piątek, 19 września 2025

zepsute metro

Metro padło. A raczej nie ono, tylko atmosfera, jaką znałam dotychczas. Kiedy wracałam dziś z pracy, do wagonu na Racławickiej wsiadł młody mężczyzna. Myślę, że około trzydziestoletni. Trzymał w ręce instrument i grając na nim, śpiewał piękną, wyciszającą piosenkę, której tytułu niestety nie znam. Działającą kojąco na naruszony wyzwaniami dnia codziennego układ nerwowy. Tuż przed zbliającą się kolejną stacją, starsza kobieta, o bardzo nieprzyjemnej aparycji, wstała z miejsca i przechodząc przez całą długość wagonu, podeszła do zaaferowanego własnym śpiewem mężczyzny, by zwrócić się do niego pogardliwym, wyraźnie podniesionym, tonem:

– Wyjdź stąd! Nikt nie potrzebuje twoich basów!

Potem minęła go i wyszła z wagonu.

Panu zrobiło się bardzo przykro. Widać to było w jego spojrzeniu, w natychmiastowej reakcji. Przestał grać i śpiewać. Na kolejnej stacji wysiadł.

Nie było żadnych basów! Działo się dobro, które w brutalny sposób zostało zdeptane, bo ktoś przesiąknięty jadem musiał zgasić jego płomień. Oczywiście, że starałam się panią zrozumieć, jakoś wytłumaczyć wewnętrznie, ale ostatecznie pozostałam z odwiecznym pytaniem "dlaczego?", na które może wcale nie powinnam szukać odpowiedzi. Bo może wcale nie trzeba usprawiedliwiać wszystkiego, co się wokół nas dzieje, ale nazywać rzeczy po imieniu. Pani dała sobie prawo do zranienia drugiej osoby, nie licząc się z jej uczuciami. Przecież można było inaczej… 
Strasznie mi przykro.

 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz