Rzadko zaglądam do telefonu w pracy, ponieważ wrzucam go do torebki zaraz po wejściu do szkoły. Czasami tylko, gdy spodziewam się jakiejś wiadomości, zdarza mi się na niego zerknąć. Z reguły jednak wszystko dzieje się tak szybko i tak intensywnie, że zupełnie o nim zapominam.
Dzisiaj jednak odebrałam w pracy wiadomość, tuż przed rozpoczęciem się 1. lekcji. Akurat chowałam telefon, gdy rozświetlił się ekran. Patrzę i czytam, i oczom nie wierzę, że coś takiego w ogóle mogło się zdarzyć.
– Gizmo wpadł pod kosiarkę... – napisał M.
A ja, cała w stresie, zachodziłam w głowę, jak to się w ogóle mogło stać. W ogródku śnieg, który nie zdążył jeszcze stopnieć, więc nie mogłam sobie wyobrazić, jak można kosić trawę pod nim. No jak? To się przecież kupy nie trzyma. A że się nie trzyma, wyobraziłam sobie, że Gizmo wybiegł przed dom i tam wpadł pod sprzęt wyglądający na kosiarkę niewiadomego przeznaczenia. Przed oczyma stanęły mi najbardziej przerażające widoki tego świata. Natychmiast chciałam urwać się z pracy. Przypomniałam sobie od razu, że niektóre osoby biorą jakieś urlopy: na żądanie, okolicznościowe, czy z powodu siły wyższej. Zanim jednak pobiegłam do dyrekcji i do kadr, zapytałam:
– Jaką kosiarkę? Co się stało?
– Ktoś go ostrzygł.
– Człowieku, prawie dostałam zawału.
– Ja też! – odparł M. – Nie poznałem psa!
Okazało się, że sama jestem sobie winna. Podczas nieobecności M., który przebywał wczoraj na imprezie firmowej, ostrzygłam psa, nie informując go o tym. Gdy wskoczyło na niego rano całkiem obce mu zwierzę, prawie dostał zawału, a potem prawie dostałam go ja. Niech olej wyciągnie ze mnie ten stres.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz