środa, 27 marca 2024

środa

Ból nie do zniesienia. W środę, 28 lutego, Kaj nas nie poznał, gdy odbieraliśmy go z kliniki. Prężył się na moich rękach, wyginając do tyłu głowę i tworząc łuk ze swojego ciała. Trudno było mi znaleźć w samochodzie pozycję, która dałaby wrażenie komfortu.

Wiedzieliśmy już wszyscy. I my, dorośli, umieliśmy nawet nazwać to, co się wydarza – przedśmiertne splątanie. Kaj wyrywał się z rąk i próbował uciekać, ale jego łapy odmawiały posłuszeństwa, miotał się więc po podłodze, próbując stanąć na nogach i utrzymać ciężar własnego ciała. Na zmianę staraliśmy się go przytrzymywać, żeby nie zrobił sobie krzywdy.

– Jego już z nami nie ma – w pewnym momencie powiedział Bobasek, a później wpadł w dudniący do dzisiaj w moim umyśle szloch.

Świadomość, która wdarła się w końcu do naszych umysłów, wywoływała we wszystkich uwewnętrzniany i uzewnętrzniany skowyt, na który każdy zupełnie bez skrępowania mógł sobie pozwolić. 

Lekkie drgawki Kaja po 22. zamieniły się w przerażająco wyglądające drżenie całego zesztywniałego ciała. M. siedział na kanapie i tulił go do siebie. Kiedy Kaj zaczął wyć, podjęliśmy decyzję – bardzo trudną, ale jedyną słuszną. Baliśmy się, że widok odchodzącego w ten sposób psa wywoła traumę wśród młodszych świadków tego strasznego zdarzenia.

Zadzwoniłam do całodobowej kliniki. Pan, który odebrał telefon, zapytał o diagnozę, o chorobę Kaja, której nazwy nie umiałam podać. Tydzień wcześniej mieliśmy w domu zdrowego psa, a teraz musieliśmy się z nim rozstać. Nie zdążyłam się oswoić ani z tym faktem, ani z nazwą dolegliwości, która ostatecznie nam go zabrała. 

– Przewlekłe coś – powiedziałam wtedy – Coś z nerkami.

– Dobrze – odparł pan – Proszę przyjechać i przywieźć ze sobą dokumenty medyczne.

Wyruszyliśmy. Zatrzymaliśmy się samochodem przed przejściem dla pieszych, aby przepuścić przechodnia. Wyprowadzał właśnie swojego psa na spacer, a my naszego wieźliśmy na śmierć. Gdy po jakimś czasie rozmawialiśmy o tym zdarzeniu, wszyscy przyznaliśmy, że ten widok uderzył w sam środek obolałego serca każdego z nas.

W całodobowej klinice czekali na nas pan, z którym rozmawiałam przez telefon, i pani, która miała dokonać eutanazji. Chciała poprosić o dokumenty, ale kiedy zobaczyła Kaja, zrezygnowała.

– To ostatni etap zatrucia toksynami. Mózg został zaatakowany – powiedziała – Ale proszę się nie martwić, piesek nie cierpi. To reakcje neurologiczne.

Siedziałam z Kajem na krześle, a cała reszta stała obok. Pani wstrzyknęła najpierw środek zwiotczający mięśnie, który spowodował, że Kaj ułożył się mięciutko w moich ramionach. Jak kiedyś. Jak zawsze. Następnie podała silnie znieczulający preparat, a później ten, który miał przerwać nić między nami. Czułam spowalniający rytm serca, spokojny, cichnący oddech, ciepło jego ciała. Przez krótką, ostatnią chwilkę.

Pani pozwoliła nam z nim jeszcze jakiś czas zostać, później wróciła i bardzo delikatnie powiedziała:

– Zabiorę go już, bo nigdy się z nim nie rozstaniecie.

Kaj odszedł o 23.30 wtulony w moje ramiona, w otoczeniu całej rodziny. Tylko tyle mogliśmy mu wtedy dać...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz