Wyjechaliśmy na kilka dni do Stegny: ja, M. i Nieletnia. Pomysł zrodził się nagle, dlatego niewiele myśląc, zapakowaliśmy namiot i ruszyliśmy w drogę.
Gdy dotarliśmy na miejsce, od razu poszliśmy na plażę. Wiało okrutnie, ale nie bardzo się tym przejęłam, ponieważ i tak nie zamierzałam wchodzić do wody. To przecież Bałtyk. Zbyt zimny, by cokolwiek w nim moczyć. Wiadomo.
Ale w sobotę jednak mnie poniosło. Zaczęło się od brodzenia po brzegu, a skończyło na pełnym zanurzeniu. I to pełne zanurzenie dało wrażenie oczyszczenia, obmycia z tego, co trudne i niemożliwe do oswojenia. Od razu oczywiście przypomniał mi się fragment Dżumy:
Rozebrali się. Rieux dał nurka pierwszy. Woda chłodna z początku wydała mu się ciepła, kiedy wypłynął. Po kilku ruchach wiedział, że tego wieczora morze jest ciepłe, ciepłem mórz jesiennych, które zabierają ziemi żar nagromadzony przez długie miesiące. Pływał miarowo. Uderzenia stóp pozostawiały z tyłu kipiącą pianę, woda uciekała wzdłuż rąk, by przywrzeć do nóg. Ciężki plusk oznajmił mu, że Tarrou skoczył. Rieux odwrócił się na plecy i leżał nieruchomo, twarzą do odwróconego nieba, pełnego gwiazd i księżyca. Potem ze szczególną jasnością, w ciszy i samotności nocy, usłyszał coraz wyraźniejszy odgłos uderzanej wody. [...] Przez kilka minut płynęli jednako, z tą samą mocą, samotni, daleko od świata, wolni nareszcie od miasta i dżumy.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz