Jakiś czas temu nie czułam się najlepiej. Pewne objawy bardzo się nasiliły, dlatego doszłam do wniosku, że koniecznie muszę znaleźć sposób na rozładowanie napięcia. Miało to prawdopodobnie związek ze sprawami uczelnianymi – zbliżająca się ocena śródokresowa, od której miał zależeć mój studencki los – i z tym, że wciąż byłam jednak chorągieweczką, chociaż bardzo mocno się starającą, to jednak zbyt wrażliwą, by z pewnymi emocjonalnymi sprawami zwyczajnie sobie poradzić. Na pewno pomagało mi pisanie, sukcesywne rejestrowanie codzienności i przeżyć, ale niestety czasami okazywało się ono niewystarczające, a ponieważ panicznie bałam się depresji, postanowiłam poszukać pomocy.
Pomyślałam, że zuch-kobitka ze mnie, dorosła jestem przecież nie od dziś, poradzę sobie, znajdę, kogo trzeba. Przeszperałam więc internety i inne zakamarki, w których kryją się nazwiska speców od psychy, i znalazłam! (niech mnie następnym razem ręka boska strzeże!). Mejlowo umówiłam się na wizytę, poprosiłam M., żeby pojechał ze mną, bo zżerał mnie stres i wolałam nie porozjeżdżać ludzi na ulicy.
Podeszłam do domofonu, dzwonię, wchodzę na klatkę, wita mnie labrador płci żeńskiej i myślę: jest pies, jest dobrze. Zza labradorki wynurza się kobieta, lat około 60, twarz miła, głos spokojny. No jest dobrze!
Siadam na fotelu w pseudogabinecie stworzonym z salonu. Nie rozglądam się po otoczeniu, bo jakoś mi głupio, ale ochotę mam wielką. Na szczęście wnikliwie mogłam przyjrzeć się podłodze. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo ta wnikliwość doprowadziła terapeutkę do diagnozy, że coś ze mną nie tak i skoro ona to widzi, to na pewno widzą to wszyscy ludzie, którzy mnie otaczają.
– Mam dobry kontakt z ludźmi, którzy mnie otaczają – mówię w reakcji i zaczynam odczuwać dyskomfort.
– Tak się może tylko pani wydawać – licytuje się terapeutka.
– Nie, nie wydaje mi się – zaprzeczam wyraźnie – Jestem zadowolona ze swojego życia. Spełniam się w roli nauczycielki szkolnej i uczelnianej, w roli żony, matki, studentki.
– No ale z jakiegoś powodu tu pani jest – zauważa.
– No tak – potwierdzam – Myślę, że w codziennym życiu radzę sobie bardzo dobrze. Mam tylko problem z tym, że czasami nie radzę sobie z emocjami i samej sobie stwarzam małe wewnętrzne piekiełko.
– Może nie tylko samej sobie?
– No jednak staram się trzymać to swoje małe piekiełko w ryzach i nie szkodzić otoczeniu – próbuję zażartować, ale chyba mi nie wychodzi, bo pani wysnuwa wniosek, że prawdopodobnie mam ograniczony ogląd sytuacji.
Już chcę uciekać, ale pani powstrzymuje mnie licznymi pytaniami, na które staram się odpowiadać wyłącznie z grzeczności. Czuję się jak na szubienicy, na której na czas strzela się do obiektu. Oj, strzela się. I to bezpardonowo.
– Czy przeżyła pani w przeszłości traumę? – pyta bez ogródek terapeutka.
– Nie – odpowiadam najwyraźniej, jak tylko się da, chcę natychmiast wyjść i czuję, że znalazłam się w matni, z której nie ma żadnej ucieczki!
– Są różne rodzaje traum. Na przykład molestowanie seksualne.
– Wiem, jakie mogą być rodzaje traum – przerywam, bo boję się, że pani popłynie za daleko i ja popłynę, i w ogóle wszystko runie – Nie chcę rozmawiać o traumach.
– Czyli przeżyła pani traumę.
– Nie przeżyłam – zaprzeczam i czuję, jak powoli opadam z sił. Jestem tak spięta, że wszystko zaczyna mnie boleć.
– Są dwa wyjścia – mówi pani – Przepracowanie problemu albo choroba psychiczna, bo to zawsze musi gdzieś wyjść.
– Nie przeżyłam żadnej traumy – powtarzam bezsilnie i zaczynam myśleć, że jedna z nas na pewno ma coś nie tak z głową.
– Przeżyła pani. Czytam panią jak książkę. A skoro ja to widzę, to widzi to też pani otoczenie.
– Chciałabym już iść do domu – komunikuję jasno.
– Tak, tylko proszę określić, czy jest pani gotowa spotykać się ze mną regularnie i zająć się problemem, bo przecież problem zawsze dotyka całej rodziny. Cierpi na tym mąż i cierpią dzieci, a przecież mówiła pani, że ma dzieci. Proszę o nich pomyśleć. Czy nie jest pani ich szkoda.
– Jestem dobrą mamą – mówię szeptem.
– Proszę powiedzieć, czy panią zapisać. Bo problem jest. I to wyraźny.
– Czy mogłabym teraz nie odpowiadać i ewentualnie skontaktować się z panią mejlowo?
– To chyba nie jest trudność powiedzieć tak lub nie.
I chuj! Chociaż labrador był miły.
Ze spotkania wyszłam mocno poturbowana, w drodze do samochodu zarzygałam chodnik, później poryczałam się przy M., ale samo spotkanie uważam za w CHUJ WARTOŚCIOWE. Cieszę się, że poczułam ogromny wkurw już na samym początku rozmowy z panią – mam nareszcie zdrowe odruchy. Brakowało jeszcze spektakularnego trzaśnięcia drzwiami, ale to może przy innej okazji i w innych okolicznościach. To spotkanie pokazało mi, jak dużo udało mi się osiągnąć. Stawiania granic muszę się jeszcze uczyć, ale teraz przynajmniej wiem, że są przekraczane. I ćwiczę, i próbuję je stawiać, a los sprzyja, ciągle podrzuca mi pod nogi jakieś kłody.
Ostatnia prawie mnie zabiła 😅
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz