czwartek, 2 października 2025

wstyd

Miałam kiedyś marzenie, żeby nic nie czuć. Moje życie przez wiele lat było emocjonalnym koszmarem, ale już teraz radzę sobie zdecydowanie lepiej. Trudne stany dopadały mnie nagle, bez ostrzeżenia, i potrafiły sprawić, że w jednej chwili zapadałam się w otchłań niemocy, bólu, lęku i bezsilności. Nie sądzę, że można je nazwać atakami paniki, chociaż z zewnątrz mogło to tak wyglądać. W takich momentach serce zaczynało mi walić jak pralka wypełniona kaloszami i cala zalewałam się potem. Po wszystkim czułam się strasznie zawstydzona. Nie akceptowałam tej części siebie, która wymykała się spod kontroli i powodowała niezły rozgardiasz w moim życiu. Przez całe lata szukałam sposobu, żeby się z tym uporać, ale nagle pojawiające się bodźce psuły w jednej chwili wszystkie moje starania. To mógł być zapach, obraz, dźwięk, który stawał się zapalnikiem do wywołania lawiny emocji, z jakimi zwyczajnie sobie nie radziłam. Może bałam sie dotknąć tego, co tak bardzo bolało, albo po prostu to, co sprawiało tak ogromny ból, było nie do udźwignięcia, a mój organizm chronił mnie w ten sposób przed jego destrukcyjnym wpływem. Nie wiem. I nie wiem też, czy kiedykolwiek uda mi się całkowicie ten ból wyeliminować. Może jedyne, co mogę, to nauczyć się z nim żyć. Wiem na pewno, że wiedza i doświadczenie robią robotę, ponieważ chyba właśnie dzięki nim nauczyłam się dostrzegać symptomy zwiastujące pogorszenie stanu. I jeśli jestem w wystarczająco dobrej formie, umiem nawet nad tym wszystkim zapanować. Nie bez bólu i lęku, ale jednak.

Zaczęłam od tego, że marzyłam o tym, żeby nic nie czuć. I to chyba najgłupsze marzenie, jakie kiedykolwiek miałam. Być robotem pozbawionym odruchów ludzkich w każdej życiowej sytuacji? Robotem, który nie czułby bólu, ale też radości, miłości, troski, jakimi można obdarowywać chociażby własne dzieci? Zrezygnować z ukłuć w sercu wywołanych wzruszeniem, czyjąś krzywdą, czy pięknem rodzącym się z drobnostek? Zamienić się w kamień, który nie dostrzega ani samego siebie, ani całego otoczenia będącego nośnikiem przeróżnych emocjonalnych wrażeń? O, nie! Jakie to było głupie marzenie!

Jestem, jaka jestem. Czasami mam ochotę zapaść się ze wstydu pod ziemię, ale staram się pamiętać o tym, że powinniśmy się wstydzić tylko tych rzeczy, którymi samym sobie albo innym wyrządziliśmy krzywdę.  Choć i to może być wątpliwą kwestią. Nie chcę się już wstydzić bólu, który noszę w swoim sercu, i który w dużym stopniu nakreślił ścieżkę mojego życia. Jest żywym dowodem doświadczeń, przez jakie trzeba było przejść. I przetrwać. Pomimo wszystko. Można z nim żyć i nie czuć się ofiarą. Bardziej raczej jak jedno z istnień, które zmuszone jest mierzyć się z niedoskonałościami. Kto zresztą ich nie ma? Każdy z nas podąża swoją własną, krętą drogą.

O wstydzie mogłabym napisać naprawdę dużo... Ale na dziś zdecydowanie wystarczy. W ramach oswajania wilka. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz