Słabo opanowałam wczorajszy wieczór, jeszcze słabiej dzisiejszy poranek. Czego zresztą się spodziewać po prawie nieprzespanej nocy, w czasie której starałam się ogarnąć życie złożone z zadań – tak, tych, które muszą być przecież gotowe na wczoraj. To nic, że nie lubi mnie komputer, który demonstruje swoją niechęć, zawieszając się w końcówce referatu i gubiąc mój wysiłek w czeluściach procesora czy dysku.
Trzeba było zapisać. No trzeba było zapisać! „Save, save” – powtarzam teraz w myślach, tylko że wczoraj przycisk „save” jakoś nie wpadł mi w oczy. Ostatnia deska ratunku – kto mnie zna, ten wie – chłonie życie w Barcelonie. Właśnie teraz, właśnie wczoraj. Och, jaki pech.
Lekcje też są wredne. Nie chciały przygotować się same i pożarły większość czasu przeznaczonego na sen.
Rano mogłabym się zatroszczyć o rzecz tak prozaiczną jak jedzenie – codziennie przecież sobie to powtarzam – gdyby tylko starczyło na to czasu. Klops.
Ale, ale…
Jeśli nie zatroszczysz się o jedzenie, ono zatroszczy się o ciebie.
Wchodzisz do pracy, rozsiadasz się na swoim ulubionym miejscu i przecierasz oczy, uszy ze zdumienia (do wzruszenia się nie przyznajesz), bo jedzenie wpada ci w ręce. Potem w paszczę.
Elegancja-Francja. Raczej Włochy. Muchas gracias, makaroni tortellini ze szpinakiem. Pasta Amore delikati smakowiti od Bezy.
Ale że dla mnie?
Jedzenie mnie lubi, troszczy się o mnie. Ludzie mnie lubią, troszczą się o mnie.
I chciałabym tylko powiedzieć, że… DZIĘKUJĘ!