Muszę, bo inaczej się uduszę. Na poniedziałkowy, świąteczny obiad zaprosiliśmy Nataszę z dziećmi. Tę, która zamieszkała u nas zaraz po wybuchu wojny w Ukrainie. Przyszła tylko z córką. Chociaż na jakiś czas wróciła do kraju, znów jest w Polsce z powodów, o jakich już kiedyś wspominałam. Przyjechała głównie po to, żeby uchronić swojego syna przed poborem do wojska.
Od poniedziałku właśnie nie mogę się otrząsnąć. Spotkanie było przemiłe, jak najbardziej, ale w czasie jego trwania rozmawiałyśmy nie tylko o przyjemnych sprawach. Jak już kiedyś wspominałam, syn Nataszy ma autyzm. Z naszego "polskiego" punktu widzenia nie ma w tym nic dziwnego, za to na pewno dziwne, i właściwie nawet przerażające, jest to, że nieoficjalna diagnoza padła dopiero jakiś rok temu, kiedy matka zorientowała się w czasie pracy w przedszkolu, że takie zaburzenie w ogóle istnieje. Powiedziały jej o nim inne współpracownice, gdy ta zwróciła uwagę na zachowanie niektórych dzieci, porównując je do zachowania swojego dziecka.
Przez całe lata nikt nie rozumiał syna Nataszy. Zmuszano go do działań, które go przerastały, na ulicach wytykano go palcami i dyscyplinowano. A on zapadał się w sobie coraz bardziej. Do tego stopnia, że dziś nie jest w stanie opuścić pokoju, w którym mieszka z matką i siostrą. W Ukrainie nikt nigdy nie nakierował ich na właściwą diagnozę, ponieważ większość ludzi, z jakimi chłopak miał kontakt, nie ma pojęcia o tym, że coś takiego w ogóle istnieje.
Dowiedziałam się jeszcze, że w małych miejscowościach korzysta się głównie z usług szeptuchy, która za wizytę bierze mniej niż lekarz medycyny konwencjonalnej. Nie mają narodowego funduszu zdrowia, nie mają terapii wspierających dzieci z autyzmem, nie mają świadomości na miarę świadomości cywilizowanego kraju. Ludzie są nieskalani wiedzą, a ich codzienne funkcjonowanie opiera się głównie na zabobonach i radach szarlatanów, którzy moim zdaniem potrafią czasami wyrządzić ogromną krzywdę.
Czuję bezradność. Nie mam pomysłu, jak można pomóc synowi Nataszy. Jest bardzo inteligentnym człowiekiem posiadającym wiedzę, którą zdobył we własnym zakresie w swoim małym wewnętrznym światku. I boję się, że tej wiedzy nie wykorzysta, ponieważ nie jest w stanie wyjść do ludzi, gubi się w rzeczywistości, a każda interakcja ze światem zewnętrznym po prostu go przerasta. Jestem pewna, że gdyby urodził się w Polsce, od wczesnych lat byłby objęty właściwą opieką i miałby dużo większe szanse na normalne życie. Za chwilę skończy 18 lat. I co wtedy? Co z ubezpieczeniem zdrowotnym, jeśli nie podejmie się edukacji?
Mam jeden wielki mętlik w głowie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz