Wczoraj był 13 grudnia, czyli nasza kolejna wspólna rocznica. Gdy patrzę wstecz i przyglądam się swojemu życiu z M., czuję przeogromną wdzięczność. Te wspólne 27 lat razem to był cudowny czas.
Poznaliśmy się we wrześniu 1997 roku w Oazie. Szukałam wtedy wytchnienia od codziennych trosk i siły, którą – jak wówczas uznałam – mógłby mi dać Bóg. Ludzie z ruchu sprawiali wrażenie spełnionych i spokojnych, zawsze, gdy się z nimi rozmawiało, zarażali pozytywną energią i pogodą ducha, dlatego zapragnęłam być częścią ich zbiorowości. Chciałam chyba nadać sens życiu, które wcześniej mocno, zbyt mocno, mnie poturbowało.
I ten sens odnalazłam, choć może nie w Oazie, z której za sprzeciwianie się mówieniu jednym głosem na temat spraw, o których myślałam inaczej niż wszyscy, zostałam wyrzucona. Mimo wszystko wyniosłam stamtąd mnóstwo dobrych wrażeń i przekonanie, że wolę pozostać sobą, niż dopasowywać się do czegoś, co odbiera mi możliwość szczerego wyrażania samej siebie.
Zanim jednak musiałam odejść, długie miesiące spotykałam się z M. właśnie w przestrzeni oazowej. Wtedy go poznawałam, wtedy nabierałam zaufania do człowieka, który w ciągu całego naszego wspólnego życia nigdy mnie nie zawiódł. 13 grudnia, po powrocie z Dnia Wspólnoty z Zamościa, kiedy siedzieliśmy w moim pokoju, zapytałam:
– Co właściwie jest między nami?
– Chyba chodzimy ze sobą? – odparł z typową dla młodego wieku niepewnością dotyczącą najważniejszych spraw.
– Chodzimy? – zapytałam z niedowierzaniem, chociaż wszystkie znaki na ziemi i niebie właśnie na to wskazywały.
– Tak. Chodzimy.
Następnego dnia rano podzieliliśmy się wrażeniami:
– Nie mogłem spać w nocy, tak bardzo przeżywałem to, co sobie wczoraj powiedzieliśmy.
– Ja też. Nawet na chwilę nie zmrużyłam oka.
Pamiętam to uczucie w sobie. Radość w sercu, ogromne podekscytowanie i nadzieja.
Wiesz o tym, prawda?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz