wtorek, 30 września 2025

o aniołach

Obudziłam się dziś z przeczuciem katastrofy. Czasami tak mam i uważam, że jest to zupełnie naturalna rzecz, która wynika na przykład z przesilenia. Wtedy właśnie budzą się wewnętrzne lęki, które przeważnie spoczywają spokojnie na dnie umysłu i da się nad nimi zapanować. Ale kiedy właśnie przesadzę z aktywnością, wpływa to niekorzystnie na układ nerwowy, co objawia się na przykład stanami niepokoju, czy, jak to nazwałam, przeczuciem zbliżającej się katastrofy.

Najważniejsze jednak, że to przeczucie nigdy właściwie się nie spełnia, i chociaż o tym wiem, pozostaję spięta i trudniej niż zwykle jest mi funkcjonować. Już dawno zresztą zauważyłam, że koszmary pojawiają się głównie wtedy, gdy bywam przemęczona. Wciąż uczę się samoregulacji i szukam sposobów służących wyciszeniu. Czasami się udaje, innym razem nie, ale najważniejsze jest chyba to, że jestem w pełni świadoma tego, co się ze mną dzieje.

W metrze siedziałam obok kobiety, która werbalizowała wszystkie swoje myśli. W tym samym czasie weszłyśmy do wagonu i ponieważ zupełnie niechcący zajęłam miejsce, które sobie upatrzyła, nakrzyczała na mnie wyrażanymi głośno myślami: "Super – krzyknęła – Była miejscówa i jej nie ma, bo jakaś głupia, ruda baba postanowiła ją zająć". Przysiadła się obok mnie z impetem tak dużym, że swoim ciałem przycisnęła mnie do bocznej szyby, i wciąż pomstowała na moje zachowanie. Obraziła się chyba, ponieważ założyła na głowę kaptur i usiadła plecami do mnie, co odczytałam jako chęć odgrodzenia się. Zdębiałam z dwóch powodów. Po pierwsze byłam ściśnięta i nawet gdybym chciała, nie mogłam się ruszyć, po drugie jej krzyk po prostu mnie sparaliżował. "Kurwa! – kontynuowała w sposób, jakby w ogóle nie była świadoma tego, że głośno myśli – Wszystko się wali! Już godzina w plecy, a jak tak dalej pójdzie, dotrę może na jedenastą. I co wtedy? Wszystko będzie moją winą, bo nikt nie widzi, że metro jeździ, jak chce. Zamiast co parę minut, to co kilkadziesiąt".

To oczywiście bardzo przykra historia i wcale nie ze względu na mnie. W każdym razie nie okazała się ona katastrofą. Nic właściwie tego dnia się nią nie okazało, chociaż nieustannie czułam, że coś wisi w powietrzu. Ot, zwykły stan wzmożonego niepokoju, na który złożyło się wiele czynników. W chwilach wewnętrznego osłabienia często budzi się we mnie żal. Jest on uczuciem powracającym i zjawia się nawet wtedy, gdy człowiekowi uda się uporać ze wszystkimi bolączkami. Ból, smutek, rozczarowanie czy tęsknota nie odradzają się z taką łatwością i tak niespodziewanie, jak robi to właśnie on. Myślę, że zostanie ze mną na zawsze, choć nie oznacza to, że będzie kierował moim życiem, i przypomni o sobie w najmniej oczekiwanych momentach. Przepuszczam go wtedy przez siebie, ale staram się nie angażować myśli, które są z nim związane. To chyba jedyny sposób, żeby się z nim uporać.

W międzyczasie napisała Ziębuszka z pytaniem, czy pamiętam o naszej sobotniej randce. Jak miałabym zapomnieć? O ważnych rzeczach się nie zapomina, tym bardziej, że są one tą iskierką wyciszenia w szalejącym świecie. Pamiętam! I nie mogę się doczekać. Później otrzymałam wiadomość od Kociary, w której poprosiła o telefon w wolnej chwili. Zawsze rozczulają mnie kontakty z nią, z jej energią, ciepłem, serdecznością i opowieściami, które w jej ustach zamieniają się w fascynujące historie. W planach najczęściej mamy krótką pogawędkę, dotyczącą na przykład spraw szkolnych, a kończy się długą rozmową, w czasie której ładujemy wzajemnie nasze akumulatory. Bez konieczności wspominania o tym, co nas aktualnie uwiera. Jeśli uwiera. Choć oczywiście, gdyby zaszła potrzeba, i na to znalazłaby się przestrzeń. 

Tyle o Aniołach. Są ze mną zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz