Rzeczywiście, uświadomiłam to sobie dopiero teraz, tylko Nieletnia ruszyła w czwartek, pierwszego dnia po śmierci Kaja, do swoich obowiązków. Cała reszta, pogrążona w ogromnym bólu, nawet nie próbowała utrzymać się na nogach. Zostaliśmy w domu. Nad ranem wysłałam wiadomość do dyrekcji z prośbą o dzień wolny – jeden z kilku możliwych do wzięcia w ciągu roku – ponieważ byłam pewna, że nie dam rady poprowadzić lekcji. W tym samym czasie M. wsłuchiwał się w nieskończoność w słowa zawarte w refrenie piosenki: „czy mógłby ktoś tak wyzerować świat, żeby się nic nie stało do wczoraj [...] żebyśmy się poznali od nowa”, przy których wylał hektolitry łez.
Bobasek zamknął się w pokoju i swój cały żal wydobył w procesie tworzenia Pogody, a Nastolata gromadziła zdjęcia upamiętniające wspólnie spędzone chwile z Kajem, z których później przygotowała obraz na ścianę naszego domu, żeby mógł nam przypominać o tym, co jest dla nas ważne.
– Zostań w domu, Myszko – zwróciłam się do Nieletniej, widząc głęboko ukorzeniony w całej jej postawie smutek i ból w oczach.
– Muszę iść do szkoły – zaprotestowała – Pani od matematyki powiedziała, że nie zrobi dodatkowego terminu sprawdzianu. Nie będzie innej możliwości.
Był to już drugi i jedyny termin, jaki młoda miała do dyspozycji. Podczas pierwszego nie przystąpiła do sprawdzianu, ponieważ bardzo się rozchorowała. To wtedy, gdy wylądowaliśmy z nią na SOR-ze. Zaproponowaliśmy, że napiszemy do pani i wyjaśnimy sytuację, ale Nieletnia postawiła na swoim. Pomyślałam wtedy, że może właśnie tego potrzebuje – rzucić się w wir pracy, żeby jakoś to wszystko przetrwać – i przestałam nalegać.
Majówkowe noce spędziła w namiocie na tarasie. Bardzo zależało jej na tym, by móc tam spać, a ja, po sprawdzeniu do jakich wartości ma spaść temperatura w nocy, wyraziłam w końcu na to zgodę. Zabrała ze sobą lampkę, wodę i trochę przysmaków i najzwyczajniej w świecie urządziła sobie biwak.
Ostatniej nocy, między godziną pierwszą a drugą, zjawiła się nagle i wskoczyła pod moją kołdrę. Cała roztrzęsiona, dlatego od razu sprawdziłam, czy przypadkiem się nie wyziębiła. Ale nie. Niemal fizycznie odczułam rozpacz, jaka właśnie wtedy ją pochłonęła.
– Co się stało? – zapytałam z przerażeniem, ponieważ w mojej głowie od razu zrodziły się najgorsze scenariusze tego świata.
– Ja tak strasznie tęsknię za Kajem! – odparła ze szlochem.
I zaczęły wylewać się wszystkie zalegające w jej młodym serduszku łzy. Oddech – zbyt krótki, przerywany i duszący – odsłonił głęboką, niezagojoną i nieopatrzoną dotąd ranę.
Uwolniony tamtej majowej nocy ból przyniesie jej ulgę. Wiem to.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz