Zdarza się, choć rzadko, że gdy wejdę do wagonu metra, nie ma dla mnie miejsca siedzącego. A lubię je mieć. Jak chyba każdy. Szczególnie po całym dniu pracy i biegania.
Stanęłam pomiędzy dwoma rzędami siedzeń i zanim przysnęłam mentalnie, dostrzegłam coś pięknego. W linii naprzeciwko mnie, jakoś w odległości dwóch miejsc po lewej, siedziała młoda kobietka, której twarz czerwieniła się od płaczu. W pewnym momencie wyjęła rękaw swetra spod kurtki i zaczęła wycierać zakatarzony nos. Oddalona od niej dziewczyna, siedząca trzy miejsca dalej, wyjęła z plecaka chusteczki i podała je rozżalonej współpasażerce. Tamta podniosła wzrok, spojrzała z wdzięcznością i sięgnęła po pakuneczek, który, jak sama wiem, ratował sytuację. Wyjęła jedną chusteczkę i chciała oddać resztę, jednak ofiarodawczyni, nie mówiąc kompletnie nic, kiwnęła głową w sposób, jakby chciała powiedzieć: "Proszę, weź wszystkie". I wzięła wszystkie. A mnie się zrobiło i smutno, i ciepło jednocześnie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz