Dzisiaj to mnie jednak poniosło. I nie wiem, co jest tego przyczyną. Zebrałam się do pracy i z językiem na brodzie, jak zwykle zresztą, ruszyłam w stronę metra. Trochę spięta, ponieważ nie miałam żadnej rezerwy czasowej i gdyby coś po drodze poszło nie tak, mogłabym się spóźnić. A bardzo nie lubię się spóźniać.
Metro nadjechało w momencie, gdy znalazłam się na peronie. Najpierw jedno, a potem drugie – los zdecydowanie mi sprzyjał. Gdy dotarłam do szkoły, pozostało całe 8 minut do dzwonka. Jest moc! Bardzo mnie to ucieszyło, ponieważ na spokojnie mogłam jeszcze dokserować jakieś materiały na dzisiejsze lekcje.
Zadzwonił dzwonek. Ochoczo ruszyłam w stronę zawieszonych na tablicy przy drzwiach wejściowych kluczy. I co? Akurat tego, którego potrzebowałam, nie było. Zapytałam więc kilku osób, czy ktoś przypadkiem nie przechwycił dziesiątki, a później, ponieważ nikt się nie zgłosił, postanowiłam pójść po prostu do sali z nadzieją, że młodzież, wpuszczona przez innego nauczyciela, już na mnie czeka.
Idąc do dziesiątki, widziałam, że w klasie świeci się światło, a przed nią nie stoi żaden uczeń. "Kamień z serca. Uczniowie na pewno czekają już w ławkach" – uznałam optymistycznie. Weszłam do środka, rzuciłam okiem na siedzącą grzecznie młodzież, ale nikogo, kompletnie nikogo nie mogłam rozpoznać.
Oprzytomnienie nie przyszło od razu. Stanęłam najpierw na korytarzu szkolnym, który z racji trwającej lekcji świecił pustkami, a później próbowałam zrozumieć, co się właściwie stało. "Co tu się, do jasnej Anielki, odjaniepawla?" – samej sobie zadałam pytanie. Aż w końcu, jakimś cudem, dotarło do mnie, że zjawiłam się w pracy o godzinę za wcześnie.
Godzinę za wcześnie! Muszę się nad sobą zastanowić, wszak nadgorliwość, jak wszyscy wiemy, jest gorsza od faszyzmu!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz