wtorek, 1 lipca 2025

refleksja o życiu i śmierci

Często zastanawiam się nad istotą życia. Poszukuję odpowiedzi na pytania, jakie rodzą się w mojej głowie i podążając ścieżkami istnienia, staram się odnaleźć sens. Już go nawet znalazłam i wspomniałam o tym na blogu: Cały sens życia jest w jego przeżywaniu.

Myślę też, że szalenie istotna jest integralność, czyli spójność wewnętrzna polegająca na zgodności między tym, kim jesteśmy w środku, a naszymi działaniami na zewnątrz. Wtedy tylko życie może być prawdziwe, gdy pozostajemy integralni. Wchodzenie w różne role społeczne, do czego zmusza nas codzienność, wcale nie musi zaburzać tej spójności. Po prostu w pewnych okolicznościach, na przykład w kontaktach z ludźmi z pracy, jesteśmy mniej otwarci niż w relacjach z bliskimi osobami, ale nasze intencje wciąż są takie same, a my pozostajemy sobą. Chodzi przede wszystkim o to, żeby maska, jaką przywdziewamy, nie tworzyła fałszywego wizerunku nas samych. Wtedy tylko uczucia, jakie żywi względem nas otoczenie, są prawdziwe. Nie musimy się wówczas zastanawiać nad tym, czy ktoś, kto nas kocha i robi to całym sobą, kieruje swoje uczucie do tych nas, jacy jesteśmy w środku, czy tych, jacy jesteśmy na zewnątrz.

Do powyższych przemyśleń skłoniła mnie poranna wiadomość od Ziębuszki. Co prawda, nie wspomniała nawet o aspekcie, jaki stał się podstawą moich dzisiejszych rozważań, ale otworzyła szufladkę w umyśle, a może nawet w sercu, której zawartość musiałam przerzucić tutaj. Zdała króciutką relację z pogrzebu Przyjaciólki i zwyczajnie w świecie poruszyła mnie wewnętrznie. Przytoczyła słowa, jakie padły podczas uroczystości:

Śmierć jest przyjacielem, który przychodzi tylko raz w życiu. Nie usiądzie jednak przy stole, nie będziecie wspólnie biesiadować. Gdy wyjdziesz na spotkanie – zniknie, a ty zobaczysz przed sobą drogę, bezbłędnie prowadzącą do Boga.

Epikur, w całkowitym oderwaniu od wiary, stwierdził, że śmierć, najstraszniejsze z nieszczęść, wcale nas nie dotyczy, bo gdy my istniejemy, jej nie ma, a gdy się pojawi, wtedy nas już nie ma. Nie ma znaczenia, co znajduje się po drugiej stronie: nic, wieczność, ponowne wcielenie, cokolwiek – bo problem znika, ale chyba najważniejsze jest to, co po sobie zostawiamy. Wtedy właśnie wartość naszego życia i jego sens można precyzyjnie określić.

Większość ludzi boi się śmierci, to normalne, ale z różnych przyczyn. Moim największym lękiem było odejście w momencie, gdy dzieci były malutkie i niesamodzielne. Teraz ten lęk już się zmniejszył, jednak wola życia nie ustaje. I na pewno nie tylko z powodu instynktu samozachowawczego. Przy życiu trzymają mnie wewnętrzna emocjonalność, przez pryzmat której uwielbiam percypować rzeczywistość, i ciekawość jutra.

Gdy Ziębuszka informowała mnie o fakcie odejścia Przyjaciółki – chyba nigdy w rozmowie ze mną tak jej nie nazwała, ale musiała nią być, skoro była na premierze Małej Syrenki, w której grał Akrobata – napisała: "Piękna dusza, niezwykła 🤍". 

Na śmierć zawsze jest za wcześnie, nawet wtedy, gdy ktoś, tak jak ONA, odchodzi w wieku 92 lat. Wyszła na spotkanie ze śmiercią, być może nawet nie oglądając się za siebie, zostawiając w świecie żywych całe dobro i całą miłość, jakie do niego wniosła. Promiennie uśmiechnięty przyjaciel-śmierć zniknął nagle, by mogła wreszcie wejść do domu. Piękna dusza jest u siebie. 

💫💫💫

Poniżej wspomnienie o Zmarłej. 

O dobrych ludziach trzeba głośno pisać.

💫💫💫


💫💫💫

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz