Badanie historii przodków dostarcza mi bardzo dużo wrażeń i myślę, że nie byłoby to tak ekscytujące, gdyby nie informacje od babci, które przekazała mi w czasie naszych wspólnych rozmów. Jej opowieści żyły i mocno angażowały moją wyobraźnię, a teraz, gdy udaje mi się potwierdzić pewne fakty – o wielu jeszcze wspomnę na blogu – ożywają jeszcze bardziej.
Miałam młodszą siostrę, która zmarła dwa dni po swoich narodzinach. Była ode mnie półtora roku młodsza i tak jak ja urodziła się 9. Co prawda nie stycznia, tylko lipca, ale wspominam o tym, ponieważ 9 jest dla mnie bardzo ważną liczbą – od zawsze.
Wszystkiego, co wiem na temat młodszej siostry, dowiedziałam się właśnie od babci, która mówiła o niej tak ciepło, że do dzisiaj odczuwam to ciepło w swoim sercu. To właśnie babcia uszyła dla niej ubranko, w którym malutka została pochowana. Było piękne, bialutkie, ze słodkimi falbaneczkami. Sukieneczka zakrywająca stópki i kaftanik pod spód, żeby trochę twardszy materiał sukienki nie uwierał jej ciałka.
Elunia – tak właśnie miała na imię moja siostra i tak nazywała ją babcia – była śliczną dziewczynką. Miała piękne długie nóżki, maluteńkie zgrabne paluszki, długie paznokietki i… długie, jak na noworodka, ciemne włoski. Taka laleczka do przytulania. Babci pękało serce, kiedy wkładała ją do białej trumienki.
Czasami ludziom się wydaje, że w dawnych czasach, gdy ludzkie zgony były powszechne, podchodzono do zmarłych przedmiotowo, a ich śmierć nie robiła na nikim wrażenia. Mogło tak być, i owszem, ale jestem pewna, że nie stanowiło to reguły. Przykład babci udowadnia – mam teraz na myśli historię jej rodzeństwa – że każda zmarła osoba była ważna, a jej strata ogromnie bolesna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz