W Biedronce, do której najczęściej chodzę, jest dział mięsny – stoisko z produktami na wagę rodem z PRL-u. Czeka się w kolejce na swoją kolej, później komunikuje werbalnie ze sprzedawczynią/sprzedawcą i otrzymuje się to, o co się prosi. Zwykle za dużo.
– Poproszę trzydzieści deko polędwicy łososiowej – mówię jak zwykle.
– Może być trzydzieści osiem deko? – pyta pani, kładąc wędlinę na wagę.
– Tak, dziękuję.
Nie chce mi się liczyć, jaki procent stanowi nadwyżka, nie chcę też tracić czasu na zbędne fatygi, dlatego biorę pakuneczek i znikam. Zresztą i na nadwyżki są sposoby. Czasami, gdy chcę kupić trzydzieści deko wędliny, proszę o dwadzieścia albo dwadzieścia pięć i otrzymuję mniej więcej tyle, ile potrzebuję. Już dawno doszłam do wniosku, że system zakupów samoobsługowych, owoc moich czasów i może też kapitalizmu, to odpowiedź na moje pragnienia. Nigdy nie wątpiłam, że marzenia się spełniają – samoobsługowe kasy, paczkomaty, bankomaty, parkomaty, kawomaty – to wszystko dla mnie, to spełnienie moich marzeń! Szerokim łukiem omijam małe butiki, w których uprzejme panie biegną z pomocą, gdy tylko przekroczy się próg.
– Pomóc w czymś? Doradzić może? – pytają niezwykle miło.
– Nie, dziękuję – odpowiadam grzecznie, obracam się na pięcie i znikam.
Opracowałam już nawet system unikania sklepów, w których cały personel skłania się ku temu, żeby człowiekowi pomóc. Zaczajam się przed wejściem, łypię najpierw okiem na to, co mi się podoba, później na sprzedawczynię, żeby określić jej intencje, i kiedy mój wzrok spotyka się z jej wzrokiem, omijam sklepik, mówiąc do siebie:
– Ta spódnica wcale nie jest taka ładna.
Te panie zawsze się zdradzają osaczającym spojrzeniem, które stanowi dla mnie jasny sygnał: NIE WCHODZIĆ!
Tak, ja też jestem produktem dzisiejszych czasów, nie tylko system samoobsługowy, i wcale mnie to nie martwi. Wyjazdy w góry organizuję za pomocą znanej chyba wszystkim strony internetowej. Wystarczy kliknąć parę razy i gotowe: parking, bliskość szlaków, aneks kuchenny, akceptowane zwierzęta. Załatwione. Trzeba tylko zdobyć się na wysiłek związany z bezpośrednim kontaktem z wynajmującym przy odbiorze kluczy, ale góry (no ba! góry!) warte są tego wysiłku. Jestem na niego przygotowana. Ostatnio jednak – ku mojej uciesze – właściciel wynajmowanego przeze mnie apartamentu miło mnie zaskoczył.
Z trasy – zgodnie z umową – wysyłam wiadomość:
JA
„Dzień dobry! Będę za godzinę. Pozdrawiam"
PAN
„Dzień dobry! Proszę się odezwać, jak będzie Pani na miejscu”
Podjeżdżam pod bramę, wyjmuję telefon i zamiast zadzwonić, idę na łatwiznę:
JA
„Jestem już przed bramą”
PAN
„Kod do bramy: 4567#
Proszę zaparkować na miejscu nr 2.
Koło kontenera na śmieci, po lewej stronie, znajduje się skrzynka z kluczykami. Kod do skrzynki: 2343#
Kluczyki do mieszkania nr 23. Kod do klatki: 9878#
W momencie wyjazdu proszę zostawić klucze w skrzynce.
Miłego pobytu!”
JA
„Dziękuję”
Po krótkiej chwili uświadamiam sobie, co się właściwie stało, dlatego z entuzjazmem wysyłam jeszcze jeden SMS:
JA
„Stokrotne dzięki!”
PAN
„
😊
”
Co za styl! Co za klasa! Na pewno jeszcze tam wrócę.
Widocznie polędwica łososiowa warta jest wysiłku, jaki muszę włożyć, żeby ją zdobyć. Tak! Zdecydowanie jest warta, w przeciwnym razie nie zdobywałabym się na trud długiego stania w kolejce, która potrafi czasami zabrać nawet kilkadziesiąt minut życia.
Tak było też tamtego dnia. Kolejka na kilometr, chociaż wybrałam się na zakupy o właściwej porze – tj. wtedy, gdy jest zwykle najmniej ludzi. Przypuszczam, że liczba ekspedientek dostosowana jest do nasilenia ruchu – czysta kalkulacja i zysk – dlatego przy stoisku stały wtedy dwie panie. Młoda kobieta z około dwuletnim dzieckiem stojąca przede mną w kolejce najpierw nerwowymi ruchami, przestępując z nogi na nogę i wiercąc głową ze zniecierpliwieniem, a później też słownie ujawniała swoją frustrację.
– Widzisz – zwróciła się do męża, który właśnie do niej podszedł – Mała się nudzi, a tym babom w ogóle się nie spieszy. Zobacz, jak ona długo obsługuje jedną osobę. Tylko zobacz – zmierzyła pogardliwym wzrokiem jedną z ekspedientek, żeby było jasne, kto jest wszystkiemu winien – Chyba wiadomo, że małe dziecko długo w takiej kolejce nie ustoi. No nudzi się! Zobacz, jak się nudzi – powtórzyła i wzięła dziecko na ręce.
Mała rzeczywiście wyglądała na zniecierpliwioną i niepewną. Dziecko bawiło się wcześniej zawartością koszyka, przekładało nagromadzone w nim produkty, z ciekawością spoglądało na półki w sklepie, z których, jak się domyślam, gdyby tylko mogło, dołożyłoby jeszcze kilka rzeczy, ale kiedy mama je podniosła, żeby wyeksponować narastającą w latorośli nudę, zaczęło wykonywać znane mi dobrze ruchy. Wyginanie ciałka w łuk do tyłu – zawsze myślałam, że ten gest oznacza: POSTAW MNIE NA ZIEMI.
– Przepraszam – tonem nieznoszącym sprzeciwu, walcząc z wyrywającym się z rąk dzieckiem, kobieta zwróciła się do ekspedientki – Nie może pani szybciej obsługiwać? I dlaczego ta druga pani nie obsługuje, tylko wykłada towar? Chyba widzi pani, że dziecko się nudzi.
– Niestety – odparła grzecznie sprzedawczyni – Taki mamy podział obowiązków.
– A nie można było tego towaru wyłożyć wcześniej? – ze złością w głosie dopytała kobieta, nerwowo potrząsając wyrywającym się z objęcia dzieckiem.
– Daj, ja ją wezmę – zaproponował mąż.
– Nie – odburknęła nieprzyjemnie – Ja ją trzymam, ty idź po ser. Nie można było wyłożyć wcześniej? – tym razem zwróciła się do drugiej pani.
– Niedawno zaczęłam pracę.
– To trzeba było przed pracą przyjść i wyłożyć. Wtedy nie byłoby tej całej szopki.
Zatrudnione panie niestrudzenie wykonywały pracę, jaka do nich należała – jedna obsługiwała klientów, druga wykładała towar, jedna posmutniała, druga zamroziła wszystkie uczucia i machinalnie wykonywała wszystkie konieczne działania.
– O pierwszej w nocy trzeba było przyjść – podnosząc głos, dodała kobieta z dzieckiem na ręku – Wtedy może wywiązywałyby się panie ze swoich obowiązków. Ja też pracowałam i nikogo nie obchodziło, jak ja się czuję, praca musiała być wykonana i już.
– Przestań – wkładając ser do koszyka, powiedział mężczyzna ściszonym głosem.
– Ja mam przestać? – kobieta wybuchła teraz w stronę męża – To one niech przestaną obijać się w pracy. Czy tak trudno zrozumieć, że dziecko się nudzi?
– Uspokój się, proszę – szepnął mąż. Jego twarz zrobiła się czerwona.
– Idź po szampon – w odpowiedzi rozkazała żona, po czym, gdy mężczyzna odszedł, wylała z siebie hektolitry zalegającej w jej wnętrzu goryczy – Przyjeżdżacie do Polski, zabieracie nam pracę, wykręcacie się wojną, żerujecie na naszej dobroci, wszystko dostajecie na tacy, zamiast ciężko na to zapracować. Ubrania, jedzenie, lokum. Kto nam za to podziękuje?
– Czego właściwie pani ode mnie oczekuje? – zapytała obsługująca klientów, posmutniała ekspedientka, która wcześniej wyraźnie stroniła od rozmowy.
– Szacunku! – powiedziała kobieta, jakby chciała krzyknąć „eureka” – Zwykłego szacunku!
Kiedy mąż pojawił się z szamponem, kobieta nadal była poirytowana i wciąż potrząsała wyrywającym się z jej rąk dzieckiem.
– Nie było z miętą? – zapytała z pretensją.
– Ja wolę cytrynowy – mężczyzna próbował bronić swojego zdania.
– Wolimy z miętą – jasno wyraziła się kobieta – Przecież już o tym rozmawialiśmy. Cytrynowy jest jak płyn do mycia naczyń. Zobacz – powiedziała, zmieniając temat, i ostentacyjnie skierowała wzrok w stronę ekspedientki – Nie zmienia rękawiczek po każdym kliencie. Ty to widzisz? Jak przyjdzie moja kolej, powiem jej, żeby zmieniła.
– Nie czepiaj się – mąż próbował wyciszyć żonę, ale jego słowa jeszcze bardziej ją rozwścieczyły.
– Ja się czepiam? – zdenerwowała się kobieta – Tylko zobacz! To niehigieniczne. Na pewno nie kupię wędliny dotykanej brudnymi rękawiczkami – zamilkła na moment, by za chwilę dodać – Nie, ja nie powiem, że ma zmienić rękawiczki. Ty to zrobisz.
– Przestań, proszę – syknął cicho mężczyzna i pełen rezygnacji rozłożył ręce.
– Stój! – powiedziała ostro, gdy mąż zaczął się oddalać. Szarpnęła go za ramię, żeby nie pozwolić mu odejść, i dodała – Stój i powiedz. Niech wie, że nie tylko ja widzę, co ona robi – później wzięła głęboki oddech, zamarła na chwilę i odwróciła się w stronę wyjścia – Idziemy! Nigdy więcej tu nic nie kupię. Nie pozwolę się tak traktować!
Kiedy małżonkowie z dzieckiem podążyli w kierunku kas, przyszła kolej na mnie.
– Poproszę trzydzieści deko polędwicy łososiowej – powiedziałam, czując głęboki wstyd. Ja. Polka.
– Może być trzydzieści pięć deko? – zapytała pani, kładąc wędlinę na wagę.
– Tak, oczywiście – odparłam przesiąknięta bólem, zażenowaniem, pretensją i złością do siebie, że nie reagowałam – Bardzo pani dziękuję.
Od tamtej pory polędwica łososiowa staje mi w gardle.
(10 sierpnia 2023)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz