Przez chwilę tak właśnie pomyślałam, bo kiedy zabrałam się wreszcie za siebie, jak należy, i przerobiłam w sobie wszystko, co było do przerobienia, ze zdziwieniem stwierdziłam, że nic się właściwie nie zmieniło. Miałam nie czuć już przecież bólu i żadnej trudnej emocji, a czułam. I to jeszcze mocniej niż wcześniej. O co więc chodzi?
Dlaczego wciąż krzywię się wewnętrznie w sytuacjach, które dają mi do tego powód? Dlaczego?
Ano dlatego, że nie jestem kamieniem! Rozpoczynając podróż w głąb siebie, wystartowałam z pozycji coś ze mną nie tak i usilnie chciałam wreszcie siebie naprawić. Pamiętam, jak wypowiadałam wewnętrznie:
Mam siebie dość!
Dlaczego nie mogę być jak inni?
Chcę zapomnieć!
Karciłam samą siebie za przeżywane emocje i napominałam w każdej chwili, gdy chciało mi się płakać. Bo zabolało, bo zraniło, bo przerosło, a przecież dorosłych ludzi nie powinno boleć, ranić i przerastać. Na pewno nie wtedy, gdy przeszło się długą drogę mającą służyć uzdrowieniu. Zrozumiałam w końcu, że mój stosunek do siebie niewiele różnił się od podejścia surowego, karzącego rodzica, który robi wszystko, żeby uciszyć zbyt niewygodne dla niego emocje dziecka.
Uzdrowienie to uświadomienie sobie schematów własnych reakcji i ich przerwanie w taki sposób, by nie kierowały już naszym życiem. To umiejętność zatroszczenia się o te wrażliwe miejsca, które mamy w sobie. To pozostawanie w kontakcie z emocjami, z bólem, który wciąż ma zdolność powalenia na łopatki, z tą różnicą, że od tej pory to my tworzymy przestrzeń do przeżycia go, w najbardziej komfortowy dla nas sposób. To zrozumienie, że traumy nie znikną, nie rozpłyną się w powietrzu, ale możemy spojrzeć na siebie z czułością i zrozumieniem, jakich wcześniej brakowało. To odrzucenie mechanizmów obronnych, które szkodziły, zamiast pomagać jak kiedyś.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz