Wandzia czekała. Od zawsze chyba, bo gdy próbowała sobie przypomnieć, kiedy to czekanie miało swój początek, zapadała się bezowocnie w zakamarki pamięci, która, bądź co bądź, nigdy nie płatała jej żadnych figli. Pamiętała przecież, jak po raz pierwszy zobaczyła blat stołu i leżący na nim chrupiący chleb, stając na paluszkach i przytrzymując się krawędzi mebla, żeby nie upaść. Pamiętała dobrze, a miała wtedy nie więcej niż półtora roku. Tamten bochen, pachnący i zarumieniony, którego wspomnienie przytaczała wielokrotnie podczas rozmów z różnymi ludźmi, był dla niej wówczas niedościgłym marzeniem. A marzeń z biegiem lat tylko przybywało i jakimś dziwnym trafem żadne nie mogło się spełnić.
– Wandzia bardzo dobrze się uczy – powiedział kiedyś nauczyciel podczas szkolnej wywiadówki – Trzeba to dziecku wynagrodzić. Czekoladę kupić albo jakąś inną słodycz.
– Pan nie mógł się nachwalić naszej Wandzi – z dumą powiedziała później matka w rozmowie z ojcem, głośno i wyraźnie, by dziewczynka mogła to usłyszeć. I by usłyszało to jej rodzeństwo, żeby stała się dla niego wzorem do naśladowania – Ma same piątki i grzecznie się zachowuje. Na koniec roku dostanie czekoladę.
Wandzia z końcem każdego roku szkolnego czekała na czekoladę. Wspinała się na meble, żeby dosięgnąć najwyższej półki i sprawdzić, czy przypadkiem nie ukryto dla niej słodkiego podarunku, który w jej wyobraźni czekał tylko na właściwy moment, żeby trafić w jej ręce. Czekała przez wiele lat szkoły podstawowej i przez wszystkie lata liceum, ale nigdy się nie doczekała, dlatego za pierwsze zarobione pieniądze, gdy skończyła już szkołę i podjęła się pracy w charakterze recepcjonistki w przychodni, kupiła nie jedną, a dwie czekolady. Pamiętała, że w tamtej jednej chwili poczuła się bardzo szczęśliwa i spełniona. A pamięć miała dobrą.
Spełnienie przyszło też w miłości, ale nie trwało długo, ponieważ wybranek serca, któremu oddała i duszę, i ciało, po kilku miesiącach znajomości we wczesnych latach dziewięćdziesiątych wyjechał do Ameryki, żeby zarobić na wspólny dom i lepszą przyszłość dla nich obojga. Wandzia marzyła o tym domu i o rodzinie, jaką mogliby razem założyć, dlatego czekała, aż marzenie się ziści. Oczekiwała też na list od ukochanego, który obiecał, że napisze od razu, gdy tylko dotrze na miejsce. Przez całe lata witała rano listonosza roznoszącego pocztę, a wieczorem zaglądała do skrzynki, która jak zwykle świeciła pustką.
Wierni adoratorzy zjawiali się w życiu Wandy niepostrzeżenie i tak samo niepostrzeżenie z niego znikali.
– Wandziu, może pójdziemy razem na kawę – pytał czasami jakiś amant, któremu kobieta wpadła w oko – Posiedzimy, pogadamy, napijemy się razem kawy czy herbaty.
Ale Wandzia konsekwentnie odmawiała, choć czuła się bardzo samotna. Rodzice pomarli, rodzeństwo rozjechało się po świecie i pozakładało rodziny, a kochanek wciąż nie pisał. Czasami tylko ktoś zapukał do drzwi albo nadarzyła się jakaś rodzinna uroczystość, w której kobieta starała się uczestniczyć. Zwykle wesele lub chrzciny, na które została zaproszona z odpowiednim wyprzedzeniem, by mogła się przygotować. Najczęściej jednak bywała sama. Wieczorami usadawiała się wygodnie w fotelu, który wyłożyła własnoręcznie wyhaftowaną narzutą w piękne kolorowe kwiaty, przeznaczoną do nowego domu, i jadła czekoladę, by osłodzić sobie gorzkie życie, przy którym trzymało ją wspomnienie cudownych chwil przeżytych z Mariuszem – od momentu wyjazdu do Ameryki mężczyzna nie dał znaku życia – i nadzieja, że wszystko u niego dobrze.
Co rano, zanim jeszcze wyszła do pracy, podbiegała do drzwi wejściowych, by skierować do przechodzącego obok jej mieszkania listonosza wciąż to samo pytanie.
– Panie Włodku, czy jest coś dla mnie?
– Nie, pani Wandziu, dziś nic dla pani nie ma – odpowiadał, zaglądając do dużej skórzanej torby z rentami i listami zawieszonej na ramieniu.
– Niech pan dobrze sprawdzi.
– Sprawdzałem, nie ma – powtarzał z ponurą miną i z nutką irytacji; był bowiem przekonany, że zawsze przecież sprawdzał dobrze.
– To nic – choć zawiedziona, z uśmiechem odpowiadała Wandzia – Może jutro coś będzie.
– Może będzie – mówił listonosz, pozostawiając kobietę z nadzieją.
Mijały kolejne lata, a cyklicznie zmieniające się pory roku zlały się w jeden długotrwały okres pełen szarości i oczekiwania, które stało się dla Wandy celem i sensem istnienia, a kobieta nie zorientowała się w porę, że człowiek, który czeka na coś zbyt długo, nigdy nie doczeka się własnego życia. Czasami czuła żal do pana Włodka, że ciągle zjawiał się pod jej domem z niczym, ale mimo to, gdy tylko stawał na klatce schodowej z torbą wypełnioną papierami, witała go z uśmiechem i z ciągle tlącą się w jej sercu nadzieją.
– Panie Włodku, jest coś dla mnie?
– Dzisiaj nie ma – odpowiadał delikatnie.
I zawsze brzmiał, jakby chciał powiedzieć, że akurat tego dnia nie ma listu z Ameryki, ale kolejnego będzie na pewno.
– To nic. Może jutro przyjdzie.
Nadchodziło jutro, a listu wciąż nie było. Wanda zdążyła się zestarzeć i przejść na emeryturę. Świat się zmienił i zmieniły się też sposoby gromadzenia i przekazywania środków pieniężnych, które od długiego czasu nie były roznoszone przez listonosza, ale trafiały na konto bankowe. Tradycyjne listy jednak, choć coraz częściej zastępowane pocztą elektroniczną, wciąż trafiały do skrzynek pocztowych albo do rąk własnych adresatów. Codziennie około ósmej rano kobieta sunęła nogami po podłodze, gdy zbliżała się do drzwi, by ponownie witać listonosza.
– Dzień dobry – powtarzała jak mantrę te same słowa – Czy ma pan dla mnie list?
Po wielu latach w głosie Wandy słychać było już tylko rutynę. Wcześniejsza ekscytacja połączona z nutką zniecierpliwienia przepadła bezpamiętnie.
– Czy jest dla mnie list? – powtórzyła raz jeszcze dla porządku cichym, beznamiętnym tonem.
I miała już zamknąć drzwi za sobą, gdy usłyszała nagle:
– Jest, pani Wandziu – odparł niespodziewanie listonosz.
Kobieta oparła się o futrynę drzwi, żeby nie upaść. Przede wszystkim z wrażenia, ale też z lęku. Czasami czekanie na list to jedyny powód, żeby żyć, choć samego życia w takim życiu jest za grosz. Bała się tego, o czym mogłaby przeczytać. Długie lata oczekiwania były przecież jasnym komunikatem: została porzucona – i chociaż wiedziała, i czuła to całą sobą, nie chciała się o tym dowiedzieć. To by ją po prostu zabiło.
– List? – zapytała niepewnie – Do mnie?
– Do pani, pani Wandziu.
– A od kogo?
Listonosz obrócił kopertę, żeby przeczytać, kto jest nadawcą, ale na odwrocie nie było żadnych danych.
– A skąd? – dopytała jeszcze Wandzia, zanim zdecydowała się wyciągnąć rękę – Z Ameryki?
– Z Polski, pani Wandziu.
Kobieta rozdarła delikatnie kopertę, żeby nie zniszczyć jej zawartości, ale zanim zabrała się za lekturę, usiadła wygodnie w wyłożonym haftowaną narzutą fotelu i wzięła do ust kostkę czekolady w taki sposób, jakby miał to być jej ostatni posiłek.
Droga Pani Wandziu!
Proszę wybaczyć mi moją śmiałość, ale piszę do Pani z potrzeby serca. Zbyt długo zbierałem się na odwagę, by to zrobić. Czekałem chyba na właściwy moment, ale kiedy zdawało mi się, że właśnie nadszedł, i już brałem do ręki kartkę i długopis, nachodziła mnie myśl, że Pani przecież nie na mnie czeka, czekając na list. Kiedyś, stojąc pod Pani drzwiami z ciężką torbą, chciałem nawet otworzyć usta i zaprosić Panią do kawiarni, ale sparaliżował mnie strach. Sam nie wiem przed czym. Przed odmową? A może raczej przed zgodą, która skradłaby nagle moją niepewność – tak dobrze znaną i oswojoną. Bo widzi Pani, Pani Wandziu, czekanie, jak nic innego na świecie, daje człowiekowi stałość. A mnie tej stałości chyba było trzeba. Mogłem w niej trwać aż do samej śmierci. Dziś jednak znalazłem w sobie odwagę, by skreślić tych kilka słów. Jeśli mój list nie uraził Pani, napiszę ponownie.
Z wyrazami uszanowania
Włodek Zaremba
Następnego dnia Wandzia już przed ósmą stała przy uchylonych drzwiach i czekała na listonosza. Gdy się zjawił, natychmiast przekroczyła próg mieszkania i stanęła mu naprzeciw.
– Dzień dobry! – przywitała się z niebywałą energią – Czy jest coś dla mnie?
– Nie, pani Wandziu, dziś nic dla pani nie ma – odpowiedział mężczyzna, zaglądając do dużej skórzanej torby zawieszonej na ramieniu.
– Niech pan dobrze sprawdzi.
– Już sprawdzam – powiedział i przeszukał skrupulatnie przepastną torbę – Nie ma, niestety.
– To nic – uśmiechnęła się Wandzia – Może jutro coś będzie.
– Może będzie – odparł listonosz i odszedł rozradowany, jak odchodzi człowiek, który wreszcie przestał czekać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz