Małgosia żarliwie przygotowywała się do pierwszej komunii świętej i wszystko, co padło wtedy z ust siostry Samueli, przyjmowała nie tylko z uwagą i zaangażowaniem, ale przede wszystkim z wdzięcznością i pokorą.
Pokora, co prawda, pojawiła się na skutek zebranych od matki razów zaraz po tym, jak dziewczynka z pełną stanowczością oznajmiła pewnego wieczoru:
– Nie przystąpię do komunii – tworząc wcześniej bilans strat i zysków związanych z całym przedsięwzięciem.
Mała nie pochodziła z bogatej rodziny, dlatego po przyjęciu sakramentu mogła się co najwyżej spodziewać prezentu w postaci długopisu z zegarkiem albo z kalkulatorem, o czym, jak sobie dobitnie uświadomiła, ani trochę nie marzyła. Wysiłek, jaki musiałaby włożyć w przygotowania do sakramentu – regularne, przedłużające się spotkania w kościele i nauka długich katechizmowych regułek – w ogóle jej się nie opłacił.
– Że co? – wrzasnęła matka bez chwili zawahania.
– Nie przystąpię do komunii – powtórzyło dziecko.
– Ja ci zaraz dam, nie przystąpię do komunii!
Tej kalkulacji Małgosia niestety nie przeprowadziła, dopiero ilość obolałych i zasinionych miejsc na jej ciele uzmysłowiła jej bezsensowność własnego sprzeciwu. Od tamtej pory, biorąc sobie do serca każde słowo zakonnicy, stała się najpokorniejszą chyba spośród wszystkich dzieci kandydatką. Jakoś w głębi siebie czuła, że musi i sobie, i wszystkim wokół udowodnić, że godna jest przyjęcia ciała Chrystusa.
Próbowała odpokutować wszystkie przeszłe, teraźniejsze i nawet przyszłe winy, dlatego uczestniczyła nie tylko w niedzielnych mszach świętych, ale też w sobotnich wieczornych nabożeństwach. Żegnała się, przechodząc obok kościoła, i zawsze starała się pamiętać o codziennej modlitwie, w czasie której wypowiadała po cichu słowa wyuczonych na pamięć religijnych tekstów. Jeśli z jakiejś przyczyny zapomniała o swojej powinności, od razu przed oczami stawał jej obraz matki z uniesioną nad głową dziewczynki ręką i natychmiast klękała, by wywiązać się ze zobowiązania.
Rachunek sumienia przed pierwszą spowiedzią, do której Małgosia skrupulatnie się przygotowała, uwidocznił obraz żałosnej kondycji duchowej dziecka, dlatego klęcząc przy konfesjonale, na jednym wdechu, w nieprzyzwoitym pośpiechu, wymieniła wszystkie swoje grzechy:
– Kłamałam, biłam się z siostrą, nie słuchałam mamy, źle mówiłam o koleżance z klasy, śmiałam się z brata, nie sprzątałam pokoju.
Później wstała najszybciej, jak tylko się dało, i z trudem, z zawrotami głowy dobiegła do ławki, w której odprawiła pierwszą pokutę.
Na jednej z lekcji religii – niedługo przed sakramentem – dowiedziała się, że dziewczynka nie ma nic cenniejszego od własnego dziewictwa.
– Absolutnie nic! – zaakcentowała siostra – To dziewictwo gwarantuje szacunek, uznanie i prawdziwą miłość. Chłopcy – ciągnęła dalej zakonnica – w wieku dojrzewania adorują z uwielbieniem dziewczyny gotowe im się oddać, ale gdy planują założyć rodziny, szukają kobiet nietkniętych, bo w parze z czystym ciałem idzie czyste serce.
Wryły się te słowa w brudne serce dziewczynki. Pełna pokory uklękła w kościele, otworzyła usta i cicho, cichuteńko, z poczuciem winy i wstydu, z przekonaniem, że nie zasługuje na przyjęcie komunii, powiedziała:
– Amen.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz