inteligencja nie jest cnotą, za to mądrość już tak.
***
Myślę, że stwierdzenie Tokarczuk było niefortunnie zastosowanym skrótem myślowym, który wywołał gównoburzę. Jak to zresztą zawsze bywa przy takich okazjach. Niektórym pozwolił poczuć się lepiej ze sobą, dowartościował ich i utwierdził w przekonaniu o własnej wyższości, a innych obraził czy wręcz zbulwersował. Najśmieszniejsze jest to, że mnóstwo z tych ludzi, którzy wypowiadali się na temat słów noblistki, nigdy nie przeczytało żadnej jej książki. Wszyscyśmy się dali wkręcić 😅
Za Tokarczuk! I za Osiecką! Obie dużo wniosły do polskiej kultury.
Tak właśnie jest, 2 lutego to DZIEŃ POZYTYWNEGO MYŚLENIA!
Nigdy nie jest ani tak dobrze,
ani tak źle, jak się wydaje.
Poszukaj jasnych stron,
a jeśli to nie skutkuje,
poszukaj stron zabawnych.
(Helen Fielding)
Chociaż w moim życiu wszystko układa się dobrze i nie mam podstaw do negatywizmu, nie kupuję ani idei takiego dnia, ani myśli zawartej w cytacie. To może jakiś skrót myślowy, jakiego nie umiem rozgryźć. Zbyt wiele czynników składa się na nastawienie człowieka do świata, jego doświadczenia, osobowość, dane dotyczące jakiejś sprawy ukazujące szanse na jej powodzenie, i wiele, wiele innych, a jedna data w roku niczego nie zmieni.
Ale może ludzkość potrzebuje takich dni, żeby celebrować życie. Kto wie? Tak czy siak życzę nam optymizmu, z nim zdecydowanie łatwiej pokonywać przeszkody. Optymizmu inaczej zwanego NADZIEJĄ, która pozwala nam trwać i walczyć.