Przewodnik podczas oprowadzania nas po mizarze powiedział, że w Polsce są tylko trzy takie cmentarze. Jeśli ktoś umrze w innej miejscowości niż Warszawa albo Kruszyniany, jego zwłoki muszą być przetransportowane i złożone na jednym z tych trzech cmentarzy. Zmarłego chowa się w samym całunie, chociaż na cmentarz transportuje się go w trumnie, a jego twarz musi być skierowana w stronę meczetu. Bliscy nie oglądają go po jego śmierci. Złożone w grobie ciało okłada się deseczkami i przykrywa kamieniami. Po czterdziestu dniach od śmierci bliscy spotykają się przy grobie i wspominają zmarłego.
Przy jednym z nagrobków, już w stylu nowoczesnym – takie można organizować dopiero po jakimś czasie od pochówku – widziałam starsze małżeństwo, które sprzątało grób kogoś bliskiego. Pan zebrał stare kwiaty – muzułmanie nie mają kultu ognia, dlatego na ich grobach nie ma zniczy, ale nie gaszą i nie wyrzucają świeczek pozostawionych przez chrześcijańskich przyjaciół – i kiedy niósł je do cmentarnego śmietnika, żona zwróciła się do niego słowami:
– Tylko pamiętaj, nie mocz rąk.
Pomyślałam, że w komunikacie skierowanym do męża kryje się jakaś inna muzułmańska tradycja, dlatego przystanęłam dyskretnie, żeby dowiedzieć się, o co chodzi.
– Niedawno byłeś chory – dodała żona – Musisz uważać, żeby znowu się nie zaziębić.
To nie tradycja, to troska! Bardzo, bardzo roztkliwiła mnie ta scenka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz