W moim życiu wiele się zmieniło, a jedną z największych zmian jest to, że już nie czuję głodu miłości. Nie szukam jej nawet, a sama puka do moich drzwi. W postaci cudownych ludzi, którzy ofiarowują mi swój czas, uwagę i wspaniałe uczucie. Odwzajemniam się tym samym i daję miłość już tylko tym, którzy chcą i umieją ją przyjąć.
Jakiś czas temu przeczytałam w jednej z książek, że czasami jedyne, co leczy, to miłość. Przekonała mnie ta myśl, ale w momencie, gdy ją poznałam, źle ją zrozumiałam. Źle też przedstawiła ją osoba, która ją sformułowała, pisząc, że swoją miłością uleczyła wielu ludzi. A wcale nie chodzi o leczenie miłością kogokolwiek, tylko o leczenie nią siebie. Poprzez otwarcie się na nią i przyjęcie z otwartym sercem.
Są ludzie, chyba zbyt bardzo skrzywdzeni, którzy nie są w stanie przyjąć ani ofiarować tego uczucia, chociaż w głębi duszy bardzo go pragną. Nawet wtedy, gdy się do tego nie przyznają. Gdyby było inaczej, nie przeżywaliby bólu, który chwilami rozdziera im serca, i lęku, który przejął dowodzenie nad ich życiem. Dziś już wiem, że nie nakarmię miłością kogoś, kto nie umie się na nią otworzyć. Nie pomogą żadne wysiłki.
Tajemnica tkwi więc w otwarciu serca na miłość. Wiąże się to również z zaufaniem, bez którego nie da się budować głębokiej i zdrowej relacji. Bez niego królują manipulacja i kontrola mające zabezpieczyć człowieka przed zranieniem, ale paradoksalnie właśnie do tego zranienia prowadzą, ponieważ powodują, że relacja staje się dla kogoś transakcją, zamiast połączeniem dwóch dusz, które wspierają się nawzajem.
Miłość leczy wtedy, gdy się na nią otwierasz – oto mój wniosek. Płynący z głębokich przemyśleń i życiowych doświadczeń. To ty musisz wziąć odpowiedzialność i odważyć się ją przyjąć, zamiast liczyć na to, że ktoś cię nią wybawi. Przedrze się przez mury, jakie przed nim stawiasz, i w cudowny sposób wszystko odmieni, a ty w tym czasie będziesz stać ciągle w tym samym miejscu.
Ocaliłam w sobie miłość, umiałam się na nią otworzyć, przyjęłam z zaufaniem i z ryzykiem zranienia, dlatego ONA ocaliła moje życie, ocaliła mnie. Może przetrwała dzięki Aniołowi, w którego usta włożyłam kiedyś słowa: „Ochraniam płomień miłości w twoim sercu, żeby nigdy nie zgasł”.
Jedziemy dzisiaj do Płocka, gdzie spotkamy się razem z Piną i Wilku. W końcówce maja zobaczę się z Ziębuszką. Na początku czerwca zawitam znów z dziewczynami z pracy w Zakościelu. Te okazje przychodzą do mnie, a ja się na nie otwieram, ponieważ otwieram się na miłość. Cieszę się bardzo na każdą z tych przyszłych chwil.
Przestałam być żebrakiem miłości, kiedy pokochałam samą siebie. Czyż to nie cudowne?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz