Cały ten błękit pochłonął mnie bez reszty. Główni bohaterowie, nieznający się przed podróżą ludzie, wyruszają razem w długotrwałą, górską wędrówkę, która, jak się okazuje, staje się metaforą podróży w głąb siebie. Wymagającą, trudną, ale przede wszystkim zaskakującą. Na początku ich wspólnej drogi Joanne zaopatruje ich oboje w notesy, zanim jednak pojawia się w nich pierwszy wpis, kobieta przytacza słowa Konfucjusza:
Największym podróżnikiem jest ten,
kto umiał kiedyś odbyć podróż w głąb siebie.
Émile rozumie ich sens i postanawia, że umieści je na stronie tytułowej swojego notesu. W czasie wędrówki wraca myślami do zdarzeń z przeszłości, które były dla niego trudne, i orientuje się wreszcie – uświadamia mu to Joanne, przytaczając słowa Prousta – że:
Prawdziwa podróż odkrywcza nie polega na poszukiwaniu
nowych lądów, lecz na nowym spojrzeniu.
Bohater analizuje więc słowa i zdarzenia z przeszłości, przetwarza je i dociera do miejsca w sobie, jakiego istnienia chyba się nie spodziewał:
Nigdy wcześniej nie doświadczył takiego poczucia spełnienia i wdzięczności wobec Wszechświata. Owszem, umrze, ale jest tu dziś wieczorem i zrozumiał mnóstwo rzeczy. Nie jest do końca pewien, ale ma wrażenie, że właśnie sobie wybaczył.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz