Prawie dwa lata temu otrzymałam od Iskry książkę. Byłam bardzo zaskoczona, a jednocześnie zaciekawiona tym, co jest w niej napisane. Zawsze wydawało mi się, że osoba, która pożycza albo daje mi jakąś książkę, dzieli się kawałkiem swojej wrażliwości. I w tym przypadku na pewno się nie pomyliłam.
Taniec szczęśliwych cieni to te momenty w życiu, które wplecione są w codzienność i zdarzają się bez zapowiedzi, a pozostawiają nas z wrażeniem ciepła, spokoju, spełnienia i szczęścia. Są niczym innym jak właśnie iskierką nadziei rozjaśniającą mroki istnienia.
Książka składa się z opowiastek dotyczących różnych bohaterów i ich doświadczeń. Każdy rozdział to osobna historia otwierająca na nowo i zaspokajająca ciekawość. Autorce, oprócz wspomnianej wyżej iskierki nadziei, udało się wydobyć okruszek dobra z każdej, nawet bardzo przykrej, sytuacji, w jakiej znaleźli się bohaterowie historyjek.
Jednym z cieni, tych dobrych, tańczących, z mojej przeszłości jest moment, gdy miałam kilka lat. Sześć, może siedem, nie więcej. Było lato i bawiłam się akurat na dworze, kiedy przydarzył mi się wypadek. Z powodu zbyt szybkiego biegu straciłam równowagę i rozbiłam sobie kolano. Chociaż bardzo mnie bolało i sączyła się krew, nie płakałam. Kucnęłam, przyłożyłam do niego babkę, o której wiedziałam, że ma właściwości lecznicze, i wtedy właśnie podszedł do mnie nieznajomy pan – sądzę, że mógł mieć jakieś 30 lat.
– Co się stało? – zapytał miękkim, ściszonym głosem, a potem pochylił się nade mną, okazując przy tym szczerą troskę, co wprawiło mnie w głębokie osłupienie.
W odpowiedzi odsunęłam pseudoopatrunek i pokazałam rozbite miejsce.
– Straszna rana. To naprawdę musi nieźle boleć – powiedział, a ja poczułam się jeszcze bardziej oszołomiona.
Po chwili zrobiło mi się niewyobrażalnie smutno, tak bardzo, że aż ścisnęło mnie w gardle. Jakby ktoś nagle wbił dłuto w sam środek takiej rany, która spoczywa na samym dnie krwawiącego i obolałego serca, i której nie widać gołym okiem. Pomyślałam od razu, że to przecież nic wielkiego – ot, skaleczone kolano. Byłam też pewna, że sama jestem sobie winna, biegłam przecież za szybko, więc nie mam nawet prawa rozczulać się nad sobą.
Pan obmył mi ranę wodą z butelki i przyłożył do niej chusteczkę.
– Już troszkę lepiej? – zapytał po chwili, a ja na znak potwierdzenia kiwnęłam głową – Nie martw się, do wesela się zagoi.
Boże Drogi, jak mi się wtedy zachciało płakać…


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz