Pamiętam, jak jakiś czas temu napisałam: "Coraz częściej lubię iść w stronę ciszy". Wtedy jej szukałam, i był to właściwie świadomy wybór, ale dziś...
Dziś cisza pochłania mnie sama.
Najwięcej treści kryje się w milczeniu, w niewypowiedzianych – z różnych powodów – słowach, w wypełnionych po brzegi przestrzeniach między wierszami. W nich właśnie mieści się esencja życia i prawdy.
Pamiętam, jak jakiś czas temu napisałam: "Coraz częściej lubię iść w stronę ciszy". Wtedy jej szukałam, i był to właściwie świadomy wybór, ale dziś...
Dziś cisza pochłania mnie sama.
Gdybyś mogła usiąść na ławce i porozmawiać przez godzinę z kimś, kogo już nie ma, kto by to był?
Babcia
Przeczytałam Ostatnią arystokratkę (cz. 1., po pozostałe pewnie nie sięgnę, ale tę jedną warto znać) Evzen Bocek! Zbłądziłam w zakamarkach Internetu i dobrze na tym wyszłam. Język prosty, stylizowany chyba na mowę kilkunastolatki, ale treść pochłaniająca, chociaż lekka i przede wszystkim odmóżdżająca! Uśmiałam się jak nigdy 😂 Czy polecam? Polecam!
💫💫💫
[...] przypomniało mi się, jak ojciec opowiadał kiedyś dowcip o rosyjskich astronautach, którzy mieli lądować na słońcu, ale żeby ich nie spaliło, lądowali w nocy. Ciocia Jess nie widziała w tym nic śmiesznego.
💫💫💫
Jeśli ktoś chciałby wyrobić sobie pogląd o arystokracji u schyłku XX wieku i jako jej typowego przedstawiciela wybrałby mojego ojca, musiałby stwierdzić, że szlachcic większość czasu spędza na uczeniu psów aportowania papuci i żyje w permanentnym strachu przed komornikiem.
💫💫💫
Józef ma grypę zawsze, kiedy istnieje zagrożenie, że musiałby coś zrobić.
💫💫💫
Podobno prawdziwy arystokrata ma zakodowane w genach, by nie kłamać, nie kraść, nie skarżyć się i niczemu się nie dziwić. Najwyraźniej nie jestem prawdziwą arystokratką.
💫💫💫
Odebrałam wczoraj wyniki badań. Są idealne! Pani pochwaliła mnie nawet za cholesterol i powiedziała, że chyba się zdrowo odżywiam i prowadzę, ponieważ nigdy wcześniej nie widziała tak dobrego wyniku. Nie wyprowadzałam jej z błędu. Z odżywianiem jak zawsze jestem na bakier, ale po uwadze pani zacznę chyba propagować jedzenie z doskoku 😅 Skoro działa 😀
Nie wiem, czy oglądaliście film Johnny zrealizowany na podstawie elementów biografii księdza Jana Kaczkowskiego. To bardzo wzruszający materiał, chwytający za serce, choć mam świadomość, że historia dla potrzeb komercyjnych została podrasowana. Niemniej, to właśnie on skłonił mnie do sięgnięcia po Życie na pełnej petardzie, czyli wiara, polędwica i miłość. Książkę pisaną w formie reportażu. Jak się okazuje, nie jest to moja ulubiona forma, ale kilka mądrych sformułowań zatrzymało mnie na dłużej.
💫💫💫💫💫
Bo jeżeli drugą osobę kocham miłością prawdziwą, nieegoistyczną i utylitarną i w pierwszej kolejności zależy mi na jej dobru, to nie jestem w stanie wyrządzić jej krzywdy i rzeczywiście w tej miłości można robić, co się chce. Wówczas nigdy tym drugim nie pogardzimy, nie potraktujemy go przedmiotowo.
💫💫💫💫💫
Pacta sunt servanda: umów trzeba dotrzymywać. Do tego wcale nie trzeba być wierzącym, wystarczy być przyzwoitym.
💫💫💫💫💫
Posłuszeństwo [...] nie zwalnia ani przełożonego, ani podwładnego z myślenia i z wartościowania moralnego. Nikt nikomu przez posłuszeństwo nie odebrał władzy krytycznego rozumu.
💫💫💫💫💫
Słuchaj. Nie tylko tego, co jest mówione wprost, ale zwłaszcza słuchaj tego, co jest mówione miedzy wierszami.
💫💫💫💫💫
Im bardziej jesteśmy autentyczni, tym bardziej jesteśmy swobodni.
💫💫💫💫💫
Wydaje ci się, że jak raz stanąłeś pod latarnią, to będziesz kurwą przez całe życie?
💫💫💫💫💫
Jeżeli twoje kazanie nie ma już żadnych zalet, to niech ma przynajmniej jedną: niech będzie krótkie.
💫💫💫💫💫
Obarczam znacznie większą winą księdza niż ofiarę, bo to on ponosi większą odpowiedzialność, gdyż z założenia jemu świeccy zostali powierzeni jako wierni. Wykorzystać czyjąś słabość, zbudować relację zaufania to po prostu świństwo.
Oglądałam wczoraj piękny film. Na pierwszy rzut oka fabuła zbyt słodka, by podobna historia mogła się kiedykolwiek wydarzyć. Zbyt dużo cudowności, zbyt dużo ochrony od Opatrzności, zbyt dużo dobrych, cierpliwych i kochających serc. A jednak. Wciąż jest mi to bliższe niż przekonanie, że świat jest zły.
Jedna z głównych bohaterek, starsza kobieta, która niedawno straciła męża i dorosłego już syna, będącego partnerem dziewczyny mieszkającej teraz razem z nią, powiedziała:
– Żałuję tylko, że nie ufałaś mi na tyle, by mi powiedzieć. By uwierzyć, że cię kocham – zamilkła na chwilę, a potem dodała w sposób, jakby przytaczała właśnie argument nie do zbicia – Gotowałam dla ciebie.
No i rozczuliły mnie te słowa.
Odkryłam właśnie niebezpieczeństwo wiążące się z czytaniem książek. Można na przykład, zupełnie niespodziewanie, stać się we śnie żydowską dziewczynką zamkniętą w obozie koncentracyjnym.
Podczas dzisiejszego snu kupowałam Zuzu maliny na bazarku. I dlaczego nie truskawki? Ja się pytam 😀
To dzień pełen wspomnień, tęsknoty i cichej miłości,
która nie znika wraz z czyimś odejściem.
To już postanowione: zakładam w tym roku plantację truskawek. Zaopatrzyłam się już w sadzonki i grządkę podwyższoną i gdy tylko przyjdzie wiosna, ruszę z kopyta do roboty. Solidnie się do tego przygotowałam, oglądając filmiki na YouTube, w których zaprawieni ogrodnicy dzielą się swoimi doświadczeniami.
Czy inwestycja się zwróci? NIE!
Nie ma na to szans przy 20 sadzonkach. Ale czy zawsze musi się opłacać? Misja, proszę Państwa, misja. I radość podopiecznych, a moja satysfakcja. Oto zyski najwyższej miary.
Od 2020 roku planuję wyjechać do Suntago (park wodny), powzięłam zatem postanowienie, że zrobię to w czasie tegorocznych ferii zimowych. W końcu dopiero 2026, opóźnienie wcale nie jest tak duże, jakby się mogło wydawać. Chciałam zabrać ze sobą córki: Zuzu (Nieletnią) i Myszę (Nastolatę), którym od dzisiaj zmieniam imiona na blogu. Głównie przez wzgląd na podobieństwo poprzednio obowiązujących nazw: może nie fonetyczne, ale semantyczne na pewno. Zresztą już dawno chciałam to zrobić.
Wracając do sedna: plan był taki, że gdy tylko rozpoczną się ferie, zrobię dziewczynom niespodziankę i zabiorę je na wycieczkę. Układałam w głowie strategię już od początku roku i do ubiegłego tygodnia wszystko zmierzało we właściwym kierunku. Nawet infekcja Zuzu zdążyła rozpocząć się i zakończyć na tyle wcześnie, że w poniedziałek, bez narażania jej na utratę zdrowia, mogłyśmy wyruszyć. Z atrakcji wodnych w czasie ferii zaliczyłyśmy dotychczas wyłącznie oglądanie Wodospadu Niagara – mój katar w sposób niemalże fotograficzny odzwierciedla tamtejsze widoki. Zastanawiam się, czy nie uczynić z niego płatnej rozrywki.
Kociara powtarzała mi wielokrotnie: „Jak nie wypali plan A, przejdź do planu B. Jak z B też coś pójdzie nie tak, zrealizuj plan C”. Liter w alfabecie na szczęście jest dużo, dlatego nigdy nie ma ryzyka porażki. Jak nie plan A, to B. Jak nie B, to C, a ostatecznie i Z. „Zawsze jest jakieś wyjście awaryjne” – powiedziałby przecież Władysław Kolęda.
Tak więc awaryjnie zainwestowałam w kilka nowych buczków i z przyjemnością realizuję któryś z planów. Może C? Wyjazd do parku wodnego na pewno nie uda się w ciągu najbliższych dwóch tygodni. Plan jest taki, że wybierzemy się w czasie wakacji.
Przecież inaczej nie mogłam zacząć ferii. Dzieje się tak zawsze. Dzwoni dzwonek po ostatniej lekcji, a ja już wracam do domu ze stanem podgorączkowym, który później zamienia się w prawdziwą gorączkę. Czy to się kiedyś zmieni?
Cały ten błękit. To książka o prawdziwej miłości i trosce, o obecności bliskiej osoby w momentach, gdy najbardziej jej potrzebujemy, o empatii i wzajemności, ale przede wszystkim o bólu, który jest nieodłącznym elementem każdego ludzkiego życia. Będę potrzebowała kilku dni, żeby historia, którą właśnie skończyłam czytać, ułożyła się miękko w moim sercu. Na razie przygniata i rozwarstwia, budząc trudne do udźwignięcia uczucia, ale pozwala też wierzyć, że dziecięca naiwność i wiara w dobro w ludziach mają sens, że nawet jeśli zostaniemy dotkliwie zranieni i poturbowani przez ludzi czy życie, zawsze pojawi się na naszej drodze ktoś, kto rozproszy mrok.
💫💫💫
Chloé podnosi butelkę do ust, delektuje się winem przez kilka sekund, a potem mówi:
– Miałam dokładnie takie samo uczucie. Trzeba uważać.
– Na co?
– Żeby nie przespać życia. Wszyscy mamy do tego skłonność.
💫💫💫
– Tak, ale dlaczego ty?
– Dlaczego ja? Dlaczego nie ja? To wielka loteria wszechświata i tyle.
💫💫💫
Joanné po raz ostatni patrzy w jego bystre zielone oczy za okularami w zielonych oprawkach. Zdaje sobie sprawę z człowieczeństwa, którego dowiódł, i trudu, z jakim mu to przyszło. To właśnie stara się mu przekazać tym ostatnim długim spojrzeniem. Swoją wdzięczność.
💫💫💫
[...] czasami pozwalamy, żeby nasze uczucia nas osłabiały. Miłość, ta prawdziwa, zawsze powinna sprawiać, że czujemy się więksi. Nigdy na odwrót.
💫💫💫
Zanim da się życie, trzeba je kochać i sprawić, że będzie kochane.
💫💫💫
Skoro nie można się cofnąć, trzeba znaleźć najlepszy sposób, by pójść naprzód.
💫💫💫
Tak bardzo przywykliśmy do rozpamiętywania tego, co było, lub prób wybiegania w przyszłość, że rzadko jesteśmy naprawdę obecni w sobie.
💫💫💫
Zawsze się czuje takie rzeczy. Pęka ostatnie ogniwo i wiesz, że możesz odejść.
💫💫💫
Dzisiejszej nocy miałam bardzo plastyczne i wyraziste sny. Było ich wiele, ale dwa pamiętam szczególnie.
W pierwszym śnie byłam kilkuletnią żydowską dziewczynką zamkniętą w obozie koncentracyjnym, w którym panował ogromny nieład. Dookoła walały się postrzępione deski ze zburzonych budynków, co spowodowało, że samoistnie zbudowały się dziuple i zakamarki, w których chowałam się, przemierzając terytorium nieprzyjaznego miejsca, aby uciec przed niebezpieczeństwem. Wiedziałam, że gdy wpadnę w ręce SS-Mannów, skończę naprawdę źle. Ich wyostrzone spojrzenia ujawniające złe zamiary sprawiały, że czułam się jak tropione na polowaniu dzikie zwierzę. Niemałe wyzwanie stanowiły dla mnie porozrzucane niemal wszędzie wielkie płachty drutów kolczastych. Ominięcie ich bez skaleczenia jakiejś części ciała graniczyło z cudem, ale jednak jakimś sposobem, chyba dzięki niewielkiemu wzrostowi, przemieszczałam się wąskimi szczelinami powstałymi między drutami. Gdy dotarłam do ogrodzenia, przez które widziałam normalny świat, dobitnie zdałam sobie sprawę ze swojego położenia. Zrozumiałam wówczas, co wprawiło mnie w stan głębokiej rozpaczy, że jestem bezsilna wobec siły, jaka mnie więzi.
Sen 1. ujawnia niepewność, jaką czasami czuję w relacji z otaczającymi mnie ludźmi, w których zachowaniu dostrzegam nieczystą grę nie tylko wobec mnie, ale wobec otoczenia w ogóle. Dążą do celu drogą zawoalowanej manipulacji, jakiej inni nie są świadomi, a jaką ja dostrzegam bardzo wyraźnie. Chcą zadbać w ten sposób przede wszystkim o swój wizerunek, dlatego wcielają się w role wybawców albo ofiar i "kupują" zaufanie otaczających ich ludzi. Nie uświadamiam nikogo, ponieważ rozumiem, że każdy z nas jest w miejscu będącym wynikiem przeróżnych doświadczeń. Czuję się jednak czasami więźniem stworzonego w świecie systemu i staram się przemknąć przez niego bez draśnięć, które symbolizują we śnie kolczaste druty. Rzeczywistość jest, jaka jest, jestem bezsilna wobec jej praw i jedyne, co mogę, to zaakceptować swoje położenie, zachowując czujność, żeby nie dać się zranić.
💦💦💦💦💦💦💦💦💦💦💦💦💦💦💦
Drugi sen był o lwach. Jednym dorosłym i drugim całkiem małym. Oba były moimi domowymi zwierzątkami. Kiedy jednak zdałam sobie sprawę z tego, że są przecież dzikimi zwierzętami, zaczęłam je izolować w pomieszczeniu zamkniętym drzwiami z przezroczystą pleksą, która uginała się pod ich naciskiem. Dzięki temu mogłam kontrolować ich zachowanie. Przeraziła mnie myśl, że w czasie mojej nieobecności mogłyby się wydostać z zamknięcia i zaatakować dzieci, które byłyby same w domu. Zdecydowałam się więc oddać je do ZOO, dlatego poprosiłam M., żeby zadzwonił po służby, które by je zabrały. W tym samym czasie Nieletnia, będąca we śnie dwu- albo trzyletnią dziewczynką, przedostała się niepostrzeżenie do czatujących pod drzwiami lwów i zaczęła tulić się do tego większego. Drugi, merdając radośnie ogonkiem, zachęcał ją do zabawy.
Sen 2. mówi o uczuciu złości, które całkiem niedawno, w odpowiedzi na bardzo przykre zdarzenie, obudziło się we mnie. W pierwszej chwili byłam nawet zadowolona ze swojej reakcji, wiedziałam przecież, że jest najbardziej oczekiwaną reakcją w danej sytuacji, ale szybko zaczęłam tłamsić ją w sobie – symbolizuje to uginająca się pleksa – co poskutkowało uczuciem mdłości i bezsennością. Zapomniałam, że wszystkie emocje czemuś służą i na jakiś czas wpadłam w sidła dawnego mechanizmu. Złość spowodowała we mnie poczucie winy i ogromną wewnętrzną niewygodę prowadzącą do lęku. Nagle to, co poczułam, stało się w moich oczach czymś gorszym, niż to, co zrobiła druga osoba. Ta odczuwana przeze mnie złość mogłaby mieć też wpływ na moje dzieci i bałam się, że mogę je nią skrzywdzić, dlatego z całych sił chciałam się jej pozbyć. Jest siłą potężną jak lew. A może i nie, tylko że ja boję się jej tak bardzo, że objawiła się w moim śnie w postaci groźnego, dzikiego, mającego ogromną moc zwierzęcia. Dopiero sen pokazał mi, że w gruncie rzeczy jest moim sprzymierzeńcem, pojawia się, żeby ukoić.
Cały ten błękit pochłonął mnie bez reszty. Główni bohaterowie, nieznający się przed podróżą ludzie, wyruszają razem w długotrwałą, górską wędrówkę, która, jak się okazuje, staje się metaforą podróży w głąb siebie. Wymagającą, trudną, ale przede wszystkim zaskakującą. Na początku ich wspólnej drogi Joanne zaopatruje ich oboje w notesy, zanim jednak pojawia się w nich pierwszy wpis, kobieta przytacza słowa Konfucjusza:
Największym podróżnikiem jest ten,
kto umiał kiedyś odbyć podróż w głąb siebie.
Émile rozumie ich sens i postanawia, że umieści je na stronie tytułowej swojego notesu. W czasie wędrówki wraca myślami do zdarzeń z przeszłości, które były dla niego trudne, i orientuje się wreszcie – uświadamia mu to Joanne, przytaczając słowa Prousta – że:
Prawdziwa podróż odkrywcza nie polega na poszukiwaniu
nowych lądów, lecz na nowym spojrzeniu.
Bohater analizuje więc słowa i zdarzenia z przeszłości, przetwarza je i dociera do miejsca w sobie, jakiego istnienia chyba się nie spodziewał:
Nigdy wcześniej nie doświadczył takiego poczucia spełnienia i wdzięczności wobec Wszechświata. Owszem, umrze, ale jest tu dziś wieczorem i zrozumiał mnóstwo rzeczy. Nie jest do końca pewien, ale ma wrażenie, że właśnie sobie wybaczył.
Byłam dziś w Empiku i spędziłam w nim chyba z dwie godziny w poszukiwaniu czegoś do poczytania. I co? I pstro. Nie udało mi się znaleźć niczego sensownego, a szukałam w wielu dziedzinach. Zajrzałam oczywiście również na półkę z książkami dotyczącymi samorozwoju i doszłam do wniosku, że większość z nich powiela te same treści, coraz częściej w komercyjny sposób, czyli taki, jaki zupełnie mi nie leży. W literaturze, oprócz treści, doszukuję się również piękna, plastyczności słowa, przestrzeni pozostawiającej margines na własną refleksję. Większość pozycji to teksty w postaci poradników z zaznaczonymi wyraźnie nagłówkami, a sam zawarty w nich przekaz uproszczony do granic możliwości. Jak zauważyłam, większość autorów to youtuberzy prezentujący pisemnie wypowiedziane wcześniej w podcastach zdania. Jest w nich jakiś sens, i owszem, ale ja szukam zdecydowanie czegoś innego.
Nie znalazłam niestety polecanej mi przez Kali książki pt. Cały ten błękit Mélissy Da Costy, a chciałam ją mieć w wersji papierowej. I trochę spanikowałam, bo ferie za pasem, a ja nie jestem na nie przygotowana 😅 Nic to, zamawiam buczka.
Polecicie coś dobrego?
Od dziecięcia własnego dziś dostałam, więc się chwalę 😀 Napis robi robotę!
Ja jestem ZACHWYCONA 😍
Czytam teraz książkę, na zakup której zdecydowałam się po recenzji Ziębuszki. Ostatecznie dostałam ją w prezencie urodzinowym – nie ukrywam, że na własne życzenie 😀 Lektura jej to fascynująca podróż przez lata życia Curie-Skłodowskiej. Mnóstwo fragmentów zatrzymało mnie na dłużej, ale jeden z nich wędruje ze mną już trzeci dzień:
Zasada numer jeden:
nigdy nie dać się podporządkowywać ludziom lub sytuacjom.
(Barbara Goldsmith, Geniusz i obsesja. Wewnętrzny świat Marii Curie)
Ujęła mnie treść tej zasady. Stosowanie jej we własnym życiu, częściej bardziej nieświadomie niż świadomie, skutkowało skrajnymi efektami. Albo wychodziłam na tym bardzo dobrze, albo bardzo źle. Niezależnie jednak od rezultatu, myślę, że warto było stawać przy swoim, szczególnie że często, chyba zbyt często w swoim życiu, trwałam w roli osoby podporządkowanej. Jakaś siła jednak pchała mnie do walki o siebie, i chociaż często musiałam zapłacić za nią wysoką cenę, pozwoliło mi to zachować wewnętrzną suwerenność. Dużo pracy przede mną, zanim osiągnę poziom, jaki by mnie satysfakcjonował. Najważniejsze jednak to się nie poddawać.
Czy warto przeczytać tę książkę?
Tak! Warto!
Wszystkie małe stworzenia śniły o wiośnie.
Ale do wiosny było dość daleko,
bowiem Nowy Rok minął dopiero co.
(Tove Jansson, Zima Muminków)
Jakoś specjalnie mi ta zima nie przeszkadza. Widok za oknem magiczny i taki właśnie o tej porze roku być powinien. Zwierzęta wypuszczone do ogródka ochoczo tarzają się w śniegu – wyraźnie widać, że sprawia im to przyjemność. Nie mogę się jednak doczekać wiosny. Prac w ogródku i widoku rozkwitających roślin. Zżera mnie ciekawość, czy drzewka, które zasadziłam późną jesienią, się przyjmą. A bardzo bym chciała, żeby tak było.
Shrek by powiedział:
To sobie jeszcze poczekasz.
To sobie poczekam.
Obchodziłam dziś kolejne urodziny. W sposób mało spektakularny. I tak chyba lubię najbardziej. Byłam w kontakcie z najbliższymi mi osobami i dostałam od nich mnóstwo pięknych życzeń, które na pewno się spełnią. Wszystkie są dla mnie ważne, ponieważ pochodzą od ważnych dla mnie ludzi. Jedne były od Synka Wilku i mają dla mnie ogromne znaczenie chyba dlatego, że w nim samym jest coś wyjątkowego. Posiada ponadto talent językowy, co stwierdzam po przesyłanych mi historyjkach z jego udziałem, w których dokonuje akrobacji słowotwórczych.
Ostatnio na przykład, gdy Wilku opowiadała mu o dziejach swojej rodziny, a swoją opowiastkę zakończyła słowami: "I tak zamieszkaliśmy z moimi dziadkami", Synek odparł:
A moimi pradziadkami – i zwracając się do taty – a twoimi PRATEŚCIAMI
Rozczulił mnie, tworząc tę formę wyrazową. Jak dla mnie to majstersztyk słowotwórczy! Trzeba mieć niezłą wyobraźnię, żeby coś takiego wymyślić. Prateściowie? W życiu bym na to nie wpadła!
Zamieszczam kilka skierowanych do mnie życzeń, żeby nabrały mocy.
Samej sobie życzę POZOSTANIA SOBĄ. Żadnych masek, żadnych ról. Oczywiście utrwaliłam tę myśl, słuchając przez pół dnia piosenki Magdy Umer. Bo jakżeby inaczej!
Dostrzegacie zabawę słowami w tym utworze, ich dwuznaczność?
To coś na miarę możliwości Synka 😁
Szykujemy się do snu 😀 Pamiętam taki okres z naszego życia, kiedy łóżko małżeńskie było łóżkiem rodzinnym. A teraz jak najlepiej byłoby je nazwać? Międzygatunkowe? A może wciąż rodzinne 😅
Jest, jak jest.
I nic tego nie zmieni. Jedyne, co możemy, to żyć w zgodzie ze sobą.
Czy to się nazywa akceptacja rzeczywistości?
Dzisiaj rano naszła mnie refleksja, że wyrażenie „zima zaskoczyła” jest w zasadzie dwuznaczne.
1. Zaskoczyła, jak zaskoczyć może silnik, który trudno było rozruszać. W ostatnich latach przecież zimy coraz mniej, a w tym roku wreszcie zaskoczyła. Śniegu po kolana. I nawet nie trzeba klękać 😅
2. Zaskoczyła jako coś niespodziewanego. Kto by się zresztą spodziewał zimy zimą 😅
"Nie jestem ważna". Do takiego wniosku doszłam po przeanalizowaniu wszystkich ataków skierowanych w moją stronę w grudniu. A było ich naprawdę sporo. Jakby wszechświat chciał mi powiedzieć: "Sprawdzam cię". Począwszy od drobnych pstryczków w nos, a skończywszy na poważnym działaniu hakerskim, które całkiem sporo namieszało w moim życiu. Ten ostatni atak to przejęcie konta na Facebooku i adresu mejlowego, co skutkowało całkiem poważnymi konsekwencjami i wymusiło szereg działań służących ochronie.
Elementem łączącym wszystkie nieprzyjemne zdarzenia było to, że wydarzyły się publicznie. Nie w ukryciu, w konfrontacji jeden na jeden, ale właśnie publicznie. I za każdym razem zmusiło mnie do przyjęcia jakiejś postawy – z reguły obronnej. W żadnym przypadku jednak nie był to odwet, tylko ochrona siebie, do której dałam sobie prawo. Kiedy koleżanka z pracy podczas spotkania towarzyskiego próbowała mnie ośmieszyć, wyciągając na forum jakieś dawne zdarzenie i chcąc podbudować w ten sposób samą siebie, powiedziałam STOP. Jasno i wyraźnie. Co ciekawe, wszystkie podobne zdarzenia niszczyły atmosferę, która z założenia miała być miła i przyjemna.
Innym elementem wspólnym było to, że każda z sytuacji mogła mnie ośmieszyć i nadszarpnąć mój wizerunek. Do tego jednak nie doszło, na pewno nie w moich własnych oczach, ponieważ zorientowałam się, że nie chodzi przecież o mnie, ale o osoby, które były inicjatorami tamtych zdarzeń. Ktoś – zakładam, że nieświadomie – próbował moim kosztem umocnić się w przekonaniu, że wciąż jest młody i atrakcyjny, ktoś inny udowodnić sobie, że to inni popełniają błędy – nigdy on sam – przerzucając winę na mnie. Ktoś inny jeszcze potrzebował chyba poczuć kontrolę nad czyimś życiem, dlatego przejmując moją tożsamość, "naubliżał" (zapisuję w cudzysłowie, ponieważ jego starania okazały się płonne) moim współpracownikom.
"Jestem autorką" treści zapisanych na zielonym tle.
Wszystko, czego doświadczyłam, doprowadziło mnie do wniosku, że relacje międzyludzkie to jedna wielka projekcja, dlatego w sytuacjach, kiedy przydarza nam się coś przykrego, powinniśmy zadać pytanie: "Czy na pewno chodziło o mnie?". I jestem pewna, że z reguły odpowiedź byłaby przecząca. Te wszystkie historie pozwoliły mi sięgnąć w głąb siebie i dostrzec symptomy uzdrowienia. Człowiek, który jest na początku drogi, w obliczu podobnych zdarzeń czuje się skrzywdzony, na etapie końcowym natomiast widzi złożoność interakcji. Nawet wtedy, gdy rzeczywiście został zraniony, patrzy na zjawisko z zupełnie innej perspektywy. Nie pyta już, dlaczego ktoś wyrządził mi krzywdę, ale: "Co spowodowało, że do tego doszło?".
Jaki w tym, co się wydarzyło, był mój udział?
Z jakiego powodu pozwoliłam się źle potraktować?
Jakie nieuświadomione mechanizmy mną powodowały?
Moi Drodzy, wszyscy projektujemy, ponieważ wszyscy próbujemy coś w sobie przepracować. I choć z reguły nie zdajemy sobie z tego sprawy, warto pochylić się nad źródłem zachowań naszych czy człowieka, z którym wchodzimy w interakcję. Zwykle okaże się, że w sytuacjach, gdy ktoś sprawił nam przykrość, wcale nie chodziło o nas, a w sytuacjach, kiedy to my zachowaliśmy się nie w porządku, o tę drugą osobę.
Zastanawiałam się nad tym, z czym wkraczam w nowy rok. Chyba siłą rzeczy, ponieważ ten okres nastraja do przemyśleń na temat miejsca w życiu. Przejrzałam wpisy z tego okresu z ubiegłego roku i zauważyłam od razu, jak wiele się we mnie zmieniło. Może dojrzałam, to na pewno, ale też poukładałam sobie w głowie kilka ważnych spraw, co zaowocowało głębokim spokojem i może nawet nudą, przed którą cały czas staram się wzbraniać. Częściej dokonuję świadomych wyborów, a coraz rzadziej działam impulsywnie, pod wpływem mechanizmów, jakie dawniej kierowały moim życiem. Myślę, że nie jest idealnie, ale idealnie być przecież nie może, więc cieszę się z każdego, nawet najmniejszego, osiągnięcia i widzę jednocześnie, nad czym jeszcze powinnam popracować. Jak już napisałam wcześniej, otwieram się na nowe, które, czy tego chcę, czy też nie, zjawi się w moim życiu tak samo jak w życiu każdego innego człowieka. Tego jestem pewna i wiem też, że na pojawienie się większości spraw nie będę miała żadnego wpływu, będę go natomiast miała, gdy trzeba będzie zareagować. To właśnie ona, reakcja, będzie moim wyborem. I niekoniecznie zawsze podejmę właściwą decyzję, ale na pewno zawsze postaram się, by była ona świadoma, pamiętając, że każda pociąga za sobą konsekwencje, na które trzeba będzie się nastawić. I wziąć odpowiedzialność.
Odczuwam wdzięczność za wszystko, co wydarzyło się w przeciągu minionego roku. Nie zawsze były to miłe i oczekiwane zdarzenia, czasami nawet postąpiłam nie tak, jakbym chciała, ale wszystkie czegoś mnie nauczyły. Dostrzegłam na przykład, że alergicznie reaguję w sytuacjach, gdy ktoś próbuje dowartościować się moim kosztem. Wtedy reaguję z całą mocą, jaką mam w sobie. Uczyłam się tego przez lata, a teraz przyszło samo, co oznacza prawdopodobnie, że skutecznie wyzwoliłam się z roli ofiary. Jeszcze trochę wody musi upłynąć, zanim podobne doświadczenia się skończą.
Niech nowy rok okaże się dobry.
Całkiem niedawno, bo już po świętach, Ziębuszka podzieliła się ze mną metrową historyjką. Króciutką, ale ciepłą i zachwycającą. Muszę ją tu mieć.
[...] To było mgnienie, głównie słuchowe, potem się obejrzałam. Usłyszałam: "Dziękujemy, pociągu". To na pewno. A potem chyba jeszcze: "Za drogę", nie jestem pewna. Chłopczyk, bardzo mały, z mamą za rączkę. Dla mnie król [...].