Na śmierć zawsze jest za wcześnie. I chociaż czasami sami dochodzimy do wniosku, że jest ona najlepszym rozwiązaniem, gdy na przykład człowiek obok nas wije się z bólu, przez który nie może nawet wziąć oddechu, wewnętrznie trudno nam się rozstać. Bijemy się z myślami, prosimy los czy Boga o cud, mentalnie i całym sercem mocno trzymamy, nawet jeśli zdrowy rozsądek pomaga nam powiedzieć: idź. Niezależnie jednak od naszego stanowiska koniec i tak nadchodzi.
Wiedziałam, że choroba nowotworowa, z którą Krysia walczyła od kilku lat, w końcu mi ją zabierze. Historii podobnych do mojej jest wiele i żadna z nich nie ma cudownego zakończenia. Na końcu drogi pozostają łzy, ból, tęsknota, uczucie niedosytu, a czasami nawet bezsilność. Obezwładniająca, ponura bezsilność, która jest tylko potwierdzeniem tego, że mamy naprawdę niewielki wpływ na nasze życie, chociaż osiągając sukcesy, realizując się zawodowo czy rodzinnie, czy jakkolwiek inaczej, wydaje nam się, że to nasze życie mamy w garści. Ślepy los jednak koryguje nasze przekonania, dostarczając niezliczonej ilości przykrych doświadczeń, i uczy pokory.
Zmroziło mnie, gdy zadzwonił syn Krysi. Długo wpatrywałam się w wyświetlacz telefonu, zanim zdecydowałam się odebrać. Kilka lat wcześniej, już wtedy zmagała się z chorobą, odbyłyśmy ważną rozmowę.
– Gdy długo milczysz – powiedziałam wtedy – Bardzo się martwię. W moim umyśle rodzą się najgorsze myśli.
– Umówmy się w takim razie, że zdajemy sobie raporcik co najmniej raz w tygodniu – odparła – Ja piszę lub mówię o tym, co u mnie, a ty, co u ciebie.
– Zgoda.
– Jak się nie odezwę, będzie wiadomo – powiedziała niby lekko, a jednak wyczułam w jej głosie nutę bólu i niezgody na to, co miało nastąpić.
Ta chwila zbliżała się wielkimi krokami i doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. W ostatnich tygodniach opuściły ją siły, głos stracił na mocy, a ona sama stała się nieobecna. Jakby jedną nogą była już po tamtej stronie. Mimo wszystko starała się utrzymywać kontakt z tym światem, ze mną.
"Widzę, że jesteś nocnym markiem" – napisała do mnie po północy miesiąc przed śmiercią, gdy zauważyła umieszczony przeze mnie post na Facebooku, który pojawił się kilka minut wcześniej – "Ja właśnie ożyłam na chwilkę i już wracam w objęcia Morfeusza".
Później przesypiała już niemal całe dnie, ale w krótkich momentach aktywności zaglądała do telefonu, żeby przesłać kilka słów.
"Jak się dziś czujesz?" – zapytałam pod koniec września.
"Przysypiam" – odpowiedziała – "Ciśnienie mam 80 na 51. Włączę TVP, to mi się pewnie podniesie".
Odebrałam w końcu telefon, robiąc to w stylu kota – bez pośpiechu, na sztywnych wyprostowanych łapach, z ogromną wewnętrzną obawą, jakby od niechcenia. Myślałam chyba, że jeśli zrobię to opieszale, wszystko jeszcze da się zatrzymać.
– Mama jest w szpitalu – powiedział syn Krysi podczas rozmowy – Prosiła, żebym do ciebie zadzwonił. Myślę, że to już koniec.
Rzuciłam wszystko i ruszyłam w drogę. Z bólem w sercu i z ogromną obawą, że mogę nie zdążyć. Bardzo chciałam ją jeszcze chociaż raz zobaczyć. Gdy wchodzi się do szpitala ze świadomością, że spotkanie, które za chwilę nastąpi, będzie ostatnim spotkaniem, słyszy się bicie własnego serca i ma się wrażenie, że za chwilę wyskoczy ono z klatki piersiowej. Czułam, jak pot spływał mi po plecach, z pośpiechu, z emocji, z przegrzania, ale w środku mnie hulał mrożący chłód. Weszłam tylko po to (i aż po to!), żeby ciepło się do niej uśmiechnąć, pobyć jeszcze przez chwilę obok, razem, i puścić, wyrażając swoją postawą głęboki spokój. W środku ryczałam jak katowane zwierzę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz