Metro padło. A raczej nie ono, tylko atmosfera, jaką znałam dotychczas. Kiedy wracałam dziś z pracy, do wagonu na Racławickiej wsiadł młody mężczyzna. Myślę, że około trzydziestoletni. Trzymał w ręce instrument i grając na nim, śpiewał piękną, wyciszającą piosenkę, której tytułu niestety nie znam. Działającą kojąco na naruszony wyzwaniami dnia codziennego układ nerwowy. Tuż przed zbliającą się kolejną stacją, starsza kobieta, o bardzo nieprzyjemnej aparycji, wstała z miejsca i przechodząc przez całą długość wagonu, podeszła do zaaferowanego własnym śpiewem mężczyzny, by zwrócić się do niego pogardliwym, wyraźnie podniesionym, tonem:
– Wyjdź stąd! Nikt nie potrzebuje twoich basów!
Potem minęła go i wyszła z wagonu.
Panu zrobiło się bardzo przykro. Widać to było w jego spojrzeniu, w natychmiastowej reakcji. Przestał grać i śpiewać. Na kolejnej stacji wysiadł.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz