Rok 2024 był dla mnie nauką akceptacji – tego, co pojawia się w moim życiu, i tego, co z niego znika. Akceptowanie nie oznacza przyjmowania wszystkiego z lekkim sercem. O, nie! Często to, co się wydarza, niesie ze sobą niewyobrażalnie dużo bólu, z którym trzeba się zmierzyć. Czasami szło mi względnie dobrze, kiedy indziej jak po grudzie – czułam momentami, jakbym wtaczała pod górę ogromny głaz, a moja wędrówka zdawała się nie mieć końca – i jedyne, co mogłam, to po prostu zaakceptować stan rzeczy. Z miłością do siebie i do świata. Przeżyłam, starając się nie zatracić w sobie tego, co uznaję za najcenniejsze – moich wartości, stanowiących drogowskazy życia. Wewnętrzne cienie – każdy z nas je ma – wcale mi w tym nie pomagały.
Akceptacja to zaprzestanie walki w sytuacjach, które nie mają szans powodzenia. Z różnych przyczyn – każda z nich rodzi we mnie zrozumienie i pokorę. Moja dziecięca mentalność podpowiadała mi wcześniej, że jeśli postaram się wystarczająco mocno, na pewno wszystko się ułoży. Już wiem, że tak to nie działa, a ponieważ dopiero w zranionym sercu, które umie kochać, zrodziła się dojrzała miłość, mogłam wypowiedzieć słowa: "Chociaż bardzo cię kocham i bardzo mnie to rozstanie boli, pozwalam ci odejść". Zrozumiałam też, że miłość do drugiego człowieka nie może się spełnić za cenę miłości i szacunku do samej siebie. Ja też przecież jestem ważna i ważne są moje potrzeby. I wcale nie chodzi o obwinianie kogokolwiek, tylko o dostrzeżenie podmiotowości każdej ze stron, o uwzględnienie potrzeb obu tworzących relację osób.
Bałam się, że pochłonie mnie żal, że utknę w zaciśniętej garści tego uczucia i już nigdy się z niego nie wydostanę. Trudne przeżycia emocjonalne przełożyły się na koszmary, bezsenność, wycofanie, lęk przed ludźmi – jakby ożyła pierwotna trauma. I tak chyba się stało. Musiałam ponownie skonfrontować się z jej skutkami. Dotknąć wszystkich obolałych miejsc, oczyścić krwawiące rany, zmierzyć się z wewnętrznymi urazami. I zrobiłam to. Dojrzalej niż kiedyś i myślę, że z dużo większym powodzeniem. Może jeszcze będą ze mnie ludzie 😅
Ten rok był trudny, ale też bardzo owocny. Czuję się wewnętrznie wzmocniona i już się nie boję życia. Nigdy bym nie przypuszczała, że kiedykolwiek wypowiem te słowa. A jednak: "NIE BOJĘ SIĘ". Z otwartymi ramionami przyjmuję wszystko, co życie ma dla mnie, mając świadomość, że każda minuta istnienia jest cenna i żadnej, jaka przeminie, nie zdołam odzyskać. Staram się żyć bez lęku o to, czy sobie poradzę. Na większość zdarzeń i tak nie mam wpływu, a wszelkie próby planowania i tworzenia scenariuszy i tak przekornie spełzną na niczym. Żyć bez obaw, że ból powali mnie na kolana i nie dam rady z nich wstać. Zawsze dam, ponieważ już wiem, jak sobie z nim radzić.
Życie trwa, obfituje w przeróżne wyzwania, którym trzeba stawić czoła. Zwyczajnie, po ludzku. Jestem wystarczająco silna, by móc to zrobić.
Ciekawe, co przyniesie jutro, co przyniesie nowy rok...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz