Kiedy wyszliśmy dzisiaj z Gają na spacer, świeżo przeze mnie ostrzyżoną, topiła się w ubranku po Kaju (zdecydowanie zmniejszył się jej obwód). Niewiele myśląc, weszłam do sklepu i kupiłam nowe, dziewczyńskie, jak to mówi Nastolata, z różową wstawką. Stare postanowiłam natychmiast wyrzucić do kosza, ale to natychmiast zamieniło się w zatrzymanie. I ostatecznie nie dałam rady tego zrobić. Zwinęłam ubranko Kaja w kłębek i schowałam do kieszeni.
Nie jestem na to gotowa i może nawet nigdy nie będę. Kiedy Kaj odszedł, od razu spakowałam wszystkie jego rzeczy do wielkiego wora i postawiłam je w garażu, żeby co chwilę nie przypominały mi o nim. Pamiętam ten ból, z którym nam wszystkim trudno było sobie poradzić.
– Wyrzucisz, kiedy będziesz gotowa – powiedział M., który był świadkiem zdarzenia przy sklepie.
Nie wyrzucę. Wiem o tym. Ale czy powinnam siebie biczować? A może zaakceptować w sobie siłę przywiązania...
Zbytnio się przywiązuję, walczę za długo, czasami kocham za bardzo – jestem przynajmniej tego świadoma.
Kto powiedział, że musimy być jak inni. I że powinniśmy robić to czy tamto albo tego czy tamtego nie robić. Niech każdy żyje najlepiej jak umie.
OdpowiedzUsuńDziękuję!
Usuń