sobota, 30 listopada 2024

odpowiedzialność

Przechadzał się brzegiem Bałtyku, jak zawsze to robił późnym listopadem, Starszy Pan Znad Morza. Plaża opustoszała, z oddali słychać było jednak świergot młodych, rozbawionych ludzi, którzy spędzali razem czas. Spotykali się regularnie przy niewielkiej skarpie i tocząc gwarne rozmowy, zacieśniali więzi – te miłosne i te przyjacielskie. Starszy Pan Znad Morza trzymał się z daleka od toczącego się w zgiełku młodego życia, a jego własne już dogorywało. Powoli, w zgarbionej posturze, chylił się ku ziemi, z której przed osiemdziesięcioma sześcioma laty się zrodził.

Co mu jeszcze pozostało? Codzienne wędrówki prowadzące donikąd. Nie miał już planów ani marzeń. Czasami tylko pomyślał, że byłby ucieszony, gdyby odszedł właśnie tutaj, w otoczeniu wzburzonych fal i głosu śpiewających, wznoszących się niewiele nad powierzchnię wody mew. To jego jedyne pragnienie. Skończyły się czasy, gdy ledwo przetarł oczy po przebudzeniu, a już musiał zbierać się do pracy, wziąć szybki prysznic, ogolić się w pośpiechu, popijając w międzyczasie małymi łyczkami jak zwykle wystudzoną kawę, i ruszyć w wir życia, które oferowało mu więcej, niż mógł sobie wymarzyć. Dziwnym trafem, a może nawet zrządzeniem losu, okazje rodziły okazje, dlatego parał się codziennie kilkoma rozpoczętymi albo trwającymi już projektami. Z pasją i z zaangażowaniem, ale też z ukrytym przed światem zmęczeniem, podejmował się codziennych zadań. Żył swoje życie.

Gdy wędrował wolnym krokiem brzegiem morza, ze spuszczonym wzrokiem podążając w stronę zabytkowej latarni, która już dawno przestała służyć marynarzom, natknął się na siedzącą prawie przy samej wodzie, skuloną młodą dziewczynę, ubraną w kurtkę w kolorze khaki i w toporne czarne glany śmiesznie wyglądające na jej chudziutkich nogach. Długi szal w tęczowych barwach układał się niechlujnie na mokrym piasku, dlatego Starszy Pan pochylił się odruchowo, by go podnieść. Gdy przy wręczaniu go właścicielce podniósł wreszcie wzrok, dostrzegł zmartwioną, zapłakaną twarz, na której rysował się bezbrzeżny smutek. Samym swoim istnieniem w pozie, jaka zrodziła się na skutek przeżywanego bólu, dziewczyna prosiła o uwagę.

Starszy Pan zmartwił się momentalnie i po chwili zaczął zmagać się wewnętrznie z własnym zakłopotaniem. Cóż mógł zrobić w tej sytuacji? Zapytać, co się stało? Wtrącić się bez zaproszenia do czyjegoś życia, i to w dodatku w momencie, w którym być może siedzący obok niego człowiek wcale by sobie tego nie życzył?

– Czy wszystko w porządku? – zapytał jednak najdelikatniej, jak tylko potrafił.

– Tak – odparła dziewczyna z miną wyrażającą zdecydowane przeciwieństwo wypowiedzianego słowa.

Mężczyzna postanowił nie pytać o nic więcej, chociaż wewnętrznie poczuł się bardzo przejęty. Uderzył go nie sam widok zalanych łzami oczu, ale głęboki smutek, który pokrył całą powierzchnię ciała siedzącej na piasku plażowiczki. Dziewczyna ze spuszczoną głową bezwiednie spoglądała na swoje buty i ze wszystkich sił, jakie udało jej się zgromadzić, próbowała powstrzymać się od płaczu. Kiedy okazało się, że cały wysiłek włożony w opanowanie żalu poszedł na marne, co w pierwszej kolejności ujawniły drżące ramiona, mężczyzna zdecydował się zapytać raz jeszcze:

– Czy wszystko w porządku? Czy mogę ci jakoś pomóc?

– Przepraszam – odparła dziewczyna – Nigdy się w ten sposób nie zachowywałam, ale dzisiaj...

Młoda plażowiczka usilnie próbowała połknąć napływający żal, dlatego przerwała wypowiedź, ale po chwili rozpłakała się na dobre. Starszy Pan nie wiedział, czy postąpił słusznie, zatrzymując się przy niej. Nie wiedział też, czy powinien w ogóle angażować się w sytuację, która ani trochę go nie dotyczyła, ale pozwolił ponieść się intuicji. Przykucnął więc przy rozżalonej dziewczynie i zapytał:  

– Chciałabyś mi powiedzieć? – wkładając jej do ręki wyjętą z kieszeni chusteczkę higieniczną.

– Dzisiaj – wydusiła z siebie pogrążona w rozpaczy rozmówczyni i znów musiała przerwać, żeby zatrzymać jakoś napływające łzy.

– Co dzisiaj? – Starszy Pan zapytał niemal szeptem.

– Powiedziałam dzisiaj mojemu chłopakowi, że go nienawidzę, że jest najgorszą rzeczą, jaka mnie w życiu spotkała, i że nie chcę go dłużej znać. I dodałam jeszcze, że tego kwiatu jest pół światu, żeby dotarło do niego, że nic dla mnie nie znaczy. Wszystko skończone.

– A tak jest? Nic dla ciebie nie znaczy?

– Nie.

– To dlaczego to powiedziałaś?

Nie odpowiedziała. Zamiast tego skuliła się w sobie, obejmując obiema rękami własne ramiona  jak obejmuje się najdroższy skarb  i posmutniała jeszcze bardziej.

– Czy możesz go za to przeprosić i wyjaśnić, dlaczego postąpiłaś w taki sposób?

– Nie. To zbyt trudne.

– A kochasz go jeszcze? 

– Tak. Wiele razy go o tym zapewniałam. 

– To weź odpowiedzialność za miłość – wyszeptał Starszy Pan Znad Morza, później podniósł się powoli i kierując wzrok w stronę obranego celu, dodał na pożegnanie – Jeśli odbierasz znaczenie temu słowu, odbierasz je też człowiekowi.

I ruszył przed siebie. Z nadzieją, że jeszcze nie dziś spełni się jego pragnienie. Kochał zapach nadmorskiego powietrza. Kochał życie...


***

Inspiracją do napisania tego opowiadania była rozmowa z Iskrą na temat "dużych" słów. Na pewno warto rozmawiać i warto dzielić się spostrzeżeniami. Dziękuję za natchnienie 😘

Przypomniał mi się wiersz, który kiedyś napisałam. A ponieważ pisałam go sercem, chcę go tu mieć.

chciałabym ogrzać cię odrobiną
skradzionego losowi ciepła
zaklętego w uścisku 
w uśmiechu wywołanym 
spotkaniem o zmroku

spoglądam ci prosto w oczy
pozwalam by otulił cię 
dobry dotyk wszechświata
tak tylko umiem okazać 
czułość

boję się 
dużych liter
dużych słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz