wtorek, 7 października 2025

spotkanie

Ach, metro, meterko. Spotkałam dzisiaj ucznia, który zakończył edukację w liceum 3 lata temu. Usiedliśmy obok siebie, jak wtedy, kilka lat temu, gdy poprosiłam go o pozostanie po lekcjach, ponieważ miał ogromne zaległości, o których chciałam z nim porozmawiać, i jeszcze większe problemy w życiu prywatnym. A że był w klasie humanistycznej i widziałam w nim ogromny potencjał, chciałam w porę zareagować, żeby nie narobił sobie jeszcze większych kłopotów. Podobnych rozmów z uczniami miałam wiele w swojej pracy, ale tamtą pamiętam szczególnie dobrze. Chłopiec opowiedział mi wtedy o swoich zmaganiach i o tym, z czego wynikają jego szkolne problemy. I wcale nie to poruszyło mnie wówczas najbardziej. Kiedy nasza rozmowa dobiegała końca, powiedział:

– I chciałbym panią jeszcze o coś poprosić.

– O co, Krzysiu*?

– Chciałbym poprosić o szczególną delikatność dla Franka  powiedział o koledze,  z którym siedział w ławce  I jakby mogła go pani w najbliższym czasie nie pytać.

– Myślę, że da się zrobić. A możesz mi powiedzieć, dlaczego? 

– Niedawno zmarł jego tata. Franek tego pani nie powie, nie jest w stanie. A ja mówię o tym dlatego, żeby pani wiedziała, że on niczego nie olewa, tylko jest teraz w takiej sytuacji, że po prostu nie daje rady. 

Moje serce uklękło. Pamiętam ten moment bardzo dobrze. Nie mogłam wyjść z wrażenia, patrząc na młodego człowieka, który, chociaż sam potrzebował pomocy, wstawiał się za kolegą. Szczerze, bezinteresownie.

Chłopak, pomimo przeżywanych trudności, zmierzył się z przeciwnościami losu, zdał maturę, dostał się na studia i jest szczęśliwym, młodym człowiekiem, który realizuje swoje pasje. Razem z przyjacielem Frankiem, który dostał się na ten sam wydział. Ba! Na ten sam kierunek! Miałam więc przyjemność usłyszeć dziś o codziennych życiowych przygodach, ale też o planach, osiągnięciach i osobistych fascynacjach spełniającego się młodego mężczyzny. Boże, jak on wydoroślał! Tylko w ekspresji i w spojrzeniu mogłam jeszcze zobaczyć dawnego licealistę, ponieważ mówił jak świergotek. Buzia mu się nie zamykała. A ja siedziałam i słuchałam wszystkiego, co miał mi do powiedzenia. Poczułam głęboką wewnętrzną radość, i przede wszystkim wzruszenie, ponieważ udało mu się wyprostować ścieżki życia, a na ich drodze znalazł światło. Nigdy pewnie się nie dowie, jak bardzo mnie to cieszy.

– Pozdrów Franka! - rzuciłam na do widzenia, gdy wysiadałam z metra.

- Pozdrowię! Będzie mi zazdrościł, że panią spotkałem.

Ach, metro, meterko.

* z premedytacją, żeby chronić prywatność uczniów, zmieniłam ich imiona

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz