poniedziałek, 28 sierpnia 2023

relacja

Siedzimy sobie z psem w ogródku – ja na huśtawce, on tuż przy mnie na fotelu, zwinięty w puszysty kłębek. Powoli zanosi się na deszcz, dlatego łapczywie chwytamy ostatnie promienie dzisiejszego słońca. Otula nas ciepły wiatr i widok dojrzewających malin, które obudziły się na dobre dopiero teraz – uparcie i zbiorowo czerwienieją.

– Fajny z ciebie zwierz – mówię i czochram go po głowie, dając wyraz sympatii i zaangażowania w relację.

A ten nic. Pomerdał tylko ogonem i rozłożył się do góry brzuchem. Jak placek na patelni.

– Powiedz, jak ci minął dzień? – pytam.

A ten nic, więc dodaję, by podtrzymać konwersację: 

– Mój był taki sobie, trochę ciężki – mówię zgodnie z prawdą.

Zagaduję i już sama nie wiem, co mam robić, co mam o tym wszystkim myśleć. Pies wciąż milczy. Wskoczył tylko na huśtawkę, oparł głowę na moich udach i oddycha spokojnie. 
I to ma być relacja? Ja się pytam?



niedziela, 27 sierpnia 2023

śladem wieszcza

spojrzał na niego
oczyma zmarniałej duszy
jak stojąc na górze Mont Blanc
wyrzucał w przestrzeń górnolotne słowa 
rozczarowany światem i ludźmi
posąg człowieka na posągu świata

jak żyć, Kordianie?
zapytał drżącym głosem 
chcąc znaleźć sens w bezsensie
w codziennych dążeniach na oślep
gdy przeszłość depcze po piętach
i gubi w czeluściach miasta

spojrzał zapytał zapłakał
stojąc bezwstydnie na skraju
psychicznej wytrzymałości
on – człowiek 
marionetka w rękach dawnych ran

poniedziałek, 21 sierpnia 2023

niepamięć

Nie pamięta, jak wyszła z czeluści mroku na świat. Nikt nie pamięta. Próbuje czasami przypomnieć sobie tę chwilę, dlatego widzi oczami duszy, jak matka wyciąga do niej ręce, by utulić w ramionach zrodzoną do życia bezbronną kruszynę. Musiała poznać wtedy miłość, troskę, ciepło matczynego ciała i bezpieczeństwo. Musiała. Czy można tęsknić za czymś, czego się nie zna? Ptak, który śpiewa w klatce, musiał się w niej urodzić, nie mógł poznać innego życia – w przeciwnym razie tęskniłby w milczeniu za utraconą wolnością.

Na świat przyszła zupełnie naga, niczego więc nie można było jej zabrać. Dano jej pokarm, ubranie i dach nad głową. Żyła, by brać. I brała pełnymi garściami. A jednak kiedyś, gdy była naga, zabrano jej ufność. Oblekł ją smutek i wciągnął w potworny, ciasny tunel, by karmić się słabością ciała. Ten sam smutek bywa wygodny i sprzyja lenistwu. Można w nim utknąć na tysiąclecia.
Tęskni, choć nie pamięta. Próbuje załatać powstałą pustkę skrawkami przyjemnych doznań, czyniąc z nich substytut najdroższej czułości, która słucha, wciąż czeka i wzmacnia. Próbuje wierzyć w zamysł wszechświata i sens swojego istnienia, które nie jest ani trochę więcej warte od istnień straconych nagle podczas wojen i tych, w których wciąż tli się życie. Warte nie mniej, nie więcej od innych. Dlaczego potrafi docenić wartość każdego życia, choć swoje własne postrzega jak piąte koło u wozu, co sprawia, że wciąż czuje się nieproszonym gościem wzdychającym do czegoś, czego nie umie sobie przypomnieć?
Może czas przywróci jej pamięć. Pamięta zapach papierówek w babcinym sadzie, odgłosy wiejskich zwierząt i krowi ząb, który wbił jej się w duży palec, gdy brodziła boso w ciepłym, mętnym stawie – po raz pierwszy i po raz ostatni. Od tamtej pory nie wchodzi do wody, gdzie nie widać dna. Zapach lata i jego wspomnienie koi zmysły, przywraca błogi spokój, dlatego często wraca myślami do czasów sprzed lat, gdy gołymi stopami przemierzała bezkresne w jej odczuciu pola, których ścieżki prowadziły do szczęścia. Było ono wówczas uchwytne i wręcz materialne, choć całkiem bezkształtne. Trzymała je w garści, jak trzyma się zerwane z polnego krzaka maliny, i czuła łaskawość świata w każdym kawałku własnego ciała.
Poznała dobro. Przyszło od obcych ludzi w postaci wspierających słów, czułych gestów, ich obecności. Było go wiele, bardzo wiele, aż trudno czasami je udźwignąć. Nosi je jednak w bagażu wspomnień, by mogło być tratwą, gdy znów zacznie tonąć lub zechce schować się w ciemnej norze przed życiem, w czasie którego zamiast mądrości zdobyła doświadczenie.
Uczy się nadziei i wiary od strudzonych codziennością osób znających smak cierpienia, żalu, lęku, lecz przede wszystkim radości, jaką wyrażają działaniami i sztuką, rozjaśniając w ten sposób barwy świata. Tworzą piękno, znają do niego drogę, choć nieobca jest im droga do bólu.
Zna ludzi wierzących w prawdziwą miłość i słyszy czasami:
– Pamiętaj, bardzo cię kocham – sens i ciepło tych słów są niczym przebłysk pamięci.
Czy miłość wyciągnie po nią ręce, gdy nastąpi kres? Gdy wróci w czeluści nieznanego mroku?

niedziela, 20 sierpnia 2023

słowo

gdy słowo nie ciałem się stało
a drzazgą w sercu i bólem
zaufaj swej intuicji
ona cię nigdy nie myli

zgnieć w ręce raniące słowo
rzuć nim w kierunku ciała 
bez serca
niech wróci szybko skąd przyszło

(20 sierpnia 2023)

Pierwsza komunia

Małgosia żarliwie przygotowywała się do pierwszej komunii świętej i wszystko, co padło wtedy z ust siostry Samueli, przyjmowała nie tylko z uwagą i zaangażowaniem, ale przede wszystkim z wdzięcznością i pokorą. Pokora, co prawda, pojawiła się na skutek zebranych od matki razów zaraz po tym, jak dziewczynka z pełną stanowczością oznajmiła pewnego wieczoru: 

– Nie przystąpię do komunii – tworząc wcześniej bilans strat i zysków związanych z całym przedsięwzięciem. 

Mała nie pochodziła z bogatej rodziny, dlatego po przyjęciu sakramentu mogła się co najwyżej spodziewać prezentu w postaci długopisu z zegarkiem albo z kalkulatorem, o czym, jak sobie dobitnie uświadomiła, ani trochę nie marzyła. Wysiłek, jaki musiałaby włożyć w przygotowania do sakramentu – regularne, przedłużające się spotkania w kościele i nauka długich katechizmowych regułek – w ogóle jej się nie opłacił. 

– Że co? – wrzasnęła matka bez chwili zawahania. 

– Nie przystąpię do komunii – powtórzyło dziecko. 

– Ja ci zaraz dam, nie przystąpię do komunii! 

Tej kalkulacji Małgosia niestety nie przeprowadziła, dopiero ilość obolałych i zasinionych miejsc na jej ciele uzmysłowiła jej bezsensowność własnego sprzeciwu. Od tamtej pory, biorąc sobie do serca każde słowo zakonnicy, stała się najpokorniejszą chyba spośród wszystkich dzieci kandydatką. Jakoś w głębi siebie czuła, że musi i sobie, i wszystkim wokół udowodnić, że godna jest przyjęcia ciała Chrystusa. 

Próbowała odpokutować wszystkie przeszłe, teraźniejsze i nawet przyszłe winy, dlatego uczestniczyła nie tylko w niedzielnych mszach świętych, ale też w sobotnich wieczornych nabożeństwach. Żegnała się, przechodząc obok kościoła, i zawsze starała się pamiętać o codziennej modlitwie, w czasie której wypowiadała po cichu słowa wyuczonych na pamięć religijnych tekstów. Jeśli z jakiejś przyczyny zapomniała o swojej powinności, od razu przed oczami stawał jej obraz matki z uniesioną nad głową dziewczynki ręką i natychmiast klękała, by wywiązać się ze zobowiązania. 

Rachunek sumienia przed pierwszą spowiedzią, do której Małgosia skrupulatnie się przygotowała, uwidocznił obraz żałosnej kondycji duchowej dziecka, dlatego klęcząc przy konfesjonale, na jednym wdechu, w nieprzyzwoitym pośpiechu, wymieniła wszystkie swoje grzechy: 

– Kłamałam, biłam się z siostrą, nie słuchałam mamy, źle mówiłam o koleżance z klasy, śmiałam się z brata, nie sprzątałam pokoju. 

Później wstała najszybciej, jak tylko się dało, i z trudem, z zawrotami głowy dobiegła do ławki, w której odprawiła pierwszą pokutę. 

Na jednej z lekcji religii – niedługo przed sakramentem – dowiedziała się, że dziewczynka nie ma nic cenniejszego od własnego dziewictwa. 

– Absolutnie nic! – zaakcentowała siostra – To dziewictwo gwarantuje szacunek, uznanie i prawdziwą miłość. Chłopcy – ciągnęła dalej zakonnica – w wieku dojrzewania adorują z uwielbieniem dziewczyny gotowe im się oddać, ale gdy planują założyć rodziny, szukają kobiet nietkniętych, bo w parze z czystym ciałem idzie czyste serce. 

Wryły się te słowa w brudne serce dziewczynki. Pełna pokory uklękła w kościele, otworzyła usta i cicho, cichuteńko, z poczuciem winy i wstydu, z przekonaniem, że nie zasługuje na przyjęcie komunii, powiedziała: 

– Amen.

czwartek, 10 sierpnia 2023

łososiowy kac

W Biedronce, do której najczęściej chodzę, jest dział mięsny – stoisko z produktami na wagę rodem z PRL-u. Czeka się w kolejce na swoją kolej, później komunikuje werbalnie ze sprzedawczynią/sprzedawcą i otrzymuje się to, o co się prosi. Zwykle za dużo.

– Poproszę trzydzieści deko polędwicy łososiowej – mówię jak zwykle.

– Może być trzydzieści osiem deko? – pyta pani, kładąc wędlinę na wagę.

– Tak, dziękuję.

Nie chce mi się liczyć, jaki procent stanowi nadwyżka, nie chcę też tracić czasu na zbędne fatygi, dlatego biorę pakuneczek i znikam. Zresztą i na nadwyżki są sposoby. Czasami, gdy chcę kupić trzydzieści deko wędliny, proszę o dwadzieścia albo dwadzieścia pięć i otrzymuję mniej więcej tyle, ile potrzebuję. Już dawno doszłam do wniosku, że system zakupów samoobsługowych, owoc moich czasów i może też kapitalizmu, to odpowiedź na moje pragnienia. Nigdy nie wątpiłam, że marzenia się spełniają – samoobsługowe kasy, paczkomaty, bankomaty, parkomaty, kawomaty – to wszystko dla mnie, to spełnienie moich marzeń! Szerokim łukiem omijam małe butiki, w których uprzejme panie biegną z pomocą, gdy tylko przekroczy się próg.

– Pomóc w czymś? Doradzić może? – pytają niezwykle miło.

– Nie, dziękuję – odpowiadam grzecznie, obracam się na pięcie i znikam.

Opracowałam już nawet system unikania sklepów, w których cały personel skłania się ku temu, żeby człowiekowi pomóc. Zaczajam się przed wejściem, łypię najpierw okiem na to, co mi się podoba, później na sprzedawczynię, żeby określić jej intencje, i kiedy mój wzrok spotyka się z jej wzrokiem, omijam sklepik, mówiąc do siebie:

– Ta spódnica wcale nie jest taka ładna.

Te panie zawsze się zdradzają osaczającym spojrzeniem, które stanowi dla mnie jasny sygnał: NIE WCHODZIĆ! 

Tak, ja też jestem produktem dzisiejszych czasów, nie tylko system samoobsługowy, i wcale mnie to nie martwi. Wyjazdy w góry organizuję za pomocą znanej chyba wszystkim strony internetowej. Wystarczy kliknąć parę razy i gotowe: parking, bliskość szlaków, aneks kuchenny, akceptowane zwierzęta. Załatwione. Trzeba tylko zdobyć się na wysiłek związany z bezpośrednim kontaktem z wynajmującym przy odbiorze kluczy, ale góry (no ba! góry!) warte są tego wysiłku. Jestem na niego przygotowana. Ostatnio jednak – ku mojej uciesze – właściciel wynajmowanego przeze mnie apartamentu miło mnie zaskoczył. 
Z trasy – zgodnie z umową – wysyłam wiadomość:

JA
„Dzień dobry! Będę za godzinę. Pozdrawiam"

PAN
„Dzień dobry! Proszę się odezwać, jak będzie Pani na miejscu”

Podjeżdżam pod bramę, wyjmuję telefon i zamiast zadzwonić, idę na łatwiznę:

JA
„Jestem już przed bramą”

PAN
„Kod do bramy: 4567#
Proszę zaparkować na miejscu nr 2.
Koło kontenera na śmieci, po lewej stronie, znajduje się skrzynka z kluczykami. Kod do skrzynki: 2343#
Kluczyki do mieszkania nr 23. Kod do klatki: 9878#
W momencie wyjazdu proszę zostawić klucze w skrzynce.
Miłego pobytu!”

JA
„Dziękuję”

Po krótkiej chwili uświadamiam sobie, co się właściwie stało, dlatego z entuzjazmem wysyłam jeszcze jeden SMS:

JA
„Stokrotne dzięki!”

PAN
😊
Co za styl! Co za klasa! Na pewno jeszcze tam wrócę.

Widocznie polędwica łososiowa warta jest wysiłku, jaki muszę włożyć, żeby ją zdobyć. Tak! Zdecydowanie jest warta, w przeciwnym razie nie zdobywałabym się na trud długiego stania w kolejce, która potrafi czasami zabrać nawet kilkadziesiąt minut życia.

Tak było też tamtego dnia. Kolejka na kilometr, chociaż wybrałam się na zakupy o właściwej porze – tj. wtedy, gdy jest zwykle najmniej ludzi. Przypuszczam, że liczba ekspedientek dostosowana jest do nasilenia ruchu –  czysta kalkulacja i zysk – dlatego przy stoisku stały wtedy dwie panie. Młoda kobieta z około dwuletnim dzieckiem stojąca przede mną w kolejce najpierw nerwowymi ruchami, przestępując z nogi na nogę i wiercąc głową ze zniecierpliwieniem, a później też słownie ujawniała swoją frustrację.

– Widzisz – zwróciła się do męża, który właśnie do niej podszedł – Mała się nudzi, a tym babom w ogóle się nie spieszy. Zobacz, jak ona długo obsługuje jedną osobę. Tylko zobacz – zmierzyła pogardliwym wzrokiem jedną z ekspedientek, żeby było jasne, kto jest wszystkiemu winien – Chyba wiadomo, że małe dziecko długo w takiej kolejce nie ustoi. No nudzi się! Zobacz, jak się nudzi – powtórzyła i wzięła dziecko na ręce.

Mała rzeczywiście wyglądała na zniecierpliwioną i niepewną. Dziecko bawiło się wcześniej zawartością koszyka, przekładało nagromadzone w nim produkty, z ciekawością spoglądało na półki w sklepie, z których, jak się domyślam, gdyby tylko mogło, dołożyłoby jeszcze kilka rzeczy, ale kiedy mama je podniosła, żeby wyeksponować narastającą w latorośli nudę, zaczęło wykonywać znane mi dobrze ruchy. Wyginanie ciałka w łuk do tyłu – zawsze myślałam, że ten gest oznacza: POSTAW MNIE NA ZIEMI.

– Przepraszam – tonem nieznoszącym sprzeciwu, walcząc z wyrywającym się z rąk dzieckiem, kobieta zwróciła się do ekspedientki – Nie może pani szybciej obsługiwać? I dlaczego ta druga pani nie obsługuje, tylko wykłada towar? Chyba widzi pani, że dziecko się nudzi.

– Niestety – odparła grzecznie sprzedawczyni – Taki mamy podział obowiązków.

– A nie można było tego towaru wyłożyć wcześniej? – ze złością w głosie dopytała kobieta, nerwowo potrząsając wyrywającym się z objęcia dzieckiem.

– Daj, ja ją wezmę – zaproponował mąż.

– Nie – odburknęła nieprzyjemnie – Ja ją trzymam, ty idź po ser. Nie można było wyłożyć wcześniej? – tym razem zwróciła się do drugiej pani.

– Niedawno zaczęłam pracę.

– To trzeba było przed pracą przyjść i wyłożyć. Wtedy nie byłoby tej całej szopki.

Zatrudnione panie niestrudzenie wykonywały pracę, jaka do nich należała – jedna obsługiwała klientów, druga wykładała towar, jedna posmutniała, druga zamroziła wszystkie uczucia i machinalnie wykonywała wszystkie konieczne działania.

– O pierwszej w nocy trzeba było przyjść – podnosząc głos, dodała kobieta z dzieckiem na ręku – Wtedy może wywiązywałyby się panie ze swoich obowiązków. Ja też pracowałam i nikogo nie obchodziło, jak ja się czuję, praca musiała być wykonana i już.

– Przestań – wkładając ser do koszyka, powiedział mężczyzna ściszonym głosem.

– Ja mam przestać? – kobieta wybuchła teraz w stronę męża – To one niech przestaną obijać się w pracy. Czy tak trudno zrozumieć, że dziecko się nudzi?

– Uspokój się, proszę – szepnął mąż. Jego twarz zrobiła się czerwona.

– Idź po szampon – w odpowiedzi rozkazała żona, po czym, gdy mężczyzna odszedł, wylała z siebie hektolitry zalegającej w jej wnętrzu goryczy – Przyjeżdżacie do Polski, zabieracie nam pracę, wykręcacie się wojną, żerujecie na naszej dobroci, wszystko dostajecie na tacy, zamiast ciężko na to zapracować. Ubrania, jedzenie, lokum. Kto nam za to podziękuje?

– Czego właściwie pani ode mnie oczekuje? – zapytała obsługująca klientów, posmutniała ekspedientka, która wcześniej wyraźnie stroniła od rozmowy.

– Szacunku! – powiedziała kobieta, jakby chciała krzyknąć „eureka” – Zwykłego szacunku!

Kiedy mąż pojawił się z szamponem, kobieta nadal była poirytowana i wciąż potrząsała wyrywającym się z jej rąk dzieckiem.

– Nie było z miętą? – zapytała z pretensją.

– Ja wolę cytrynowy – mężczyzna próbował bronić swojego zdania.

– Wolimy z miętą – jasno wyraziła się kobieta – Przecież już o tym rozmawialiśmy. Cytrynowy jest jak płyn do mycia naczyń. Zobacz – powiedziała, zmieniając temat, i ostentacyjnie skierowała wzrok w stronę ekspedientki – Nie zmienia rękawiczek po każdym kliencie. Ty to widzisz? Jak przyjdzie moja kolej, powiem jej, żeby zmieniła.

– Nie czepiaj się – mąż próbował wyciszyć żonę, ale jego słowa jeszcze bardziej ją rozwścieczyły.

– Ja się czepiam? – zdenerwowała się kobieta – Tylko zobacz! To niehigieniczne. Na pewno nie kupię wędliny dotykanej brudnymi rękawiczkami – zamilkła na moment, by za chwilę dodać – Nie, ja nie powiem, że ma zmienić rękawiczki. Ty to zrobisz.

– Przestań, proszę – syknął cicho mężczyzna i pełen rezygnacji rozłożył ręce.

– Stój! – powiedziała ostro, gdy mąż zaczął się oddalać. Szarpnęła go za ramię, żeby nie pozwolić mu odejść, i dodała – Stój i powiedz. Niech wie, że nie tylko ja widzę, co ona robi – później wzięła głęboki oddech, zamarła na chwilę i odwróciła się w stronę wyjścia – Idziemy! Nigdy więcej tu nic nie kupię. Nie pozwolę się tak traktować!

Kiedy małżonkowie z dzieckiem podążyli w kierunku kas, przyszła kolej na mnie.

– Poproszę trzydzieści deko polędwicy łososiowej – powiedziałam, czując głęboki wstyd. Ja. Polka.

– Może być trzydzieści pięć deko? – zapytała pani, kładąc wędlinę na wagę.

– Tak, oczywiście – odparłam przesiąknięta bólem, zażenowaniem, pretensją i złością do siebie, że nie reagowałam – Bardzo pani dziękuję.

Od tamtej pory polędwica łososiowa staje mi w gardle.

(10 sierpnia 2023)