We wtorek rano, 27 lutego, rozpoczęła się agonia, co zauważył lekarz przyjmujący Kaja do kliniki po zmierzeniu mu temperatury, która wyraźnie spadła. Gdy otrzymałam tę wiadomość od mojej drugiej Pełnej Połówki, szykowałam się akurat do pracy. Przemieszczałam się po domu, pakując wszystko, co konieczne do zajęć, a Nieletnia biegała za mną z papierem toaletowym i wycierała łzy w kształcie wielkich krokodylich łez wypływających mimowolnie z moich oczu.
Baliśmy się wszyscy i chyba nikt z nas nie był w stanie przyjąć prawdy do świadomości. Targowaliśmy się w myślach z losem i prosiliśmy o cud. Wysłaliśmy w przestrzeń miliony ciepłych słów i pragnień, błagając wszechświat o wsparcie. Gorliwości naszych wewnętrznych modlitw nie da się zmierzyć.
O 20.00 znów zjawiliśmy się w klinice po odbiór Kaja. Zanim nam go wydano, pani w recepcji zapytała, czy chcę porozmawiać z dyżurującym lekarzem.
– Nie wiem – odparłam najpierw, żeby za chwilę dodać – Nie. Nie, dziękuję. Jutro porozmawiam.
Nie chciałam po raz kolejny usłyszeć, że zaleca się eutanazję, wystarczy, że znów ta informacja znalazła się w karcie wypisu z kolejnego, dopiero drugiego!, dnia leczenia. I po raz kolejny usłyszeć, że nie ma nadziei. Nie byłam gotowa na przyjęcie prawdy i chyba wydawało mi się, że jeśli nie zostanie wypowiedziana, nie może się ziścić.
Kaj nas zaskoczył. Gdy pielęgniarka przyniosła go do nas, podniósł wysoko głowę i ucieszył się na nasz widok. Nasz Kajutek! Tak bardzo obecny!
Po powrocie z kliniki wniosłam go do dużego pokoju i położyłam na kanapie. Wszystkich nas uraczył świadomym spojrzeniem, jakby cieszył się naszą obecnością. Później poszedł napić się wody. Sam! Przechodząc przez pokój i zbliżając się do drzwi wyjściowych do ogródka, zamerdał ogonem. Z radością! Widzieliśmy tę radość w nim całym.
A w nas? Szczęście nie do opisania. Nadzieja wróciła i rozpierała nasze serca.
Te noce, tylko dwie, kiedy Kaj walczył o życie, a my razem z nim, spędziłam na dole na kanapie, żeby cały czas mieć go na oku. Nigdy nie lubił być sam. W ciągu dnia, gdy przysypiał, układał się razem z kotem, w nocy lądował razem z nami w łóżku. Wtedy też wzięłam go do siebie, żeby był blisko, ale około pierwszej zaczął się oddalać. Nie chciał leżeć obok mnie, odsunął się też od Mila, który chciał położyć się obok niego na legowisku, i schował w budce pod stolikiem. Ledwo powłóczył nogami, gdy się przemieszczał. Chwiał się na boki, nie mogąc utrzymać równowagi.
Tamtą radość, którą mieliśmy w sercach, gdy Kaj przywitał się z nami po dniu spędzonym w klinice, zachowam w swojej pamięci do końca życia. Choć już wiem, że było to pożegnanie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz