Metro to jednak osobliwe miejsce.
Przechodziłam akurat z jednej linii do drugiej, gdy śmignął mi przed oczami znajomy człowiek. Na szczęście śmignął nie tak szybko, bym nie zdążyła go szturchnąć. Zatem szturchnęłam, z wyczuciem, a jednak – jak się za chwilę okazało – skutecznie. W rozbiegu minął mnie i oddalił się o jakieś 2 metry, ale gdy obejrzał się za siebie i rozpoznał we mnie znajomego człowieka, rozpostarł ramiona jak jastrząb i skierował się w moją stronę. W odpowiedzi rozpostarłam swoje – jak sokół – i uściskaliśmy się na powitanie. Później poświergotaliśmy chwilkę – jak te ptaszki – i każde z nas ruszyło do swoich spraw.
Ach, my, ptaszki w metrze.
Ach, Akrobata, bardzo miło było go dziś zobaczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz