Z Magdą Umer przeżyłam swoją młodość i dorosłość, może właśnie dlatego wiadomość o jej śmierci zwaliła mnie z nóg i doszczętnie rozwarstwiła. Koniecznie musiałam odciąć się od Internetu i wszelkich informacji na jej temat pojawiających się w sieci. To zbyt dużo.
Byłam wtedy w pierwszej klasie liceum, gdy koleżanka z Oazy pożyczyła mi kasetę z piosenkami Umer. Zakochałam się w niej od razu i właśnie dzięki śpiewanej przez nią poezji zaczęłam wierzyć, że są na świecie ludzie o niezakłamanej delikatności i wrażliwości. Marzyłam o spotkaniu kogoś takiego, ale przede wszystkim o spotkaniu właśnie jej. W tamtym czasie to marzenie wydawało się tak odległe, że wręcz niemożliwe do spełnienia.
Później, już po wyjeździe do Warszawy, słuchałam piosenek Magdy Umer na płytach. Jeszcze wtedy, we wczesnych latach dwutysięcznych, YouTube nie był tak popularny jak teraz, albo może wcale go nie było, dlatego zaopatrzyłam się w nagrania na krążkach CD. I karmiłam się jak zawsze każdym śpiewnym słowem i ciepłym głosem wykonawczyni, który koił, i koi do dziś, moje zmysły.
Nie chcę dziś pisać o bólu. Jeszcze nie dziś. Na razie układa się mięciutko w moim sercu, by znaleźć należne sobie miejsce. Wiem, skąd się wziął, ale wydaje mi się, że jego istnienie i pojawienie się z taką intensywnością może być niezrozumiałe. Szczególnie dla tych, którzy nie mają pojęcia, czym jest los wygnańca.
Marzenia się spełniają. 16 września 2017 roku spotkałam się z Magdą Umer. Mogłam nawet zamienić z nią parę słów, ponieważ tłum, który wcześniej ją otaczał, bardzo szybko się ulotnił.
Dlaczego więc chce mi się płakać na wspomnienie tamtej chwili? Bo była piękna? Poruszająca? Bo stanowiła spełnienie marzenia dawnej, zagubionej mnie, która przetrwała chyba właśnie dzięki jednemu z takich wielkich pragnień?


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz