Pamiętam taki moment, kiedy był w jednej z pierwszych klas szkoły podstawowej. Wbiegł wtedy do domu i rzucił mi się w ramiona. Cały się trząsł. Trzymał mnie tak mocno, że nawet gdybym chciała, nie mogłabym się oswobodzić z jego uścisku. Siła gladiatora w ciele kilkuletniego chłopca.
– Mamo! – powiedział podniesionym tonem, który wpędził mnie w stan wielkiego zdziwienia i niepokoju – Jesteś!
– Jestem, synku – odparłam, czując, że jest mu to potrzebne.
– A tata? Gdzie jest tata?
– Tata jest w pracy. Wróci wieczorem.
– Kochasz mnie? – zapytał, ale to pytanie, które już czasami zdarzało mu się zadać, miało o wiele większe znaczenie niż zwykłe.
– Nad życie i z całego serduszka. Wiesz przecież.
– I jesteś?
– Jestem, synku.
Dłuższą chwilę tuliłam go w swoich ramionach. Wiedziałam, że stało się coś niedobrego, ale nie miałam odwagi zapytać. Nie od razu. Dopiero, kiedy emocje trochę opadły, powiedział mi, że kolega z klasy stracił tatę.
Kiedy niedawno zatrzymał się na schodach w domu, w taki sposób, jakby nagle zatrzymał się cały świat, i zapytał tym samym tonem co kiedyś: „Kochasz mnie?”, ożyła we mnie historia sprzed lat.
– Najbardziej na świecie, synku. Przecież wiesz – odparłam spokojnie tak samo jak wtedy i tak samo jak wtedy bez zadawania pytań.
Nie powiem mu, że historia zamordowanej na UW kobiety wstrząsnęła mną równie mocno co nim. I nie powiem mu, że przez kilka dni po tym strasznym wydarzeniu bałam się wychodzić z domu i robiłam to tylko dlatego, że musiałam. Nie mogłam przestać myśleć o jej najbliższych, o jej nieutulonych w matczynych ramionach dzieciach – właśnie wtedy, gdy najbardziej tego potrzebowały. O mężu, który zdążył może jeszcze przed jej wyjściem do pracy powiedzieć: „Dobrego dnia!”, nie spodziewając się, że widzi żonę ostatni raz…
Jestem. I bardzo chciałabym być jeszcze długo, ale najbardziej chciałabym, żeby byli oni – dzieci i M.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz