Każdy taniec kiedyś się kończy. Gdy przestaje grać muzyka, wciąż ożywiony wewnętrznie człowiek, choć ciało stanęło w bezruchu, żyje minionym zdarzeniem. I trawi, i przetwarza wszystkie powstałe emocje, aż w końcu dochodzi do punku, w którym następuje spokój. Szczególny rodzaj tańca to tango, którego istotą jest dominacja. Można się w nim zamieniać miejscami i zajmować przypisaną określonemu miejscu rolę: przewagę albo uległość.
Długie lata minęły, zanim Marta zorientowała się, w rytm jakiej muzyki wykonuje swoje ruchy i w rytm jakiej muzyki swoje ruchy wykonuje Wojtek. Kiedy wreszcie nastała cisza, oboje byli poturbowani: jedno rozżalone i obolałe, drugie wściekłe i równie mocno rozbite. To pierwsze wzięło winę na siebie, drugie – odepchnęło ją od siebie. A przecież żadne z nich nie chciało zranić drugiej strony i doprowadzić do sytuacji przypominającej piekło na ziemi.
Tym razem przynajmniej kobieta nie wpadła w rolę ofiary, jak zdarzało jej się robić to w przeszłości. Kilka miesięcy wcześniej uraziła Wojtka, mówiąc:
– Widzisz, oboje jesteśmy absorbentami – wywnioskowała wcale nielekko – Umiesz o siebie zadbać i spędzasz czas z tymi osobami, które w danej chwili mogą zaspokoić twoje potrzeby.
Zamiast powiedzieć o tym, co tak naprawdę zrodziło ten wniosek, wyraziła się w sposób, który przybrał formę uogólnienia. Jakiś czas wcześniej Wojtek, zbliżając się do swoich okrągłych urodzin, zapytał podczas rozmowy telefonicznej:
– Który weekend najbardziej by ci pasował, żeby do mnie wpaść?
– W ten, kiedy wypadają twoje urodziny, mam imprezę rodzinną, a dwa tygodnie później wypad za miasto, więc wygląda na to, że weekend między tymi dwoma mam wolny.
– To wspaniale! – zareagował Wojtek – W takim razie środkowy weekend będzie idealny!
Marta bardzo się ucieszyła. Chciała razem z nim dzielić chwile szczęścia, celebrować wspólnie święta, tak przecież robiła z innymi znajomymi i zawsze były to bardzo przyjemne i udane wydarzenia. Po słowach Wojtka poczuła się ważna i z niecierpliwością oczekiwała na dzień, w którym znów się zobaczą.
Na komentarz Marty Wojtek zareagował słowami:
– Obrażasz mnie – tonem nieznoszącym sprzeciwu powiedział mężczyzna, reagując na wcześniejsze uogólniające stwierdzenie Marty – Nic o mnie nie wiesz i nie pozwolę się tak traktować.
– Nie ma nic złego w tym, że człowiek zaspokaja potrzeby – kobieta próbowała jakoś wyprostować sytuację, ale im więcej mówiła, tym spięcie stawało się większe.
Dzień swoich urodzin Wojtek spędził z bliskimi w rodzinnej miejscowości, czas, kiedy miał się spotkać z Martą, z innymi znajomymi. Poczuła się pominięta, nieważna.
– Przepraszam. Nie chciałam cię zranić – dodała tak żałośnie, że aż załamał jej się głos – Nie miałam takiej intencji.
Zanim doszło do rozmowy z Wojtkiem, obiecała sobie, że nie będzie wspominać o swoim samopoczuciu. Widocznie – pomyślała wtedy – nie była mu wystarczająco bliska, dlatego zmienił zdanie co do zaproszenia.
Mężczyzna sprawiał wrażenie, jakby usłyszał coś zupełnie innego, niż Marta w rzeczywistości powiedziała, i podczas rozmowy skrytykował ją, oskarżył, umniejszył, podważył w każdym aspekcie, swoim tonem i komunikatami ustawiając ją w pozycji podporządkowanej. Wydawało jej się, że uderzyła w jakiś czuły punkt, co spowodowało, że poczuł się zaatakowany. Jakby walczył z przekonaniem, które wcześniej ktoś musiał mu wpoić. Nie poznała go, czuła, jakby nagle z jego twarzy zsunęła się maska skrywająca jakieś mroczne oblicze. A ona wcale nie chciała go ani atakować, ani ranić. Nie musiał jej niczego udowadniać. Rozkochała się najpierw w jego twórczości, o czym on sam jeszcze nie wiedział, w jego wrażliwości, uważności i dobroci. Zbliżyła się, gdy nabrała pewności, że jest osobą, której można zaufać. Stało się, że zostali ze sobą dłużej i dali sobie szansę.
Wzięła na siebie odpowiedzialność za każde wypowiedziane słowo i za każdy gest, jaki wykonała, ale nie chciała brać odpowiedzialności za coś, czego nie powiedziała. Długo pracowała nad tym, żeby nauczyć się bronić własnego zdania. W przeszłości wmawiano jej intencje, jakich w sobie nie miała, dlatego teraz znów poczuła się jak mała zraniona dziewczynka, którą zmusza się do potwierdzenia czegoś, co nie jest prawdą.
Od tamtej pory wszystko zaczęło się sypać, chociaż Marta dokładała wszelkich starań, by poprawić sytuację. Rozpoczął się taniec podporządkowanej z dominującym, w którym cyklicznie zamieniali się rolami, wykorzystując do osiągnięcia celów manipulację.
– Bardzo źle czuję się z tym, że tak rzadko ze sobą rozmawiamy. Chciałabym, żebyśmy mogli częściej się kontaktować – powiedziała podczas rozmowy z mężczyzną.
– To prawda – zareagował mężczyzna – Powinniśmy coś w tym względzie zmienić.
A potem nastawała cisza. Jak w jakiejś grze w ciepło-zimno mającej uregulować odległość między nimi. Miłe spotkania, po których następowało milczenie, które sprawiało, że Marta czuła się bardzo zdezorientowana. Wieczorem rozmawiali ze sobą, a następnego dnia nie zareagował na wiadomość, po czym po tygodniu zadzwonił i jak zwykle powiedział:
– Bardzo cię kocham.
Marta tak bardzo potrzebowała tej miłości, że zaczęła o nią walczyć, próbując na różne sposoby udowodnić, że na nią zasługuje. Zaznaczała swoją obecność coraz rzadszymi wizytami, ale też – i chyba przede wszystkim – uległością wyrażaną w różnych formach. Tak jak Wojtek próbowała regulować odległość, lecz w przeciwieństwie do niego chciała ją skracać. Nie zdawała sobie sprawy, że chodzenie przy kimś na paluszkach to też manipulacja – typowa dla podporządkowanych. Gdy wreszcie to odkryła, poprosiła o szczerą rozmowę:
– Chciałabym z tobą porozmawiać o czymś, co jest dla mnie bardzo ważne i trudne. Dotyczy naszej relacji. Odezwij się, proszę, jak znajdziesz na to gotowość.
– Dobrze – odparł Wojtek, ale nie zrobił niczego, żeby zainicjować rozmowę.
Po długim czasie dostała w końcu szansę na to, żeby się wypowiedzieć. Mogła wreszcie zakomunikować, że czuje, że bardzo się od siebie oddalają. W stosunku do tego, jak było wcześniej, kiedy rozmawiali ze sobą codziennie, wiele się zmieniło. A taka zmiana była dla niej bardzo trudna. Chciała więc zapytać, czy mogliby znaleźć jakieś wspólne rozwiązania, żeby on – dominujący – nie czuł się osaczony, a ona – podporządkowana – nie czuła się zaniedbana. Zanim doszło do spotkania, wysłała wiadomość z prośbą o stworzenie warunków, w których będą mogli z szacunkiem i spokojnie ze sobą porozmawiać. I znowu rozpętała się wojna. W przestrzeni między wierszami.
Nie przepraszała. Zamiast wejść w rolę ofiary, uświadomiła sobie, jaki mechanizm nią powodował, gdy przygotowywała się do rozmowy, i wyciągnęła wnioski.
Do spotkania nie doszło. W przestrzeni między wierszami bardzo się poranili, choć żadne z nich tego nie chciało. Taniec się skończył, ruchy ustały i pozostał tylko przeogromny ból.

Ten ból to lekcja, która pozostaje po tańcu. Trzeba ją odbyć, przeanalizować i wyciągnąć z niej wnioski na przyszłość. I głęboko wierze w to, ze te najboleśniejsze lekcje - dają nam największa sile, otwierają oczy i najefektywniej uczą.
OdpowiedzUsuńCałuję :*
Mądrego to aż miło posłuchać.
UsuńDziękuję
OdpowiedzUsuńezwymiarowe. Słowa i tekst mają jeden wymiar. Aby powiedzieć to co się czuje, trzeba mieć zdolność budowania z zerowego do pierwszego wymiaru. Można to trochę porównać do rysowania ze słownego opisu, czy rzeźbienia na podstawie rysunku. Wypełnienie luk przy przejściu z niższego do wyższego wymiaru jest trudne, niektórzy z nas mają tę umiejętność, inni zakłądają, że druga osoba wie o co nam chodzi, nawet jeżeli luk nie wypełnimy. Skutki tych założeń bywają dramatyczne ...
OdpowiedzUsuńDziękuję za uwagi. Są dla mnie bardzo cenne i skłaniają do zmodyfikowania tego, co napisałam. Czasami zamiast tworzyć, pozwalamy ponieść się emocjom, a wtedy wychodzi, jak wychodzi ;) Pozdrawiam serdecznie!
Usuń