wtorek, 16 stycznia 2024

rozstanie

Historii wielkiego zagubienia jest wiele i mają one zwykle swój początek we wczesnym dzieciństwie, ciągną się później za człowiekiem jak pajęcza nić, a zdrowy rozsądek siedzi cichutko w kącie i kpi. Albo przygląda się uważnie wszystkim poczynaniom i zachodzi w głowę, jak to możliwe, że osoba, która wie całkiem dużo, wciąż wpada w pułapki wyuczonych mechanizmów.

Teraz przynajmniej Marta umiała już płakać i mogła wylewać ze łzami każdy zrodzony ból. Zupełnie inaczej było w liceum, kiedy chowała się w szkolnej łazience, by ukryć przed światem upokorzenie, żal i przeogromny wstyd. Przykre emocje rozsadzały wtedy jej wnętrze, a ona sama gubiła się w labiryncie życia, w którym nie potrafiła znaleźć właściwej drogi.

Nie zaproszono jej nigdy na urodziny. Kiedy w klasie maturalnej rówieśnicy urządzali osiemnastki, nikt nawet przez chwilę nie pomyślał o Marcie, o kimś, kto sam wiedział, że nie zasługuje na miłość, troskę i uwagę. Dziewczyna przyzwyczaiła się do faktu, że na lekcjach zawsze siedzi sama, i do faktu, że świat nie da jej tego, czego ona sama nie ma w sobie. Jest on przecież jak lustro odzwierciedlające każdy aspekt ludzkiego istnienia.

– Mamo – powiedziała Marta podczas któregoś z weekendów – Jestem głupia, brzydka i nikt mnie nie lubi. I nigdy nie spotkam nikogo, kto mnie pokocha.

– Przestań – jak zwykle ostro odparła matka – Każda potwora znajdzie swojego amatora. Zajmij się lepiej czymś pożytecznym, zamiast użalać się nad sobą. 

– Mam problem – ciągnęła dziewczyna – I nie wiem, jak sobie z nim poradzić.

– Czekaj, czekaj – kobieta nagle się ożywiła – To mówisz, że matury zaczną się w tym roku w środę? Masz bardzo niewiele czasu, żeby się przygotować.

Potem wzięła do ręki małą karteczkę, na której zaczęła spisywać listę zakupów na niedzielę.

– Zrobimy rosołek, więc tak – kontynuowała matka – Trzeba kupić włoszczyznę i mąkę. Domowy makaron jest najlepszy.

Dziewczyna nauczyła się milknąć w sytuacjach, w których nie było przestrzeni do szczerej rozmowy. Przerażała ją złość matki, dlatego za każdym razem, gdy wyczuła niewygodę konwersacji, rozpromieniała się i uśmiechała szeroko, by dać wyraźny sygnał, że zamyka sprawę. Uczyła się tego przez bardzo długi czas.

Siedziały wtedy razem przy kuchennym stole. Marta miała wówczas około trzynastu lat i gdy wreszcie zebrała się na odwagę, by powiedzieć o swoim problemie, z ciężkością w głosie i z wielką obawą w sercu zapytała:

– Mamo, czy mogłabym ci o czymś powiedzieć?

Matka natychmiast zesztywniała mentalnie, a wyraz jej twarzy zdradzał pulsującą w jej wnętrzu wściekłość. Ostentacyjnie odwróciła wzrok i w dalszym ciągu,  ukazując mimiką znużenie zmieszane z poirytowaniem, lepiła ruskie pierogi. Teraz jednak, gdy córka poprosiła o rozmowę, jej ruchy stały się bardzo nerwowe i chaotyczne. Jakby chciała krzyknąć całą sobą „przestań!”.

– Nastaw wodę – powiedziała ostro – Zobacz, która godzina. Obiad jeszcze niegotowy.

– Ale, mamo – spróbowała raz jeszcze Marta.

– Przestań! – krzyknęła nagle matka i odskoczyła od córki jak spłoszone zwierzę – Pewnie znowu zapomnisz o soli – dodała z oburzeniem w głosie.

– Dodałam soli – uspokoiła Marta, odruchowo kryjąc prawdziwe uczucia, żeby nie stracić odrobiny uwagi, jaką poświęcała jej matka podczas spotkań w kuchni – Wiesz? Dostałam piątkę z historii.

Lata doświadczeń nauczyły ją niewłaściwych sposobów reagowania i chociaż już o tym wiedziała, wciąż popełniała te same błędy. Lgnęła do ludzi, którzy tak jak matka rzucali w jej kierunku okruchy ciepła, a im bardziej ją odrzucali, tym bardziej starała się udowodnić, że jest warta uczucia. W relacjach z mężczyznami, żeby im się przypodobać, zaprzedawała całą siebie.

– Nauczyłam się jasno komunikować swoje potrzeby – powiedziała już jako dorosła kobieta podczas rozmowy ze swoim wewnętrznym głosem – I chociaż rozmówca reaguje na nie z aprobatą, nic w naszej relacji się nie zmienia. Jakby nie słyszał tego, co mówię. Albo jakby, co wewnętrznie bardzo mnie rani, celowo ignorował moje potrzeby.

– Czemu należy zaufać? – zapytał wewnętrzny głos – Słowom czy czynom?

– Czynom – ze smutkiem w głosie odpowiedziała Marta.

– Słowa, które nie mają potwierdzenia w czynach, są nic niewarte. 

– Dlaczego wciąż popełniam te same błędy? Uśmiecham się, gdy mam ochotę się rozpłakać. Udaję, że nic się nie stało, zamiast się obrazić.

– Widocznie wciąż nie wierzysz, że zasługujesz na miłość i akceptację. 

– I boję się odrzucenia, nawet jeśli stało się ono faktem i powinnam je zaakceptować.

– Dojrzałość pojawia się wtedy, kiedy człowiek przestaje żyć złudzeniami.

Nic w życiu nie jest czarne albo białe i kobieta doskonale o tym wiedziała, wierzyła ponadto, że wszechświat w całej swojej zawiłości jest dobry. 

– On mnie już po prostu nie chce, ale brak przestrzeni do rozmowy czy brak odpowiedzi na potrzeby wcale nie musi oznaczać braku miłości – powiedziała po chwili Marta.

– Uwaga na złudzenia – natychmiast zareagował wewnętrzny głos – Prawdziwa miłość wyraża się w działaniach. Pamiętasz o tym?

– Wiem, wiem – uśmiechnęła się kobieta – Ale odrzucenie może mieć różne źródła i może na przykład być wynikiem lęku.

– Lęku? – zaciekawił się głos.

– Tak. Lęku przed zranieniem, oskarżeniami, porzuceniem, odsłonięciem własnej niedoskonałości. Czasami, gdy bardzo się czegoś boimy, po prostu się chowamy. I ja akurat dobrze o tym wiem.

– I co teraz zrobisz?

– Nic. Po prostu puszczę.

– Tak po prostu? – zdziwił się głos. 

– Może nie aż tak po prostu, ale zrobię to, ponieważ bardzo go kocham.

– Powiedziałaś mu, że go kochasz?

– Nigdy nie zrobiłam tego słownie, a teraz nie mogę tego powiedzieć.

– Dlaczego?

– Teraz byłaby to manipulacja. Wiążąca i uniemożliwiająca odejście, a chcę pozostawić mu wybór. Jeśli zdecyduje się zostać w moim życiu, znajdzie sposób, żeby pokazać mi, że jestem dla niego ważna. 

Marta długo nie umiała odpuścić. Nie było jej łatwo. Nieustannie powracały myśli przekonujące ją o własnej winie i odpowiedzialności, dlatego z całych sił próbowała wcześniej wszystko naprawić. Bywała pewna, że wybrała zły moment, inicjując rozmowę, zadzwoniła w najmniej pożądanym momencie, zadała niewłaściwe pytanie, odsłoniła niepotrzebnie swoje trudne przeżycia, a powinna być przecież zawsze pogodna i zarażająca dobrym humorem, powiedziała coś, co mogło mężczyznę urazić, i bardzo tego żałowała. Teraz jednak rozumiała już wszystko. Znalazła w końcu w sobie siłę, by móc wypowiedzieć wewnętrznie: „Chociaż bardzo cię kocham i bardzo mnie to rozstanie boli, pozwalam ci odejść”.



6 komentarzy:

  1. lubię twoje autorstwo.. dużo w nim ciepła i mądrości

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękny wpis o wewnętrznym dojrzewaniu i samoświadomości

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się. To również wpis o dotarciu do jakiegoś punktu w życiu. Dziękuję za komentarz :)

      Usuń
  3. Każdy doświadczył to na swój sposób. Super opowieść, taka realna i o każdym człowieku.
    Pisz dalej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za te słowa. Zależy mi, żeby to, co piszę, nosiło znamiona uniwersalizmu. Będę pisać. Bo muszę :))))

      Usuń