Nie wiem, jak to robię, ale zawsze w momentach kulminacyjnych pojawiają się problemy, których z racji braku dostatecznych kompetencji nie umiem sama rozwiązać. Wtedy do akcji wkracza M. Zawsze po tym, gdy prawie na kolanach zwracam się do niego o pomoc i błagalnym głosem mówię: „ratunku”.
Tak było i tym razem. Wczoraj, w końcówce pracy nad wypracowaniami olimpijskimi komputer pożarł mi kilka tekstów nadesłanych od wspólniczki, do których miałam napisać recenzje. I co? I klops. Zrobiłam wszystko, co w mojej mocy, by je odzyskać, ale te – złośliwe bestie – ukryły się tak skutecznie, że w końcu rozłożyłam ręce.
Rozpoczęły się jak zwykle lamenty i błagania. Przegrałam swój los! W moim mniemaniu oczywiście. Można było przecież napisać z prośbą o ponowne przesłanie pliku z pracami, ale czułam przed tym ogromny opór. Dlaczego? Sama nie wiem.
Co w tej sytuacji zrobił M.? Kliknął trzy razy i voilà! Ta interwencja kosztować mnie będzie całe honorarium za moją ciężką pracę. Trzeba było obiecywać, ja się pytam? Trzeba było? Za trzy kliki, kiedy moją pracę można by liczyć w długich godzinach? Brawo ja 😂
Poniżej dowód, że takie sytuacje zdarzają mi się regularnie 😅
👇👇👇
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz