piątek, 5 stycznia 2024

wiatr w żagle

Kiedy Małgosia przelała na papier wspomnienia z lat minionych (ba! wyrzygała je po prostu!), poczuła się uwolniona od nich na tyle, że przestała wreszcie bezradnie tkwić w przeszłości i mogła ponownie spróbować ułożyć sobie życie. Poukładała na półkach świadomości przebłyski wspomnień, zamiotła wokół starannie, posegregowała bolesne skrawki i stworzyła jakiś swoisty porządek we własnej głowie. Zrozumiała, i ten wniosek chyba okazał się dla niej kluczowy, że nie może mieć wpływu na zdarzenia, które wydarzyły się dawno temu, i nie może, co bolało ją już wtedy trochę mniej, zmienić swojej przeszłości, może natomiast spróbować zbudować swoją własną przyszłość. Z ogromnym uporem zatem zaczęła realizować wyznaczone cele, a siłą do walki było czerpanie radości z realizowania drobnostek. Pomyślała, że warto by spróbować spełnić marzenia, jakie kiedykolwiek zrodziły się w jej umyśle, a to stało się motorem do dalszych działań. 

– Postanowione – stwierdziła definitywnie – Koniec. Kropka. Gwiazdka.

W worze, do którego wrzuciła wszystkie swoje pragnienia, znalazły się zarówno malutkie tęsknotki, jak i ogromne zamierzenia, które postanowiła zrealizować w przyszłości. Chciała wyjść za mąż, kupić mieszkanie, mieć psa, zrobić prawo jazdy… Wyliczała lekko i zapisywała w pamiętniku wszystkie pomysły. I nie widziała przeszkody, która miałaby jej uniemożliwić osiągnięcie tego wszystkiego, czego pragnęła. „Jest misja, jest działanie” – myślała, a każdy osiągnięty cel, czy każde spełnione marzenie było krokiem w przyszłość. I o to właśnie chodziło. Małgosia nie miała wielkiego wyboru. Mogła stanąć w miejscu i pozwolić, aby pochłonęła ją przeszłość, albo ruszyć do przodu i brnąć w przyszłość, przedzierać się przez codzienność i nie pozwolić sobie na utonięcie. 

Po opuszczeniu rodzinnego domu w relacjach międzyludzkich poniosła całkowitą porażkę chyba z tego powodu, że przenikał ją lęk. Nawet jeśli jakimś sposobem starała się przylgnąć do otoczenia, zawsze czuła swoją odrębność, jakby oddzielała ją od ludzi ogromnie gruba tafla szkła. I kiedy dryfowała przez życie, rozpaczliwie starając się powstrzymać trawiący ból, czuła się jak element układanki, którego nie dało się w żaden sposób nigdzie dopasować. Postanowiła być serdeczna dla ludzi, uprzejma i pomocna, ale jednocześnie zdystansowana, żeby nikt nie mógł jej skrzywdzić. Zaczęła karmić się wrażeniami, które dawały radość i spełnienie i uszczęśliwiały ją w jakiś sposób. Z pasją wykonywała wszelkie czynności, a to dawało ogromną satysfakcję, ponieważ zadanie wykonała najlepiej, jak tylko potrafiła. Ujmowały ją teksty Agnieszki Osieckiej i przestała przejmować się tym, że lubi słuchać staroci. Po prostu słuchała tego, co koiło młode zmysły. Zaczęła okrywać swoje ciało ciepłymi barwami, a to sprawiło, że udało się w dużej mierze zaakceptować samą siebie. Otulała ją zieleń, ogrzewał  brąz, rozpromieniał rudy, ukrywała czerń, a takie zabiegi jak przywdziewanie odzieży konkretnej barwy sprawiały, że niewytłumaczalnie czuła się bezpieczniej. To dziwne, i irracjonalne zarazem, że w chłodnych barwach czuła się bardzo nieswojo.

W momentach, gdy budziły się wspomnienia sprzed lat i próbowały zawładnąć umysł Małgosi tak, że trudno jej było trwać w rzeczywistości, wyruszała na długie wyprawy, aby dać upust nagromadzonym emocjom. Taki wentyl bezpieczeństwa zapobiegający eksplozji, jaka mogłaby nastąpić, gdyby żale nie znalazły ujścia. 

Mazury poznała przypadkiem, ale gdy już je poznała, wracała w tamte strony zawsze, gdy potrzebowała uciszyć rozżaloną duszę. Odnalazła tym samym swoją własną oazę, w której starała się odszukać jakąś zagubioną dawniej część siebie, i w której mogła ukrywać się przed światem w gęstych zaroślach mazurskich lasów i otulać się przyrodą jak wełnianym, grubym pledem, co pozwalało dziewczynie odczuwać upragnione ciepło. Gdy nie miała możliwości wyjazdu, pokonywała pieszo kilometry, aż emocje opadły, a rozszalałe wspomnienia ucichły. Zamiłowanie do długich spacerów, czasami kilkugodzinnych, odkryła dawno temu i każdorazowo, gdy tylko obudziła się we wnętrzu jakaś tęsknota, wyruszała w drogę. Oswobadzała w ten sposób nie ciało, ale ducha, i udowadniała sobie, że wszystko jest możliwe. Tak niewiele i tak dużo jednocześnie robiła dla siebie i zyskiwała tym samym błogie ukojenie, bo nie trwała w przymusie, tylko działała zgodnie z własną wolą. 

*

Małgosia wciąż bała się osądu swojej osoby i oskarżenia, dlatego postanowiła na zawsze ukryć przed światem prawdę o przeszłości. Słowa wypowiedziane przez arcybiskupa Kościoła odebrała jak uderzenie kamieniem w twarz:

– Wielu molestowań udałoby się uniknąć, gdyby relacje między rodzicami były zdrowe – powiedział dziennikarzom – Często wyzwala się ta niewłaściwa postawa czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I jeszcze zagubi się samo, i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga.

Ot co. Esencja zawarta w kilku zdaniach, mogąca nakłonić do wysnucia trafnego wniosku, że problem jest bardziej złożony, niż komukolwiek mogłoby się wydawać, i skłaniająca Małgosię do myślenia, że swoją postawą sprowadziła na złą drogę własnego kata.  

Opinie, na które natknęła się w mediach, skłaniały również do myślenia, że ludzie sądzą, że najgorsze cechy ciemiężyciela przechodzą na ofiarę. Zresztą to społeczność przypina łatki: „ofiara molestowania”, „ofiara bicia”, i piętnuje, a ona bardzo nie chciała zostać napiętnowana, dlatego milczenie okazało się słuszne. Miała, co prawda, czasami ochotę poskarżyć się komuś na swój los albo wypłakać się w czyjeś ramiona, ponieważ jednak bardzo trudno było jej komukolwiek zaufać, nie umiała wyrazić się w żaden sposób i pomyślała ponadto, że zwierzenie się osobie obcej byłoby poniżające. Prosić kogoś obcego o pomoc i liczyć na jego łaskę… I ostatecznie doświadczyć zranienia. 

*

Dziewczyna odnosi wrażenie, że to właśnie przez psychiczne osamotnienie, które pochłonęło duży kawał jej młodego życia, mogła wreszcie zrozumieć, kim jest, i utwierdziła się w przekonaniu, że obok niej od wielu lat stał anioł w ludzkiej postaci, który każdym ciepłym gestem odpychał ją od niebezpieczeństw. Anioł, który pozwalał na samotność, gdy najbardziej jej potrzebowała; który nie starał się wchodzić głębiej w życie Małgosi, niż była na to gotowa; który słuchał uważnie tego, co miała do powiedzenia, i okazywał zrozumienie dla tych słów, które wypowiadała, i dla tych słów, których nie chciała wypowiedzieć, aby nie wpuścić go do swojego ponurego świata.

Kiedyś, długo po załamaniu, gdy była już wystarczająco silna, a jej życie stało się harmonijne, odczuła wewnętrzną powinność powiedzenia przyjacielowi o wydarzeniach z przeszłości.

– Nie musisz mi o tym mówić – powiedział, zanim zaczęła – Chyba że naprawdę tego chcesz.

Małgosia zdała sobie wówczas sprawę z własnego ograniczenia, a próba pokonania go byłaby przymusem. Nie umiała ani nazwać krzywdy, jakiej doświadczyła, ani wydusić z siebie prawdy, więc ostatecznie nie wpuścili mętnej przeszłości do ich wspólnego życia.

Kiedy Małgosia zobaczyła wzrok przyjaciela, pełen zrozumienia i pełen przenikającego ją całą ciepła, wtuliła się w niego najmocniej, jak tylko było możliwe. Objął ją wtedy całym sobą, co dało dziewczynie poczucie bezpieczeństwa, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyła, i całując jej głowę, szepnął:

– Już dobrze.

*

Małgosia długo nosiła w sobie pragnienie upodobnienia się do reszty świata, pragnienie bycia zwyczajną dziewczyną, ale po wielu nieudanych próbach, które doprowadzały z reguły do ogromnej kompromitacji, zrezygnowała ze starań. W jednym z takich momentów jednak, kiedy jakaś cząstka jej koniecznie chciała przylgnąć i upodobnić się do reszty, mając wiedzę o poczynaniach znajomych, zapytała:

– Czy uważasz, że i my moglibyśmy już to zrobić? – ot tak, zupełnie bez zastanowienia.

– Absolutnie nie – odparł stanowczo przyjaciel.

– Dlaczego nie?

– Bo nie jesteś na to gotowa.  

I rzeczywiście, kiedy miał nastąpić ich pierwszy raz, nie pytała, nie zastanawiała się nad gotowością, tylko po prostu…

Tamtego wieczoru, po dniu, w którym udało się osiągnąć coś bardzo ważnego i kiedy rozmawiali o sukcesie z nieposkromioną radością w głosach, a całe ich wnętrza przepełnione były niemożliwym do opisania szczęściem, zbliżyli się do siebie.

Piękno takich wydarzeń zawiera się właśnie w tym, że nie są planowane ani przemyślane i stanowią spełnienie dwóch zakochanych w sobie ludzi. A w tym spełnieniu, kierowanym prawdziwą miłością i namiastką wewnętrznej harmonii, Małgosia była bezpieczna. I kiedy ból wkradł się niepostrzeżenie, ponieważ obudziły się w umyśle wspomnienia sprzed kilku lat, wystarczyło ciche „już nie” z jej strony i przyjaciel automatycznie wycofał się.

– Przepraszam – powiedziała, kiedy psychiczna blokada okazała się silniejsza od woli.

– Nic się nie stało – odpowiedział – Powolutku.

Później objął ją i był. Po prostu był i nie pozwolił, żeby przez swoją niedoskonałość poczuła się jak zużyty i wybrakowany towar.

– Nie od razu zbudowano Rzym – zażartował, a jego głos przepełniony był szczerym zrozumieniem i cierpliwością, dzięki którym blokady musiały w przyszłości runąć – Małymi kroczkami dojdziemy do celu.

Małgosia odświeża i pielęgnuje w swoim umyśle wspomnienie tamtej chwili przeżytej z przyjacielem i wspomnienia wielu innych cudownych chwil, których ofiarodawcami byli dobrzy ludzie, jakich spotkała na swojej drodze. Bo tak jak dobre słowa, czy iskra życzliwości, z którymi budowała siebie, tak i miłe wspomnienia stały się pierwiastkiem ciepła jej istnienia. Okazało się ponadto, że przestała patrzeć na samą siebie jak na osobę skrzywdzoną w przeszłości, a zaczęła widzieć postać idącą w przyszłość, spełniającą marzenia, realizującą cele, a podmuchem wiatru w żagle stały się słowa Sienkiewicza:

[…] nieszczęście ma to do siebie, iż stoi, a człowiek czy chce, czy nie chce, musi iść w przyszłość, więc odchodzi od niego coraz dalej. Wlecze się wprawdzie za człowiekiem nić bólu i pamięci, ale coraz cieńsza, albowiem siła rzeczy jest taka, że żyje się jutrem.

I chociaż wciąż przenika ją ogrom niepokonanego lęku, z którym każdego dnia podejmuje nową walkę, jest właśnie taka, że uczepia się jak rzep psiego ogona wszystkiego, co dobre i pozytywne, i z tym podąża w przyszłość. To coś, co ją określa. I choć zbudowała siebie z niezliczonej ilości strzępków, jej fundamentem są miłe słowa, przyjemne doznania, konstruktywne wnioski i cała masa pozytywnych fluidków od otaczających ją ludzi.

I tak oto powstają mity.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz