Kochani, zapracowałam się na śmierć, dlatego przez jakiś czas nie pisałam. Przede mną jeszcze mnóstwo wyzwań, ale wszystkie są do pokonania. Zdecydowanie pomocne okazałoby się wydłużenie doby o dwie, trzy godzinki. Wtedy z pewnością starczałoby mi na wszystko czasu. Wśród czynności, przy których owocnie go zużywam, są również i takie, kiedy go marnuję. Głównie przez własne roztargnienie. Albo, jakby powiedziała Ziębuszka, przez PESEL.
Działo się dnia 3 marca 2025 roku w Warszawie. Wybrałam się na pocztę, na której nie byłam chyba ze trzy lata. Paczkomaty (uwielbiam je!) zaspokajają wszystkie moje przesyłkowe potrzeby. Nic nie mam do ludzi, ale męczą mnie z reguły przypadkowe interakcje i chociaż odnajduję się w nich całkiem nieźle, sprawiają mi pewną trudność. Jeśli dołoży się do tego konieczność stania w kolejce, sprawa staje się jasna. Paczkomaty górą!
A że na poczcie nie byłam już ze trzy lata, ostatni wypad zyskał rangę wyprawy. Nieletnia zamówiła przesyłkę, która jakimś cudem (no chyba właśnie cudem!) znalazła się w placówce. Na awizo znajdował się wyłącznie napis FUP Warszawa 9; żadnego adresu. Wrzuciłam więc w mapy Google powyższą nazwę i wybrałam się komunikacją miejską do wskazanego punktu. Odległego, ale nie wzbudziło to moich podejrzeń. Nie do końca orientowałam się, który oddział obsługuje ulicę, przy której mieszkam przecież od całkiem niedawna.
Wchodzę na pocztę, a tam tłumy. Tzn. Tłumy przez duże t. Początek miesiąca, opłaty, kolejki. Wokół mnie mnóstwo starszych ludzi z kopertami i papierkami w rękach, którzy tak jak ja czekali na swoją kolej. Kiedy wreszcie przyszedł czas na mnie, po dwóch godzinach oczekiwania, podbiegłam, tfu, podfrunęłam właściwie, do okienka uskrzydlona.
– Nigdy w życiu nie cieszyłam się tak bardzo! Nareszcie ja – powiedziałam, a potem podałam pani w okienku numer przesyłki.
– Nie ma u nas takiej przesyłki – odparła po kilkukrotnym, skrupulatnym sprawdzeniu.
– O – zdziwiłam się – Mam właśnie taki namiar. FUP Warszawa 9.
– Proszę pani – powiedziała obsługująca mnie kobieta, wyrażając przy tym pewnego rodzaju politowanie. A może pobłażliwość. Sama nie wiem – Pani oddział jest przy Łojewskiej – poinformowała mnie i odprawiła z niczym.
Może nie z niczym. Z dwiema godzinami straconego czasu i z nadzieją, że przesyłka gdzieś jest. Nieletnia zamówiła spodnie za kilka złotych i wiedziałam, że bez nich nie mogę wrócić do domu. Wyruszyłam więc pod właściwy adres. Wchodzę, a tam tłumy. Tłumy przez duże t. Początek miesiąca, opłaty, kolejki. Wokół mnie mnóstwo starszych ludzi z kopertami i papierkami w rękach, którzy tak jak ja czekali na swoją kolej. Już po dwóch godzinach trzymałam w garści swoją przesyłkę.
Cztery godziny minęły jak mrugnięcie okiem 😉
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz