Kiedy zdecydowałam się założyć rodzinę i tuliłam w swoich ramionach zależne ode mnie życie/życia, nieustannie towarzyszył mi ogromny lęk. Bałam się, że umrę, zanim dzieci staną się samodzielne. Chciałam je ochronić przed całym złem tego świata i nie pozwolić na to, by kiedykolwiek stała im się jakaś krzywda. Świat zewnętrzny szybko zweryfikował moje podejście – na pewne sprawy po prostu nie mogłam mieć wpływu – i zrozumiałam, że nie mam w sobie mocy, która pozwoliłaby mi wpłynąć na działania ludzi z zewnątrz. Przynajmniej nie w takim stopniu, w jakim bym chciała. Zranienia i krzywdy miały miejsce i nie mogłam nic na to poradzić. Mogłam co najwyżej odpowiednio zareagować. Ten, kto ma dzieci, wie, że nie ma większego bólu niż ból własnego dziecka, który za każdym razem, gdy się pojawia, chce się wziąć na siebie.
Lęk, jaki odczuwałam, nie był wynikiem przekonania, że nikt nie zajmie się moimi dziećmi lepiej ode mnie. O nie. M. jest wspaniałym ojcem – chciałabym mieć takiego tatę – który potrafi znakomicie zadbać o potrzeby naszych podopiecznych, oferując im swoją bliskość, wsparcie i zrozumienie. Nie zginęłyby, gdyby przyszło im zostać tylko z nim, i na pewno poradziłyby sobie w życiu tak samo dobrze, jak radzą sobie teraz. Jestem o to spokojna.
Zatem czego się bałam? Pustki w ich sercach, jaka powstałaby na skutek nieobecności matki. Takiej pustki, której nigdy nie udałoby się wypełnić. Zanim zostałam mamą, przeczytałam mnóstwo poradników dotyczących wychowywania dzieci i chociaż popełniłam wiele błędów, zdawałam sobie przynajmniej z tego sprawę i mogłam próbować w jakiś sposób je naprawić. I wiem na pewno, że serce i rozum zawsze muszą iść w parze. Tulę więc swoje dzieci najczęściej, jak tylko się da, i pamiętam, żeby nigdy nie unieważniać ich uczuć. Czasami mając najlepsze intencje, możemy kogoś zranić – od nas zależy, co z tym zrobimy.
Dziękuję losowi za czas.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz